W drodze na koncert spieszyliśmy się, ale w powrotnej żal było ominąć Tokaj, miejsce gdzie wyrabia się wino o tej samej nazwie. Wino, które darzę szczególnym sentymentem, ponieważ oprócz grzanego miodu kasztelańskiego (lubilismy popijać go „U Wyszaka” w podziemiach szczecińskiego ratusza – dziś już niestety go tam nie serwują), Tokaj szamorodni był ulubionym naszym trunkiem w starszych klasach liceum.

Wizyta w miejscowości Tokaj oznaczała poważne opóźnienie, ponieważ za Debreczynem musieliśmy zrezygnować z wygodnej autostrady do Miszkolca i przez Nyiregyhaza bocznymi drogami jechać do miejsca, „co nie ma go na mapie” (na poniższej mapce widać jedynie znacznik wskazujący Tokaj, a nazwa pojawia się dopiero gdy oglada się bardziej szczegółowe plany.

Zanim jednak znaleźliśmy się na Węgrzeczh czekał nas poranek w Cluj-Napoca. Okna naszego hotelu wychodziły wprost na prawostaławną katedrę. Kiedy jednak zapakowaliśmy do samochodu swoje rzeczy i chcieliśmy przed wyjazdem ją zwiedzić, drzwi wciąz jeszcze zakmnięte były na głucho.

Po przeciwległej stronie tego samego placu znajduje się rumuński Teatr Narodowy.

Nazwa jest nieprzypadkowa, bowiem w tym mieście od początku współżyją ze sobą rozmaite nacje, a przez wieki dominujacą była węgierska. Ba! Kilkaset lat temu była tam liczna mniejszość niemiecka, zachęcana do osiedlania się tutaj już w XIII wieku. Do dzis natrafić można na niemieckojęzyczne nazwy w tym regionie. Oczywiście istniała tez kiedyś kilkunastotysięczna grupa Żydów, lecz zostali zgładzeni przez perfekcyjnie działającą machinę ludobójstwa stworzoną przez nazistowski system. Scenariusz był podobny jak w innych krajach: najpierw stłoczono Żydów w getcie, a następnie wywieziono ich do Auschwitz (sześć transportów w maju i czerwcu 1944r.). Dominującymi nacjami byli jednak zawsze Węgrzy i Rumuni. Oni mieli (i mają) „swoje” place. Takim „rumuńskim placem jest Avrama Iancu z ową katedrą i teatrem. Jakby w opozycji do niego, kilkaset metrów dalej znajduje się „węgierski” Piata Uniri z gotyckim, katolickim kościołem Św. Michała oraz stojącym przed nim pomnikiem króla Macieja Korwina, za czasów którego Węgry pod koniec XV wieku znalazły się u szczytu swojej potęgi, obejmując swoim zasięgiem znaczny obszar środkowej Europy.

Do kościoła można było wejść, więc zaliczyliśmy na krótki spacer po jego wnętrzach.

W tej części Europy granice przesuwano bardzo często. Zmieniał się też status i przynależność Cluj. W ciągu ostatnich stu lat Cluj najpierw znajdował się w granicach Austro-Węgier, by po I Wojnie Swiatowej przypaść Rumunii. Podczas II Wojny Światowej, w 1940 miasto ponownie zostało przynane Węgrom, lecz rozbicie wojsk węgierskich przez Armię Czerwoną i sprzymierzonych już wówczas z Rosjanami Rumunów przesądziło o ponownym powrocie Cluj w granice Rumunii, przypieczętowanym Traktatem Paryskim z 1947 roku,

Jeszcze w 1956 roku ilość obydwu nacji rozkładała się w mieście mniej więcej po równo. Przez następne czetrdzieści lat jednak ilość ludności rumuńskiej wzrosła ze 75 do 250 tysięcy, podczas gdy węgierskiej pozostała na podobnym poziomie: 78 tysięcy w 1956 wobec 75 tysięcy po czterech dziesięcioleciach. Ciekawe jak będzie ta struktura wyglądać po kolejnych kilkudziesięciu latach otwartych granic i swobodnego osiedlania się w granicach Unii Europejskiej?

