Kaszubski Rajd na Orientację tym razem zawitał do Sierakowic.  

sie 11

Po bardzo fajnych wspomnieniach z Łeby byliśmy pełni optymizmu przed kolejną trasą. Koniec maja to jednak nie to samo co koniec września. Kiedy wyruszaliśmy na trasę w Łebie, słońce jeszcze świeciło, a zachód oglądaliśmy z wydmy w okolicach drugiego punktu kontrolnego. Tym razem ciemności zapadały już po dziewiętnastej, a że nasz start przewidziany był około dwudziestej drugiej, zaczynaliśmy nasz marsz w kompletnych ciemnościach.

Kiedy startuje się gdzieś w środku stawki, zawsze się kogoś dogania, albo ktos dogania nas. Można wymienić się uwagami, a przede wszystkim podtrzymać się na duchu, że szuka się tam gdzie powinno. W sobotni wieczór opuszczaliśmy bazę rajdu jako przedostatnia ekipa, więc mogliśmy liczyć praktycznie tylko na siebie.

Zaczynamy ostro, lecz nasz zapał szybko studzi wysoka i piekielnie stroma skarpa. Z wysokości kilkudziesięciu metrów oglądamy dachy domów pobudowanych u jej podnóża. Nie porywamy się na szaleńczy zjazd na tyłku po piachu. Zawracamy i odnajdujemy drogę biegnącą w dół.

Mijamy ostatnie zabudownia i docieramy do pierwszych fragmentów lasu. Gdzieś tu powinien być schowany niewielki staw. Świecimy latarkami pomiędzy drzewa. Jest! Jest staw! Teraz jeszcze w gęstwinie drzew odszukać punkt kontrolny. Przedzieramy się przez krzewy i zwisające nisko gałęzie młodych brzóz i nagle pojawia się na jednym z drzew charakterystyczny biało-czerwony kwadrat. Pierwszy punkt zaliczony.

sie 02

Drugi punkt kontrolny zlokalizowany był przy źródłach Słupii, a przynajmniej tak się nazywał. Rzeka w tamtym miejscu płynęła głębokim jarem w środku lasu. Na mapie nie widać było żadnej ścieżki, więc wyglądało na to, że trzeba będzie pójść wzdłuż rzeki. Miałem nadzieję, że nie będzie zbyt grząsko a drzewa nie będą rosnąć zbyt gęsto.

Jakieś latarki przy drodze.

- Cześć! Idziecie od źródeł Słupii? – pytamy, bo grupa szła w przeciwną stronę niż my?

- My tak naprawdę nie wiemy gdzie jesteśmy – odpowiadają ze śmiechem – zobaczyliśmy waszą latarkę i wydawało nam się, że błyska tak jak umawialismy się z naszym kolegą.

Szukamy więc dojścia do koryta Słupii sami. Kątem oka zauważamy, że ludzie, z którymi się przed chwilą mijaliśmy zawrócili, i teraz idą po naszych śladach.

My tymczasem weszliśmy do lasu i przedzieramy się w dół, na dno jaru. Drzewa i krzewy rosną tak gęsto, że ciężko iść.

- Idziemy korytem! – mówię do Mojegoi Anioła. To wydaje się najrozsądniejsze, bo przynajmniej drzewa nam nie przeszkadzają. A, że wody w tym odcinku Słupii jest jak na lekarstwo, należy uważać jedynie, by nie skręcić nogi na licznych kamieniach.

sie 03

I w końcu jest! Jest drugi punkt! Biało-czerwony kwadrat na jednym z drzew nieopodal niewielkiej kałuży, ktora według prawdopodobieństwa mogla być źródłem Słupii. Zaliczmy więc kolejny punkt kontrolny i uznajemy, że zasłużyliśmy na kanapkę, bo ostatni posiłek jedliśmy około siedemnastej.

sie 04

Kiedy je konsumujemy, z góry wąwozu zaczyna świecić kilka latarek. Zwabiło ich nasze światło.

- Jest po co schodzić?

- Tak! – odpowiadamy lakonicznie. Przedzierają się na krechę w dół i po chwili perforują znacznikiem „dwójki” swoje karty.

Gdybyśmy poszli dalej dnem wąwozu, pewnie byśmy się zorientowali, ale w tym momencie zupełnienie nie przyszło nam to do głowy. Perfidia organizatorów polegała zaś na tym, że to był fałszywy t.zw. punkt stowarzyszony, a właściwy znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej. Dowiedzieliśmy się o tym jednak dopiero po zakończeniu rajdu, a tymczasem ruszyliśmy w bok pod górę, by jak najszybciej wydostać się z jaru i kontynuować marsz. Ponieważ nie było tu ścieżek, musieliśmy iść”na krechę” przez pola i łąki aż znajdziemy jakąś ścieżkę. Znalezioną ściezką dotarliśmy do asfaltowej drogi, a nią na południe, by inną polną drogą ruszyć w kierunku kolejnego lasu.

sie 09

Aby znaleźć kolejny punkt, znów musieliśmy ostatecznie opuścić drogę i na przełaj, pokonując płoty, elektryczne pastuchy oraz złe psy (jeżeli wierzyć informacjom, które widywaliśmy opuszczając dany obszar), dotrzeć na skraj lasu, gdzie udało się odnaleźć punkt numer 3.

Dalej ścieżka wiodła w kierunku lasu. Było piękne, bezchmurnie, więc zatrzymaliśmy się na chwilę by delektować się widokiem, jakiego na miejskim, zanieczyszczonym światłami niebie nigdy się nie ujrzy. Droga Mleczna, Wielka Mgławica Andromedy wyglądały rzeczywiście jak mgławice.

