Po drugiej stronie zatoki mieszkaliśmy w Emeryville tuż obok studia Pixar. Tego od filmów „Toy story”, „Auta”, „Potwory i spółka”, „Gdzie jest Nemo” i.t.p. Dowiedzieliśmy się o tym z mapy już podczas wyjazdu z hotelu, więc nie zmienialiśmy planów, w których nic na temat Pixara nie było. Zresztą i tak nie byłoby czasu. Tego dnia wracaliśmy bowiem na południe. Punktem docelowym było Los Angeles, odległe od San Francisco o ponad sześćset kilometrów. A tak naprawdę to liczyliśmy na dotarcie przynajmniej do Long Beach, bowiem następnego dnia rano musieliśmy dotrzeć na lotnisko w Santa Ana. Moglibyśmy pokonać całą trasę wygodną autostradą, lecz byłoby to zbyt nudne. Wybór trasy wydawał się oczywisty: Pacific Coast Highway. To droga wzdłuż wybrzeża budowana z mozołem głównie w latach trzydziestych XX wieku. Trasa słynna ze względu na widoki, które oferuje.

Pierwszy przystanek zaliczyliśmy już w Oakland. Trzeba było zjeść śniadanie przed długą drogą. Tradycyjnie, dwa jajka sadzone „sunny side up”, dla mnie, a bagel dla Anioła.

PAC 103

Centrum Oakland przypomina trochę rozpoczęty, lecz niedokończony Manhattan. Kilka, może kilkanaście budynków charakterystycznych dla Nowego Jorku z początku XX wieku. O ile jednak Manhattan zabudowany gęsto do granic możliwości, w Oakland odległości między dużymi domami są więcej niż znaczne.

PAC 102

Na jednym z nich powiewała flaga Kaliforni.

PAC 104

Posileni, po krótkim spacerze wsiedliśmy do auta. Czekała nas długa droga ze świadomością, że rezerwy czasowe już zostały wyczerpane. Nazajutrz rano musieliśmy być na lotnisku w Santa Ana bez względu na okoliczności.

PAC 125

Na początku jechaliśmy drogą numer 101, zwaną też El Camino Real i oznakowaną charakterystycznymi, zakrzywionymi laskami z dzwonem. Tą samą, którą opisywałem przy okazji wizyty w San Diego na początku naszej podróży przez Kalifornię.

Pamiętałem święto truskawek w Oxnard, kiedy wiele lat temu cumowałem W Port Hueneme. Pilot, który wprowadzał nas do portu poinformował mnie o tym, lecz staliśmy w porcie zaledwie kilka godzin. Zbyt krótko, by móc wybrać się do miasta. Po udanych manewrach pilot zwyczajowo otrzymywał od kapitana butelkę whisky. Ta stara, morska tradycja szybko zanikała pod koniec XX wieku wyrugowana przez restrykcyjne przepisy celne, antykorupcyjne i antyalkoholowe. Mimo to, kultywowałem ją jeszcze, a ów pilot, kiedy pojawił się by po wyładunku wyprowadzić nasz statek w morze, ku mojemu zaskoczeniu zrewanżował się wielkim kartonem truskawek. Wszystkie były niemal identyczne i ułożone niczym pralinki w pudełku.   

Po cichu liczyłem, że natrafimy na plantacje truskawek podczas obecnej podróży. I nie musiałem długo czekać. Wkrótce napotkaliśmy przy drodze pic kup, z którego sprzedawano produkty z miejscowej farmy. Dominowały właśnie truskawki.

PAC 105

Nie rozdrabnialiśmy się. Wzięliśmy od razu cały kartonik, z którym uporaliśmy się jeszcze przed zachodem słońca. Z wyglądu przypominają nieco znane nam, wielkie truskawki hiszpańskie. O ile jednak te z Półwyspu Iberyjskiego jedynie wyglądają ładnie, to kalifornijskie mają wszystko to, czego nie brakuje naszym, a więc doskonały aromat i smak znacznie bogatszy niż prosta słodycz.

PAC 106

W końcu pożegnaliśmy tę trasę znaczoną zabudowaniami franciszkańskich misji. Droga 101 biegła na południe równolegle do wybrzeża, lecz w pewnej odległości od niego, omijając dziki obszar Big Sur. My zaś skierowaliśmy się wprost ku wybrzeżu. Wielkie wydmy oznajmiły nam sąsiedztwo oceanu.