Cluj to jednak nie sam Cluj, lecz Cluj-Napoca. Ten drugi człon oddano do nazwy miasta za rządów Nicolae Ceausescu, dla podkreślenia związków z Imeprium Rzymskim, którego prowincja, Dacja znajdowała się na terenie dzisiejszej Rumunii, a w obecnym Cluj istniał najpierw obóz legionów, a potem miasto Napoca. Nie mogło więc obyć się bez kolejnej Wilczycy Kapitolińskiej na naszej trasie, którą „Matka Rzym” przekazała kilkadziesiąt lat temu swojej dawnej prowincji.

Z Piata Uniri ruszyliśmy już na trasę. Na przedmieściach zobaczyliśmy ogromne ni to wille, ni pałace, które przypominały nam nieco budynki cygańskich bogaczy widywane w Polsce.

Znów zaczęły się serpentyny.

Odliczaliśmy drogę jaka pozostała nam do Oradei i granicy rumuńsko-węgierskiej. W Rumunii nie jest to trudne. Bardzo fajne i czytelne są charakterystyczne słupki ustawione wzdłuż dróg. Są na nich podawane odległości do ważniejszych miast znajdujących się na danej trasie. Mamy więc na bieżąco prowadzoną aktualizację.

W jednej z wiosek zatrzymaliśmy się, by obejrzeć wystawione na sprzedaż rękodzieło. Po obydwu stronach jezdni ciągnęły się sklepy z ceramiką, wyrobami skórzanymi, haftowanycmi obrusami, serwetami, koronkami i.t.p. Trzeba było mocno się pilnować by nie wpaść w amok kupowania wszystkich pięknych rzeczy.

W Oradei zatrzymaliśmy się na krótki posiłek w miejscowym Mc Donald’sie (przy okazji skorzystaliśmy z bezpłatnego wi-fi), po czym ruszyliśmy do granicy.

Nie zatrzymywaliśmy się już w Debreczynie, tylko od razu kierowaliśmy się na Nyiregyhaza. Ruch nie był przesadnie wielki, więc jechało się dość przyjemnie. I w końcu przeprawiliśmy się mostem przez rzekę, za którą u stóp góry Kopasz (515 m.n.p.m.) przycupnęło miasteczko będące celem naszej podróży. Przed wiekami istniał tu jeszcze zamek, lecz zniszczyli go Tatarzy podczas jednego ze swoich najazdów.

Wystarczyła góra, doskonały klimat oraz jedna mądra decyzja władcy, który w XIII wieku sprowadził tu włoskich winiarzy. Ci zaś stworzyli coś, co po wiekach stało się obiektem dumy narodu węgierskiego, odzwierciedlonym nawe w ich hymnie narodowym:

Boże zbaw Węgrów

I obdarz ich swymi łaskami

(…)

I pozwól srebrnemu deszczowi

Zraszać winne grona Tokaju

Zostało tez docenione przez UNESCO, które wpisało winnice Tokaju na listę światowego dziedzictwa ludzkości. Tokaj jest stolicą winiarskiego regionu, więc stosowne mapki informują o trasach dla turystów, którzy mogą zwiedzić inne miejscowości objęte patronatem UNESCO.

Wspomniałem już o przesuwanych granicach w tym rejonie Europy. Wskutek tych zmian podzielony został również ów winiarski region. Jego część znajduje się obecnie w granicach Słowacji, która ma prawo produkować tam wino o nazwie Tokajsky. By używać tej nazwy muszą one jednak przejść węgierską kontrolę jakości.

Chcielismy od razu zobaczyć słynne piwnice Rakoczy’ego, ale nie okaząło się to proste. Były ustalone określone godziny zwiedzania i musielismy odczekać ponad godzinę. Poszliśmy więc na spacer po mieście i przy okazji na obiad, by potem, po zwiedzaniu ruszać szybko w kierunku Słowacji, bo robiło się późno, a drogi przed nami jeszcze sporo. Zamierzaliśmy bowiem dotrzeć tego dnia do Starej Lubovni niedaleko granicy z Polską, skad nazajutrz mieliśmy ruszyć do Trójmiasta.

Przezornie kupilismy też wino, co nie było takie proste, ponieważ część sklepików była zamknięta. Teoretycznie zakupy powinniśmy zrobić po wycieczce do piwnic, posiadając wtedy odpowiednią wiedzę, ale wycieczka rozpoczynała się o siedemnastej i obawialiśmy się, że o osiemnastej nawet te ostatnie sklepiki mogą zostać zamknięte.

Kilka minut przed siedemnastą ponownie znaleźlismy się przed Pwnicami Rakoczy’ego, przed którymi znajduje się fontanna Bachusa.