Wychodzimy z lasu. Organizatorzy uparli się, żeby punkty kontrolne lokować z dala od ścieżek.

- Jakieś dwieście metrów na północ. – wychodzi nam po zmierzeniu odcinak na mapie.

Prawie widać to miejsce, ale trzeba przejść przez kolejne pole. A może jednak jest ścieżka?

- Tam w dole. Zaraz sprawdzę.

Schodzę z pola. Nieco w dół, przez trawy. O, już majaczy coś ciemnego.Najważniejsze, że nie ma błota ani krzaków.

- Stój! – krzyczy Mój Anioł – To woda! Staw jakiś!

Zatrzymuję się. No rzeczywiście, to chyba jakieś wodne oczko. Ale dlaczego nie było go na mapie?

Wychodzimy z powrotem na pole i idziemy jego skrajem. Jest ogromny kamień. Jeden, a zaraz obok drugi. Za nim zaś, głębiej, jakby specjalnie, by nie był zbyt dobrze widoczny, symbol punktu kontrolnego.

- Następny to już będzie prosty. Wystarczy iść niemal dokładnie na północ, dojść do jeziorka, a „piątkę” znajdziemy na brzegu.

sie 10

No i zaczęło się. Szliśmy, szliśmy, przez ogrodzenie przedostaliśmy się z pola do lasu. Minęliśmy jakiś staw, którego nie było na mapie. Na staw prowadził misterny mostek, co nas nieco zdziwiło. Nieco dalj było miejsce na ognisko… jakiś dom.

- Chyba zamiast do lasu, weszliśmy na czyjąś posesję.

- Tam jest brama!

 Szybko wyszliśmy na zewnątrz. Na bramie wisiała tabliczka „Uwaga zły pies”. Z ły pias zaczął jednak wściekle ujadać, dopiero gdy byliśmy jakieś sto metrów dalej. Czyżby jeszce ktoś szedł tamtędy? Droga za bramą z początku była bardzo dobra. Typowa, leśna droga. Szybko jednak zaczęła się rozmywać w gąszczu traw, aż w końcu zniknęła zupełnie. Las tymczasem zaczął gęstnieć na potęgę. Wysokie trawy stanowiły wielki rezerwuar wilgoci. Już od jakiegoś czasu czułem, że buty mam przemoczone. Miejscami trzeba było przedizerać się przez ogromne paprocie i uważać, by nie wdepnąć w jakieś grzęzawisko. Chodzenie „na kompas” w tym gąszczu nie było sprawą łatwą. Szliśmy w jedną stronę, by po chwili się wycofywać. Po iluś takich nawrotkach już zupełnie straciliśmy pewność jak daleko znajdujemy się od jeziora. Najgorsze było to, że trafiliśmy jakby do jakiegoś matecznika, z którego trudno było nocą, gdy widac tylko najbliższe drzewa, się wydostać. Nawet jeśli trafiliśmy na jakieś bardzo zarośnięte ślady kolein, co świadczyło, że przed laty mogla tu być droga, to i tak ginęła on wkrótce pod zwałami wiatrołomów i wysokich traw. Trudno powiedzieć ile tak kluczyliśmy, ale w takich sytuacjach czas zazwyczaj płynie szybko. W końcu w przypływie desperacji postanowiliśmy przedzierać się na północ bez względu na rodzaj lasu. Z mapy wynikało, że na północ od nas  przebiega równoleżnikowo nawet kilka dróg oraz linia kolejowa, więc przy odpowiedniej dyscyplinie nie da się zabłądzić. Najwyżej nie odnajdzie się „piątki”. Dyscyplina się opłaciła. Wśród traw, wiatrołomów oraz gęstego drzewostanu w końcu dotarliśmy do ścieżki. Jakże docenialiśmy teraz ów komfort możliwości swobodnego poruszania się.

- Pójdźmy w prawo. Jeżeli to ta właściwa ścieżka, to dojdziemy w pobliże jeziorka, Musi jakoś dać się dostać do brzegu. Ruszyliśmy ścieżką, znów w błocie, pośród traw. Tam gdzie mogło być jezioro odbijała jakaś dzika ścieżka, lecz ona także w końcu rozmyła się pod wiatrołomami.

Zawróciliśmy.

Nieco dalej znaleźliśmy przy drodze tablicę ze szkicem okolicy, a ściślej rezerwatu „Żurawie Chrusty”:

sie 07

- Nie ma drogi do jeziora, ale jest za to bór bagienny oraz torfowiska dookoła. Nie ma sensu chodzić nocą na ślepo po mokradłach.

- Która godzina?

Spojrzałem na zegarek.

- Dochodzi czwarta. O nie! Nie ma  sensu. Robimy odwrót. Idźmy ścięzką aż do głównej drogi, a potem do szosy.

Decyzja podjęta w samą porę. Bo czekał nas jeszcze kawał marszu do Sierakowic.

- Za minutę szósta! Minuta przed zamknięciem mety – zaanonsował sekretariat zawodów, kiedy dotarliśmy do bazy z naszą kartą startową.

Tyle dobrego. Poszło nam znacznie gorzej niż w Łebie, ale też i trasa wydawała się trudniejsza, a rzerwat Żurawie Chrusty przetrącił nasz kręgosłup pieszego turysty kompletnie. Trzeba było od nowa nabrać pokory wobec natury, nawet tej o nieco ponad godzinę jazdy samochodem od miejsca zamieszkania.

sie 01

Gdańsk, 28.08.2014; 20:45 LT