Prognoza pogody nie była optymistyczna. Miał padać deszcz, najpierw przelotny, a po południu ciągły, momentami intensywny. W takim przy[padku nie bardzo jest sens ruszać się w góry. Tylko po to, by jeśli nie przemoknąć, to utytłać się w błocie?

Poranek potwierdził nasze obawy. Padało. Poszliśmy więc niczym rasowi kuracjusze do inhalatorium, gdzie odbyliśmy dwudziestominutową inhalację górnych dróg oddechowych oparami roztworu soli bocheńskiej. Zdrowsi i gotowi mniej się zasapać poszliśmy następnie do pijalni wód. Mieści się ona odrestaurowanym niedawno budynku przy piekniejącym z dnia na dzień Placu Dietla. Ten zakątek Szczawnicy wygląda niczym przeniesiony wprost z XIX-wiecznych widokówek.

Pieniny 60

Ponieważ zanim wypiliśmy wodę przestało na padać, postanowiliśmy zaryzykować wypad w Małe Pieniny. Aby zyskać na czasie wjechaliśmy kolejką na Palenicę, a dalej już normalnie, pieszo w kierunku granicy i wiodącym wzdłuż niej niebieskim szlakiem na wschód.

Pieniny 77

Małe Pieniny to obszar gdzie przenikają się krajobrazy sąsiednich Beskidów oraz Pienin. Łagodne zbocza porośnięte lasem albo z rozległymi halami z jednej strony, a wyrastające nagle tu i ówdzie strome  wapienne skały z drugiej. Było mokro i ślisko, więc wspinaczka, a zwłaszcza schodzenie stromymi zboczami po kamieniach nie należały do przyjemności. Trzeba bylo wciąż uważać by nie zjechać parę metrów na dół na tyłku. Nie wiadomo co bardziej zdradliwe: gładka, mokra powierzchnia kamieni, czy glina śliska jak diabli. Bo, że stąpanie po obślizłych korzeniach gwarantowało wywrotkę, wiedzieliśmy doskonale.

Pieniny 65

Na szczęście po kamieniach na samym początku dalsza droga przebiegała w iście beskidzkich krajobrazach. Nawet pomimo siąpiącego deszczu szło się przyjemnie.

Pieniny 62

Gdzieś z prawej od słowackiej strony usłyszeliśmy dzwoneczki owiec. Odruchowo zaczęliśmy rozglądać się w tamtym kierunku, lecz z zza pagórka wybiegło… pięć psów pasterskich. Biegły ku nam chyżo w niewiadomych zamiarach. Zatrzymaliśmy się więc by ich nie prowokować . Na szczęście okazało się, że owczarki spragnione były po prostu zwykłego pogłaskania i raz zaznawszy tej przyjemności nie zamierzały nas opuszczać.

Pieniny 63

Na nic zdało się nawoływanie juhasa (bo owieczki w końcu się pojawiły). Psy najwyraźniej wolały nasze towarzystwo. W końcu, gdy nawoływanie pasterza zaczynało kipieć złością, niechętnie wróciły do stada.

Pieniny 64

Zbliżaliśmy się powoli do Wysokiej – najwyższego szczytu Pienin (1050 m.n.p.m.) i znów zaczęły się skałki oraz kamienie. Zbocza momentalnie stały się bardzo strome, a różnica poziomów znaczna. I znów trzeba było się wspinać. Na śliskim podłożu podchodzenie pod górę nie było fajne. Stromizna była tak duża, że przy fałszywym ruchu spokojnie można było zjechać po glinie i kamieniach kilka metrów. Najgorsze jednak, że wchodzilismy jedynie po to, aby potesm stamtąd zejść. Nie ma lepszego momentu na służbowy telefon jak właśnie wtedy. Czekałem więc na Romka, by pogadał, bo i on czasem czekał na mnie. Ech gdzież ten świat bez telefonów komórkowych…

Pieniny 66

Zejście z Wysokiej podczas deszczu jest beznadziejne. Ścieżka, dawniej wzmocniona kamieniami i poręczami teraz jest zdewastowana. To co kiedyś miało służyć pomocą, teraz samo w sobie jest niebezpieczne. Schodziliśmy obok ścieżki, a gdy skończył się las, po trawie, po czyjejś łące. Kiedy zrobiło się mniej stromo, mogliśmy nasycić oczy intensywną zielenią hal. Taka świeża zieleń to chyba tylko w maju.

Pieniny 67

Następnie krętą ścieąką ruszylismy w stronę widocznego w oddali Wąwozu Homole.

Pieniny 68

Nie byłem tam już z dwadzieścia lat. Zmiana, jaka najbardziej rzuca się w oczy, to metalowe schody z poręczami zainstalowane w górnych partiach. Wzbudzały moje mieszane uczucia. Z jednej strony błogosławiłem je w taką pogodę, ale z drugiej trudno nie uznać ich za szpecenie krajobrazu. Raz jeszcze powtarzam, że nie ma obowiązku chodzenia w góry. Ci, którzy nie czuja się na siłach nie muszą wchodzić hen wysoko. Mi lęk wysokosci nie pozwala pchać się na Orlą Perć, lecz wcale nie oczekuję z tego powodu, by dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego budowała dla takich jak ja specjalne pomosty. Może i Wąwóz Homole należało zostawić w spokoju, dbając przede wszystkim o jakość istniejących, naturalnych ścieżek?

Pieniny 69

Wraz z potokiem wijącym się pomiędzy ścianami wąwozu przemieszczaliśmy się powoli ku jego wylotowi od dołu we wsi Jaworki.

Pieniny 70

Pieniny 71a

Pieniny 74

Wąwóz jako rezerwat  zaróśł lasem i krzewami. Wygląda dziś zupełnie inaczej niż na fotografii sprzed 75 lat. W owych czasach służył miejscowym ludziom jako wygodne miejsce do wypasu owiec, które raz tam wpędzone nie mogły się zagubić.

Pieniny 75

Mi taki niezarośnięty wąwóz podoba się bardziej.

Z Jaworek autobusem PKS wróciliśmy do Szczawnicy. Wcześniej rzuciliśmy jeszcze okiem na wystające spośród drzew wieże miejscowego kościółka. Charakterystyczne banie na wieżyczkach przypominają o dawnych mieszkańcach tych ziem: Rusinach z t.zw. Rusi Szlachtowskiej (obszar od Szczawnicy przez Szachtową po Jaworki). Zostali wysiedleni podczas pamiętnej akcji „Wisła” (była przeprowadzona w 1947 roku, ale mieszkańców Szlachtowej, Jaworek oraz Białej i Czarnej Wody wysiedlono podczas powtórki akcji w 1950 r.)

Pieniny 76

I to już wszystko. Warto było wyjść w góry, bo deszcz nie okazał się tak intensywny jak zapowiadano. Dzięki temu wykorzystaliśmy w pełni dane nam trzy dni. Środa to powrót na północ, nad Bałtyk.

W pociągu Kraków – Warszawa; 16.05.2012; 14:20 LT