PAC 127

Za wydmami rozłożyło się miasteczko Seaside, gdzie dokupiliśmy bajgli na drogę. Baigle i truskawki – to jest dopiero prowiant na podróż.

Za Seaside rozpoczynała się kraina Big Sur. Jest to obszar, w którym z oceanu wyłaniają się góry Santa Lucia. To niedostępne miejsce bardzo długo nie miało połączeń drogowych. Pobudowano kiedyś jedynie kilka przystani, z których żadna nie zachowała się do dnia dzisiejszego. Zresztą nie było takiej potrzeby. Region był bardzo słabo zaludniony. W drugiej połowie XIX wieku eksploatowano tutaj głównie porastające góry lasy. Potem, po wybuchu gorączki złota napłynęło więcej osób, ale też nie były to oszałamiające ilości. A na początku XX wieku region opustoszał ponownie. Zresztą i dziś ciągnący się na długości około 140 kilometrów wybrzeża (szeroki na 20-30 kilometrów) region zamieszkuje zaledwie około tysiąc osób.

Ledwie wjechaliśmy w góry, a już trzeba było się zatrzymać. Nie, nic się nie stało. Po prostu zwabiły nas widoki. Pobiegliśmy ścieżką na skraj skalistego klifu.

PAC 107

Ach cóż za kolory i zapach kwiatów. No i słońce grzejące tego dnia, kuszące by położyć się i leniuchować. Gdzieś daleko snuły się nisko nad wodą niegroźne chmury, ale nad nami niebo było zupełnie czyste.

PAC 108

I tak mniej więcej wyglądała nasza droga. Kilka albo kilkanaście kilometrów jazdy i kolejny przystanek, bo zza zakrętu wyłaniały się kolejne skały, urwiska, mosty i łąki. Bo jak nie zatrzymać się, by obejrzeć z daleka most nad Rocky Creek?

PAC 115

Za kolejnym zakrętem pojawiła się nagle jeszcze większa, betonowa konstrukcja mostu wspartego na ogromnym łuku. To most nad Bixby Creek.

PAC 128

Ma dwieście piętnaście metrów długości, a łuk wznosi się na wysokość 84 metrów. Wybudowanie czegoś takiego w latach trzydziestych XX wieku na styku gór i oceanu było nie lada wyczynem architektonicznym. Lecz od fizycznych parametrów budowli jeszcze większe wrażenie robi jej wpływ na podróżowanie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Zanim wybudowano most, aby ominąć potok Bixby droga skręcała w kierunku lądu, oddalając się od wybrzeża aż o osiemnaście kilometrów. Na dodatek zimą była nieprzejezdna. Most kompletnie odmienił życie oraz możliwość podróżowania po Big Sur.

Most oglądaliśmy z nieco innej perspektywy po wspięciu się na kolejny przylądek, gdzie znów zrobiliśmy postój.

PAC 129

PAC 110

A potem jeszcze jeden. I znów te kolory, kwiaty i słońce. I bezkresna dal oceanu. I przede wszystkim ochota by tu zostać na dłużej. A pomiędzy tym wszystkim nerwowe spoglądanie na zegarek, bowiem w takim tempie ciężko liczyć na dotarcie do Los Angeles o rozsądnej porze.

PAC 114

PAC 113

Postanowiliśmy skrócić nasze postoje i w miarę możliwości ograniczyć liczbę przystanków.

PAC 111

PAC 112

Jeden jednak był konieczny. Na tankowanie. Przejazd przez pustkowia Big Sur stanowi wyzwanie także w tym zakresie. Stacji benzynowych praktycznie tu nie ma. Znaleźliśmy jedną, malutką w osadzie Gorda.

PAC 133

Paliwo w niej było niemal dwukrotnie droższe niż gdzie indziej. Kupiliśmy tylko tyle, żeby dojechać do cywilizacji. A jeśli już mowa o cywilizacji to warto dodać, że elektryczność w rejon Big Sur doprowadzono dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku.

Z czasem góry zaczęły robić się niższe, a droga systematycznie obniżała się prowadząc ku poziomowi plaży.