Franciszek Rakoczy był największym właścicielem winnic w tym regione na przełomie XVII i XVIII wieku. Korytarze jego piwnic ciągną się półtora kilometra wgłąb góry. Oczywiście zwiedzać można tylko niewielką ich część.

Uwielbiam zwiedzanie poza sezonem. Można mieć wtedy przewodnika wyłącznie dla siebie. Doświadczaliśmy takich udogodnień już niejeden raz. Podobnie było i tym razem. Okazało się, że byliśmy jedynymi turystami, którzy chieliby zwiedzić piwnice, więc mieliśmy iście vip-owski serwis.

Najpierw dowiedzieliśmy się co nieco o winogronach. Okazuje się, że najszlachetniejsze gatunki tokaja powstają wcale nie z pięknie wyglądających, dojrzałych owoców, lecz z tych już przejrzałych, podsuszonych i najlepiej lekko spleśniałych. Takich jak te u dołu poniższego zdjęcia.

Taka naturalna wstępna fermentacja, czyli „samorodność” wina przyczyniła się do powstania nazwy tego gatunku. Polscy kupcy zwali bowiem ów rodzaj Węgrzyna (taką nazwą określano Tokaj w Polsce) samorodnym. I tak już zostało: „Tokaij Szamorodni”.

Im więcej takich „rodzynków” dodawanych w produkcji wina, tym ono szlachetniejsze i słodsze. Tokaj przechowuje się w tradycyjnych 136-litrowych beczkach. W bogatszych odmianach określa się ile wiaderek (puttonyos) o cieżarze około 23 kg przejrzałych owoców zużyto na ową 136-litrową beczkę wina. Zazwyczaj jest to od trzech do pięciu puttonyos.

Aby uzyskać jeszcze szlachetniejsze w smaku wino, niektóre z winogron zbiera się bardzo późno, nawet w grudniu. Z takich mocno przejrzałych, a wręcz niemal suchych winogron powstaje Tokaj Aszu. Ten był ulubieńcem koronowanych głów.

Na niepowtarzalny smak tokaja ma ponoć wpływ również pewna szlachetna odmiana pleśni, która tworzy się w bardzo wilgotnym i chłodnym mikroklimacie owych piwnic.

Wszystko więc wbrew t.zw. zdrowemu rozsądkowi. Normalny człowiek tworzyłby wino z najpiękniej dojrzałych owoców i obsesyjnie dbał o czystość piwnic. Tymczasem najlepsze tokaje produkuje się z owoców, które w sklepie każdy obchodziłby szerokim łukiem, a na dodatek błogosławi się pojaiwiającą się wokół leżakujących beczek pleśń.

No koniec poszliśmy obejrzeć inne piwnice, gdzie leżakowało już wino butelkowane.

Ostatnim punktem programu była zaś degustacja. I znów czuliśmy się jak paniska, ponieważ bylismy sami w całej sali i spokojnie słuchaliśmy opowieści o każdym z win, próbując jednego po drugim.

Było mi bardzo przykro, że jako kierowca nie mogłem rozkoszować się, większą ilością wybornych trunków.

Po opuszczeniu gościnnych piwnic poszliśmy już prosto na parking i ruszyliśmy w kierunku granicy ze Słowacją. Słońce wkrótce skryło się za widnokręgiem.

Przez Koszyce przejechalismy już w zupełnych ciemnościach. Byłem zmęczony długim dniem więc pomimo autostrady, moja prędkość nawet nie zbliżała się do stu kilometrów na godzinę. To zaś wydłużało jeszcze naszą jazdę. W końcu ujrzeliśmy w oddali podświetlony zamek w Starej Lubovni.  Dojeżdżaliśmy na miejsce.

Długo jeszcze szukaliśmy noclegu, który Booking,com razem z Google pokazał na mapce w centrum Starej Lubovni, a okazało się, że jest on zupełnie w innej miejscowośći, kilka kilometrów od miasta. Hotel był ogromny, ale jego wystroj nie zmienił się nic a nic od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Siermiężna, komunistyczna stylistyka i takaż jakość wykonania mogłyby robić za muzeum tamtych czasów. Nie przeszkadzało nam to jednak. Ważne, że mogliśmy wreszcie odpocząć przed czekającą nas nazajutrz jeszcze dłuższą trasą nad Bałtyk.

Szczecin, 16.06.2013; 10:20 LT