Dochodzi północ. Przed chwilą zacumowalismy w Port Canaveral. Ogrzewanie wyłączone, więc siedzę w kabinie w polarze. Ktoby pomyślał, że to Floryda? Przez cały dzień wiał silny i zimny wiatr. W połączeniu z ciepłym Golfstromem doprowadził do ciekawego zjawiska, zwanego dymieniem morza. Wzburzona powierzchnia oceanu parowała jak okiem sięgnąć, jakby podgrzewana od spodu jakąś niewidzialną grzałką.

Dzień minął na kontynuowaniu inspekcji. Jedynie elegancko podany obiad, z czerwonym winem oraz kolacja przy świecach (szkoda, że tylko w męskim towarzystwie) przypominały nam, że to niedziela. Dla nas dzień roboczy jak każdy inny. Przeciskalismy się przez labirynty korytarzy w koferdamach, sprawdzaliśmy szczelność pokryw ładowni, męczylismy mechaników rozmaitymi testami urządzeń. Po kolacji marzyłem tylko o krótkiej drzemce. Drzemka przeciagnęła się do dwudziestej pierwszej i w zasadzie mógłbym już tak spać do rana, gdyby nie świadomość, że czeka mnie jeszcze trochę pracy nad raportami, na które jutro może nie być czasu, a pojutrze już na pewno nie będzie. I tak mi zeszło do tej pory. Chwila relaksu na pisanie dla przyjemności, a potem do łóżka.

Lubie spać, a już szczególną przyjemność sprawia mi sen poranny, tak do dziesiątej rano. Jeżeli do tego mogę dodać śniadanie bez pośpiechu, z kawą, ciastem i poranną gazetą, jestem wtedy zupełnie ukontentowany. Szkoda tylko, ze ostatnio o takich śniadaniach moge tylko pomarzyć. Jutro znów budzik zadzwoni o siódmej. To moze lepiej pójdę spać od razu. I tak nic mądrego dziś już nie wymyslę. „Chyba juz mozna iść spać, chyba juz nic się nie zdarzy” – śpiewał bodajże Andrzej Poniedzielski. Pasuje jak ulał. I lepiej niech nic się nie wydarzy, bo o tej porze na statku wydarzyć się może tylko jakaś awaria, która zabierze wszystkim kawał nocy. Testowałem takie wydarzenia wielokrotnie. Dobranoc.

Port Canaveral, 23.01.2005