PAC 130

PAC 131

Wydawać by się mogło, że wszystko, co najciekawsze już za nami. A tu niespodzianka. W okolicach Piedras Blancas zuważyliśmy wygrzewające się na plaży słonie morskie. Znów zaparkowaliśmy samochód. To był rezerwat tych zwierząt. Plaża została oddana im. Ludzi odgrodzono siatką, przy okazji ostrzegając przed zbliżaniem się do wielkich ssaków, których samce osiągają wagę ponad dwie tony przy długości ciała aż do pięciu metrów.

PAC 116

PAC 117

PAC 118

Słonie morskie były obiektem intensywnych polowań od XVIII wieku aż po wczesne lata wieku dwudziestego. Głównie ze względu na tłuszcz używany do lampek olejowych. Zostały niemal całkowicie wytrzebione. Zachowała się jedyna kolonia licząca około 50 osobników na wyspie za bardzo odległej od stałego lądu. Gatunek znajdował się na krawędzi egzystencji. Całkowite wymarcie wydawało się nieuniknione. Upowszechnienie nafty sprawiło, że popyt na tłuszcz tych zwierząt znacznie zmalał. Poza tym w ostatniej chwili wprowadzono ochronę tych zwierząt. Ich egzystencja została uratowana. Dziś ich populację szacuje się na 225 tysięcy.

PAC 119

PAC 120

Na wybrzeże w okolicach Piedras Blancas słonie morskie przybywają masowo przede wszystkim w pierwszej połowie roku. Wtedy, na samym początku roku w kolonii rodzą się młode. W maju trwa okres linienia. Widzieliśmy niektóre osobniki niczym odarte ze skóry do połowy. Wylegiwały się na plaży i nagarniały płetwami piasek posypując nim swoje ciała. Być może pomagało im to łatwiej zrzucić skórę.

PAC 122

PAC 121

Słońce zaczynało niebezpiecznie zbliżać się do widnokręgu, a my wciąż mieliśmy kawał drogi przed sobą. Liczyliśmy poza tym, że zwiedzimy jakąś miejscową winiarnię, lecz biorąc pod uwagę porę dnia, zdawało się to coraz mniej realne.

PAC 101

Kiedy ponownie wjechaliśmy na drogę 101 (El Camino Real), nawet trafiliśmy na kilka winiarni, lecz żadna z nich nie była już otwarta dla zwiedzających.

Zapadł zmierzch i nic już nas nie zatrzymywało, jeśli chodzi o widoki. Pomimo późnego wieczora nie oparliśmy się pokusie zjazdu do miasta w Santa Barbara. Jeden z bardziej znanych seriali namiętnie oglądanych w naszym kraju w latach dziewięćdziesiątych nosił taki właśnie tytuł. Nazwa tego miasta stała się synonimem kalifornijskiego high life’u.

Co jednak zapamiętam stamtąd, to kolonialna zabudowa centrum miasta. Miejsce zachęcające do spacerów i odkrywania rozmaitych zaułków.

PAC 124

PAC 123

W Los Angeles mijanym około północy już nie zatrzymywaliśmy się. Gdzieś w Long Beach mieliśmy zarezerwowany hotel, lecz nie było już ochoty na zwiedzanie czegokolwiek, chociaż być może w okolicach plaży życie nocne jeszcze kwitło.

Byłem jednak już tak zmęczony wielogodzinnym prowadzeniem samochodu, że z wielkim wysiłkiem by nie zasnąć dojechałem do celu. Zdawałem się całkowicie na prowadzenie GPS-em przez Anioła. Sam już nie byłem w stanie skupić się nad mapą. Marzyłem o śnie. Około pierwszej w nocy zatrzymaliśmy się przed hotelem. Do dziś nie wiem, w której dokładnie części miasta to było. Anioł podczas jazdy rezerwował on-line i Anioł mnie prowadził. Cieszyłem się, że dotarliśmy do celu i myślałem tylko o łóżku zanim o świcie trzeba będzie wyruszyć do Santa Ana.

A z Pacific Highway na pamiątkę pozostał mi breloczek kupiony na owej stacji benzynowej w Gorda. Dynda przy kluczyku od samochodu już od roku.

PAC134

Gdańsk, 21.07.2016; 00:25 LT