Wstajemy, pakujemy się szybko (nie było tego wiele, bo po przyjeździe w nocy od razu połozylismy się spać) i ruszamy na trasę. Jazda jednak co chwilę przerywana była postojami, ponieważ nie mogłem tak po prostu odpuścić tatrzańskich widoków.

A, że pogoda była piękna i nocne zimno gdzieś się ulotniło, postoje były przyjemnością. Inna sprawa, że zabierały czas, co z pewnością miało mieć wpływ na dystans przebyty tego dnia. Nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu, ponieważ trudno mi było oszacować dokąd będziemy w stanie dojechać. Chciałem jak najdalej, ale bez szaleństw, bo przecież mieliśmy też coś oglądać, a nie tylko jechać dla samej jazdy. Postanowiłem, że rezerwacją zajmiemy się późnym popołudniem lub nawet wieczorem, a póki co napawałem oczy widokiem turni pokrytych świeżym, wrześniowym śniegiem.

Ostatni postój zrobiliśmy gdzieś w okolicach Popradu, przed wjazdem na autostradę. Tatry było wtedy widać jak na dłoni, wyrastające nagle wprost z zupełnie płaskiego terenu. To dzięki takiemu ukszałtowaniu powierzchni Poprad mógł zafundować sobie lotnisko, dzięki czemu można Eurolotem polecieć w Tatry na weekend z Gdańska. Komfort i koszt (jeśli zarezerwuje się lot odpowiednio wcześniej) nieporównywalny do przedzierania się samochodem do Zakopanego.

Autostrada z Popradu do Presova nie jest w pełni gotowa, więc co jakiś czas zjeżdżamy na normalne drogi, które wiodą przez urokliwe słowacke wsie, jak choćby Levoča. Ta nazwa kojarzy mi się z Janosikiem, a ściślej ze słowami piosenki o zbójniku („już wiodą Janicka, wiodą ku Levoce”), więc Paulina sprawdza w internecie czy rzeczywiście Janosik tutaj był. Był, czy nie, warto się tam zatrzymać bo jest co oglądać. Levoča została wszak wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niesamowite jak pewne niezbyt ważne z pozoru decyzje wpływają na historię rozmaitych regionów. Pisałem swego czasu jak budowa kolei pozbawiła szybko znaczenia gospodarczego niewiele wczesniej oddany do użytku Kanał Elbląski. Podobnie stało się z Levočą. To dynamicznie rozwijające się miasto, leżące na skrzyżowaniu szlaków handlowych zostało nagle pozbawione swojego strategicznego położenia, kiedy oddana do użytku w 1871 r. linia kolejowa Košice – Bohumin ominęła je w odległości ośmiu kilometrów. Inne miasta przejęły profity z transportu i wymiany handlowej, a Levoča stała się sennym choć niezwykłej urody niewielkim miasteczkiem. Żal było tak po prostu przejechać obok, ale nie moglismy już się zatrzymywać jeżeli chcieliśmy dotrzeć o rozsądnej porze do Rumunii. Janosik zaś, jak się okazało, został po pojmaniu uwięziony w Liptovskym Mikulašu i tam powieszony na haku za lewe żebro.

Po paru następnych kilometrach na jednym ze wzgórz pojawiają się ruiny wielkiego zamczyska.

To Zamek Spiski (Spišsky Hrad), jeden z największych tego typu obiektów w Europie Środkowej. Zespół zamkowy rozciąga się bowiem na obszarze około czterech hektarów. Jego historia zaś sięga jedenastego wieku czyli niemal tysiąc lat wstecz.

Nie jedlismy jeszcze śniadania, na które zamierzamy zatrzymać się „przy najbliższej okazji”, więc nie możemy opóźniać planu zjazdem z autostrady i zwiedzaniem zamku. Zostawiamy to na inną wycieczkę. W końcu dojeżdżamy do Prešova. Tam już musimy iść coś zjeść bo dochodzi trzynasta i burczy nam w brzuchach. Śniadanioobiad, dla odróżnienia od obiadokolacji.

Bardzo zmieniły się przez ostatnie dwadzieścia lat miasteczka wschodniej Europy. To co marniało kiedyś za żelazną kurtyną, po upadku komuny zaczęło odzyskiwać dawny blask i dzisiaj lśni.

