Ostatni dzień. Postanowiliśmy w końcu pojechać do Faro. Zaparkowaliśmy samochód na dość dużym parkingu przed murami miejskimi, zbudowanymi jeszcze przez Maurów i półkoliście zwieńczoną bramą weszliśmy na starówkę.

F 160

Bardzo podobają mi się ceramiczne płytki z nazwami ulic. Takie widywaliśmy na Azorach, ale bywają także i w Hiszpanii. Każda ulica i plac ma swoją niepowtarzalną tabliczkę, która sama w sobie godna jest oglądania.

F 165

Na placu Alfonsa III stoi również pomnik patrona placu oraz całego miasta. To on wyzwolił miasto z rąk Maurów. On również potem po drobnych konfliktach z Kastylią ustalił granicę na rzece Guadiana, która od dziś respektowana jest jako granica pomiędzy Hiszpanią i Portugalią.

F 181

Lotnisko w Faro leży niedaleko starego miasta, więc co parę minut mieliśmy okazję podziwiać podchodzące do lądowania samoloty niemal tuż nad dachami.

F 166

Ale co to? Zadzierając głowę podczas obserwacji samolotów nagle spostrzegamy na jednym z balkonów miejscowego muzeum baner informujący o koncertach muzyki fado.

F 161

Są też plakaty.

F 180

Jeszcze na wszelki wypadek pytamy w środku i potwierdza się. Możemy nie tylko posłuchać muzyki lecz jak w muzeum przystało również dowiedzieć się czegoś o fado podczas prezentacji prowadzonej przez muzyka.

Dlaczego nie powiedzieli nam o takiej możliwości w centrum informacji turystycznej poprzedniego dnia? To pozostanie słodką tajemnicą tamtejszych urzędników.

W każdym razie po chwili byliśmy posiadaczami biletów na koncert o godzinie 15:00 w cenie 5 euro od sztuki, który upoważniał jeszcze do wstępu do muzeum.

F 164

Mieliśmy jeszcze trzy kwadranse do koncertu, więc najpierw postanowiliśmy obejrzeć katedrę.

F 168

Bileter w kasie katedry pyta skąd jesteśmy.

- We came from Poland.

- Polska? Proszę. Oto bilety. Dziękuję bardzo.

Byłem lekko zaszokowany jego dobrą znajomością naszego języka.

- Gdzie się nauczyłeś języka polskiego?  - pytam.

- Grałem w piłkę w Polsce. Byłem zawodnikiem Górnika Łęczna, ale później po faulu przytrafiła mi się kontuzja nogi i musiałem zrezygnować z gry. Ale poznałem Polskę, rożne miasta kiedy jeździliśmy na mecze.

Dobrych kilka minut rozmawialiśmy o miejscach, które odwiedził w naszym kraju, lecz w końcu musieliśmy przerwać, bo czas nas gonił. Koncert wkrótce, a jeszcze wejście na wieżę katedry nas czeka i oglądanie wnętrz.

Panorama miasta z góry wyglądała pięknie.

F 169

Ciekawostką była kombinacja krzyża z kurkiem na dachu katedry. Na ogół widuje się same krzyże, a kurki to raczej na budynkach świeckich. Chociaż w Rydze niemal wszystkie krzyże na kościołach zastąpiona kurkami. W Faro zaś i to, i to.

F 170

W kierunku południowym i południowo-wschodnim rozciągał się widok na mokradła i torfowiska ujścia Ria Formosa. Gdzieś tam, na dalekiej wyspie Culatra błądziliśmy pierwszego dnia.

F 171

Schodząc w dół do wnętrza świątyni natrafiliśmy na pomieszczenie z ekspozycją… relikwiarzy. Tak bogate państwo jakim była Portugalia mogło pokusić się o zdobywanie relikwii z rozmaitych stron. Biedni święci. Nie dano im spokoju po śmierci, rozdrapując ich doczesne szczątki, które miały przynieść późniejszym ich posiadaczom Boską życzliwość. W katedrze można między innymi zobaczyć kości rąk Świętego Bonifacego…

F 172

czy fragment mostka Świętego Wincentego.

F 173

Takich eksponatów jest tam znacznie więcej.

Barokowe ołtarze katedry pysznią się bogatymi dekoracjami z najprzeróżniejszych materiałów od drewnianych rzeźb po złoto i rzadko spotykane gdzie indziej ceramiczne kafle.

F 175

F 174

Na dziedzińcu zaś można odkryć coś dla ludzi o mocnych nerwach. Kaplicę czaszek.

F 176

Znacznie większa znajduje się wewnątrz koscioła Igreja do Como. Jest coś ponurego w tej kaplicy, jak ponura bywa śmierć, chociaż w chrześcijańskiej tradycji jest ona tylko przejściem do wiecznego życia. Nie wiem czy to zamierzone, ale nawet święta figura na ołtarzu tej kaplicy ma wyraz twarzy taki, który może się przyśnić w nocnych koszmarach.

