Lotnisko w Atlancie. Już od 27 godzin jestem w podróży, a czeka mnie jeszcze ostatni odcinek. Wszystko przez opóznienie wylotu z Rio de Janeiro. Nie zdążylismy na czas do Miami i w efekcie posypaly mi się następne połączenia. Pomyślałem sobie, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Kupiłem coś do jedzenia na śniadanie, dużą kawę, wyciagnałem laptopa i przynajmniej zacząłem nadrabiać zaległości w służbowej korespondencji. Spokojnie, bez pospiechu, między jednym łykiem kawy a drugim, obserwując przez szybę startujace co chwilę odrzutowce. Kiedy jednak przyszło do wysyłania, w komórce wyświetlił się komunikat „bateria słaba” i szlag trafił moje dobre chęci. Miałem ładowarkę, ale bez przejściówki na amerykańskie gniazdka. Wszystko przysięgło się przeciwko mnie tego ranka.

Zmiana, kraju, zmiana strefy czasowej, zmiana klimatu. Rano w Miami było tylko +13°C, a więc wreszcie trochę podobieństwa do naszej pogody. Wszędzie bowiem dobrze, ale najlepiej tam, gdzie jest prawie jak w domu. Żeby jeszcze żarcie mieli Amerykanie takie jak nasze, byłoby OK. Dobrze, że przynjamniej mają poczciwe jajka na bekonie. Najbardziej dołujące są te ich porcje. Wszystko rozmiaru XXL. Trudno się dziwić, że jest tam tylu otyłych. Juz kilka razy się naciąłem, że ledwo byłem w stanie dokończyć to, co mi podano. Oczywiście w myśl zasady, że „lepiej zjeść i zwymiotować, niż by miało się zmarnować". Ostatnio jednak zacząłem się ograniczać i już nie zważam na to, że resztki wylądują w koszu. To grzech i być może Bóg pokarze mnie kiedyś w życiu głodem za to marnotrawstwo, ale tłumaczę sobie, ze to nie moja wina. Oni każdemu tak nakładają. Bez wzgledu na to, czy zjem wszystko, czy trochę wyrzucę, czy zamówię tylko pół porcji, i tak ani okruszek z zaoszczędzonej ilosci nie trafi do głodujących w Afryce. Trafiłby, gdyby były jakieś rozwiązania systemowe, porozumienia międzyrządowe o przekazywaniu nadwyżek, ale w najbliższym czasie na nic takiego sie nie zanosi. Oczywiście jest jeszcze cos takiego jak inicjatywa oddolna, akcja zorganizowana przez szarych obywateli, ale jakoś nie miałem szczęścia do takich. Zaczęlismy pewną akcję w internecie ponad rok temu (co prawda nie dla głodujących i nie o żarcie chodziło), kiedy wydawało się, że był i entuzjazm i możliwości, lecz gdy przyszło do konkretów, kilka osób zaledwie pozostało na placu boju, a i hojnie szafujący deklaracjami, gdzieś się skryli, lub na tym samym forum zaczęli sie głośno zastanawiać, czy aby nie zdefraudujemy zebranych pieniędzy? Wystarczyły ze dwa takie głosy, by wszytko klapło. Po co więc było pisać, że wszsytko mozliwe, po co deklarować? Nikt nikogo przecież do niczego nie zmuszał, do niczego nie namawiał.

No i proszę! Zamknąłem notebooka, ustawiłem sie grzecznie przed odpowiednią bramką i czekałem razem z grupą podróżnych udających się do Wilmington. Było to prawdziwe czekanie na Godota. Odlot planowany na 14.34 przeniesiono na 15.05, a wkrótce potem na 15.20. Kiedy minęła ta godzina, owszem, poproszono do bramki ludzi, lecz… mających bilety do Gainsville! Pasażerom udającym się do Wilmington przykazano zaś nie oddalać się od bramki 27, ponieważ „boarding” rozpocznie się wkrótce, jak tylko miejsce zwolni samolot do Gainville. Pasażerowie posapali trochę, pomruczeli pod nosem, ale nadal stali grzecznie. Kiedy samolot do Gainville rozpoczął kołować, pani przy bramce nachyliła sie do mikrofonu ze słowami

- Pasażerowie udający sie do Wilmington… –

Wszyscy zaczęli podnosić się z miejsc, ale pani dokończyła:

- …proszeni są o pozostanie w pobliżu bramki 27, ponieważ boarding rozpocznie się za około 15 minut.