Przyjemnie przejść się odnowionymi uliczkami choćby właśnie takiego Prešova. Co ciekawe, Słowacy w odróżnieniu od nas dość łagodnie obeszli się z symbolami komunizmu. Na prešowskim rynku wciąż stoi obelisk z gwiazdą oraz sierpem i młotem.

I nawet kwiaty leżały na cokole.

Najedzeni (co kraj, to obyczaj – zamawiając na przystawkę grzankę z masłem czosnkowym otrzyamałem ząbki czosnku oddzielnie, do schrupania w całości albo pokrojenia we własnym zakresie) mogliśmy jechać dalej. Jeszcze tylko krótki postój na stacji benzynowej, aby kupić winietę na autostradę i już opuszczaliśmy miasto. Następny postój już po węgierskiej stronie.

Kilkadziesiąt kilometrów autostrady przejechaliśmy błyskawicznie, a potem zaczęła się nudna, płaska droga wśród pół kukurydzy aż do granicy z Węgrami.

Zawsze jestem pełen zachwytu nad Unią Europejską i Strefą Shengen, kiedy jedynym znakiem granic są tablice z nazwą kraju, do którego się wjeżdża i ewentualnie jakieś pozostałości dawnych posterunków granicznych.

Trzeba było kupić gdzieś winietę na autostrady węgierskie. Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji benzynowej i ku mojemu zaskoczeniu zamiast nalepki na szybę, jak na Słowacji otrzymałem coś w rodzaju sklepowego paragonu, tyle tylko, że zawierającego m.in. numer rejestracyjny samochodu. Okazauje się, że pan sprzedający winietę wklepał na komputerze nasze dane do systemu i to wszystko. Kamery na autostradach odczytują numery z tablic rejestracyjnych, a odpowiedni program sprawdza, czy są w bazie danych. Żadne nalepki nie są potrzebne.

Na Węgrzech poza nielicznymi wyjątkami nawet nie próbowałem sobie zaprzątać głowy prawidłowym odczytywaniem nazw miejscowości. Wystarczyło, że coś tam z grubsza się zgadzało.

Dłuższy postój zarządziliśmy dopiero w Debreczynie. Mieliśmy początkowo w planach zobaczyć cos więcej, ale robiło się późno. Trochę czasu straciliśmy wcześniej na parkingu przy autostradzie, ponieważ dopadła mnie taka senność, że musiałem zjechać i zdrzemnąć się trochę na odchylonym do tyłu fotelu. A, że pogoda tego dnia była piękna, Paulina skorzystała by grzejąc się na słońcu czytać „Proces” Kafki. Teraz trochę zabrakło tych trzech kwadransów. Za to zjedliśmy coś węgierskiego. Placków po wegiersku o dziwo nie było, ale gulasz jak najbardziej. Po kolacji krótki spacer deptakiem i pobliskimi uliczkami.

Musieliśmy się jednak sprężać. Mimo, że granica rumuńska wydawała się być odległa zaledwie o rzut kamieniem, do leżącej tuz za nią Oradei było wciąż ponad siedemdziesiąt kilometrów. Oradea zaś to był plan minimum na dziś. Nie chcciałem zostawiać przejazdu przez całą Rumunię na dzień następny ponieważ niewiele wiedziałem o tamtejszych drogach i obawiałem się, że jakieś opóźnienie może wpłynąć na nasze doatrcie na czas do Bukaresztu. Leonard Cohen zaś miał rozpocząć swój koncert o 20:00 bez względu na to, gdzie będziemy się znajdować.

Zmierzchało gdy opuszczaliśmy Debreczyn.

Niemal zaraz za rogatkami miasta pomarańczowa kula słońca skryła się za ciągnącymi się po widnokrąg łanami kukurydzy. Coraz częściej spoglądałem na odliczający pozostałą do przejechania odległość odbiornik GPS, ale ten lenił się strasznie i im częściej spoglądałem, tym wolniej ujmował dystansu. Wreszcie po dobrej godzinie jazdy, już w zupełnych ciemnościach dotarliśmy do końca długiej kolejki TIR-ów czekających na odprawę graniczną. Unia unią, ale Rumunia jest poza strefą Shengen, więc kontrola być musi. Na szczęście pas dla samochodów osobowych pozostawał wolny.

Sopot; 27.10.2012; 18:00 LT