F 177

Od czaszek już bardzo szybkim krokiem wróciliśmy do muzeum by zdążyć na koncert muzyki fado. W niewielkiej salce wysłuchał go jakiś tuzin osób. Oczywiście z rozmaitych stron świata. Wiemy, bo prelekcję po angielsku poprzedziło przedstawienie się każdego ze słuchaczy.

Saudade – smutek. To słowo klucz do muzyki fado. Owa nostalga, tęsknota, smutek pożegnań są głównymi cechami tego nurtu, który rozwinął się i nabrał znaczenia w XIX wieku. Mówi się, że były to pieśni robotników użalających się nad swą niedolą, rybaków opuszczających swoje rodziny by ruszać na połów gdzieś na oceanie, a nawet doszukuje się afrykańskich korzeni z pieśni niewolników wyrwanych z Czarnego Lądu do okrutnego dla nich świata rządzonego przez białych ludzi. Takie fado ulicy oraz plebsu, nostalgiczne lecz pełne improwizacji to odmiana lizbońska. W odróżnieniu od fado z Coimbry, miejsca gdzie znajduje się jeden z najstarszych europejskich uniwersytetów. W Coimbrze jak na środowisko uniwersyteckie przystało, wszystko musiało mieć swoje ramy, sztywne zasady i chociaż tam również dominował smutek i nostalgia to jednak o nieco subtelniejszym, bardziej filozoficznym charakterze.

Oczywiście prawdziwe fado grane jest na portugalskiej gitarze, która ma więcej strun niż tradycyjna i szczególnie rzeźbiony gryf. Muzyk prowadzący spotkanie opowiadał nam o tym, a opowieść ilustrował muzyką.

F 178

Słuchamy często audycji „Siesta” Marcina Kydryńskiego w radiowej „Trójce” i tam muzyka fado ma także swoje miejsce. Po zakończeniu prezentacji zamienilismy więc kilka słów z prowadzącym pytając czy jest coś takiego jak afrykańska odmiano fado. Mieliśmy na myśli chociażby Nancy Vieira o korzeniach z Wysp Zielonego Przylądka, na której koncercie mieliśmy okazję być podczas „Siesta Festival 2014” no i oczywiście słynną Cesarię Evorę z tych samych wysp. Odpowiedź była negatywna. Nie ma fado afrykańskiego, chociaż istnieje podobny nurt z dominującym „saudade”, mający jednak swoje odrębne określenie.

Zrobilismy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.

F 162

Przez dziedziniec muzeum, gdzie kiedyś mieścił się klasztor.

F 179

Nad tym dziedzińcem wznosi się charakterystyczna wieża z niewielkimi okienkami w formie szczelin. Przez nie zakonnice, same niewidoczne dla innych, mogły obserwować zewnętrzny świat, przekraczając wzrokiem granice klasztoru.

Gdyby dziś mieszkały tam jeszcze, mogłyby obserwować podchodzące do lądowania samoloty, a także i bociany, które upodobały sobie wieżę jako miejsce odpoczynku.

F 188

Inne wieże także. Widok bocianiego gniazda na dachu dzwonnicy nie jest w Faro niczym szczególnym.

F 182

Wzdłuż chodników kusiły obsypane wielkimi jak pięść owocami mandarynkowe drzewa. I tak jak Ewa w Raju sięgnęła po zakazane jabłko, tak i ja nie wytrzymałem i zerwałem po jednej. Skórka pięknie odeszła, owoce przełamywało się bez problemu na poszczególne cząstki, a smak… Tfu! Co za psiury! Takiego kwachu mandarynkowego nie jadłem jak żyję. Niech sobie wiszą na tych drzewkach ku ozdobie. Wyglądają sto razy piękniej niż smakują.

F 167

Nieopodal mariny stoją budki oferujące bilety na stateczki pływające nie pobliskie wyspy. Ceny zaczynają się od dziesięciu euro. Nie mówiliśmy, że z Olhao płynęliśmy za 1,85 euro, żeby im nie było przykro.

Potem poszliśmy coś przekąsić. Oczywiście owoce morza. Kiedy zakończyliśmy posiłek zmierzchało już, a wąskie uliczki nabrały pomarańczowych barw od sodowych lamp.

F 184

Do tej tonacji dostroiło się niebo oświetlane ostatnimi promieniami skrytego już pod widnokręgiem słońca.

F 183

Pętlę spaceru zamknęliśmy przy tej samej bramie, którą wcześniej weszliśmy do miasta.

F 185

Nasze białe auto czekało na parkingu.

F 186

Wsiedliśmy, wyjechaliśmy na sąsiednią ulicę i natychmiast daliśmy po hamulcach. Chwyciłem aparat i pstryknąłem kilka fotek, bo jakże tu odpuścić kiczowaty, wakacyjny landszafcik? Niech zostanie jako ilustracja naszego kilkudniowego pobytu w słonecznym Algarve. Wszak nazajutrz mieliśmy wracać do mroźnego już Trójmiasta.

F 163

Sopot, 03.01.2015; 20:25 LT