Pani chyba spodziewała się, że nie tego oczekiwali pasażerowie, ponieważ natychmiast zajęła się przekładaniem jakichś papierów na biurku, bardzo mocno pochylając głowę, dzięki czemu uniknęła piorunujących spojrzeń syczących z wściekłości ludzi. Po kwadransie nie musiała już się kryć, ponieważ ludzie nie mieli czasu by ciskać pioruny.

- Pasażerowie udający się do Wilmington proszeni są o przejście do bramki 22. Samolot do Wilmington odleci spod bramki 22!

Było to doskonałe posunięcie ze strony przewoznika, ponieważ trudno było ludziom wyładowywać złość na bogu ducha winnych pracownikach innej bramki, którzy z uśmiechem oswiadczyli:

- Czekamy jeszcze na potwierdzenie z wieży kontrolnej. Proszę usiąść na kilkanaście minut i zaczekać na ogłoszenie.

Zorientowali się jednak szybko, ze cierpliwość pasażerów jest juz na skraju wyczerpania. Być może dlatego zamiast przez mikrofon, następną wiadomośc przekazali niemal szeptem. Zakotłowało się i część ludzi przygotowywała się do wejścia na pokład samolotu. Inni też się rzucili, ale wtedy pani pokazała na monitor wiszący nad drzwiami: odbywał się boarding pasażerów lecących do Fayetteville, a lot do Wilmington został przełożony na 16.50! No no, czuję sie niemal jak pasażer PKP. Chyba przyjdzie mi nabrać więcej szacunku dla naszych przedsiębiorstw.

Siedzę więc już siódmą godzinę na lotnisku, niemal u kresu podróży. A miało być tak pięknie, przylot do Wilmington o 10.20 i cały dzien wolny. Tymczasem dochodzi 16.40, a podstawienia samolotu nadal nie ogłaszają więc chyba szykuje się dalsze opóznienie.

Już nie wznawiałem pisania na lotnisku. Robię to teraz, w hotelu, po przydługiej kapieli w wannie. Ten samolot oczywiście nie odleciał zgodnie z zapowiedzią. Kolejny raz przesunięto go na 17.00, a potem jeszcze na 17.25 (cały czas każąc pasażerom nie oddalać się od bramki). W końcu wystartował o 17.38, czyli z ponad trzygodzinnym opóznieniem.

Zły nastrój prysł jednak za sprawą stewardessy. Samolot był niewielki, na około 50 osób i z tego powodu stewardessa była jedna. Ale po pierwsze przepysznej urody, a po drugie dowcipna. Po przeproszeniu pasażerów wypowiedziała zwyczajowe formułki na temat bezpieczeństwa, po czym przeszła do planu lotu. Miał on trwać zaledwie 45 minut więc na tak krótkich trasach nie ma żadnych atrakcji typu filmy, muzyka albo wyszukane jedzenie. Toteż nas i o tym poinformowała:

- (…) i jeszcze dodam, ze żadnych rozrywek pod czas lotu nie będzie. Jedyną atrakcją będę ja. See me in action!

Kiedy wystartowaliśmy i pilot ustabilizował pułap lotu, miał nastąpić poczęstunek.

- Słuchajcie, jest was 47 osób, ja sama i muszę mam tylko 15 minut, żeby was obsłużyć. Więc zastanówcie się, co chcecie do picia, żebyscie już wiedzieli kiedy podejdę. Macie do wyboru… – i tu, żeby zaoszczędzić na czasie wystrzeliła potokiem listy napojów w rytm giełdowej licytacji. Nie wiem czy ludzie ogarnęli całość, ale zaskoczenie było takie, że na koniec dostała gromkie brawa od całego samolotu.

Po wylądowaniu zaś zapytała:

- I jak Wam się podobało lądowanie?

- W porządku – odpowiedział chórek pasażerów

- Na pewno?

- Tak!

- To nagrodźcie brawami drugiego pilota, bo to dopiero jego drugi dzień na tym typie samolotów.

Oczywiście agent tradycyjnie nie wyszedł po mnie na lotnisko, ale ponieważ zdążyłem sie już do tego przyzwyczaić, machnąłem ręką i pojechałem do hotelu taksówką. Pokoju jednak, jak się okazało, też nie zarezerwował. Dobrze, że mieli wolne miejsca.

W pobliskim supermarkecie nie mieli przejsciówek z wtyczek europejskich na amerykańskie, ale za stosunkowo niewielkie pieniądze można było kupić ładowarkę. Szkoda, że na lotnisku na to nie wpadłem. Kupiłem ją i w końcu zaraz będę mógł odebrać pocztę, a potem do łóżka. Jutro będzie pracowity dzień.

Wilmington, 19.01.2005