Był taki okres w moim życiu, kiedy bywałem tam często. Potem, gdy rozeszły się drogi z moją eks, to miasto wypadło z map moich podróży. Dwa tygodnie temu, jadąc na pogrzeb, trafiłem tam po latach po raz kolejny.

Okazja nie nastrajała do zwiedzania. Nie było też zresztą czasu. Wystarczyło go jednak na tyle, by wpaść na chwilę na rynek oraz nad Odrę. Trzeba było, bo nie wiem kiedy znów uda mi się tam trafić.

Nie będę odkrywczy, jeśli napiszę, że Opole zmieniło się na korzysć przez te lata.

Wypiękniała starówka, przede wszystkim dzięki dopieszczonym detalom. Za komuny nie zwracano uwagi na szczegóły. Dom miał służyć do mieszkania, a że szary? Nieważne. Chodnik miał zapobiegać tworzeniu się błota podczas deszczu i tworzyć w miarę równą powierzchnię do chodzenia. Cel osiągano byle jakimi środkami, więc wszystkie miasta pokryte były popękanymi, betonowymi płytkami, które nawet nieuszkodzone były synonimem szkaradztwa. Krawęzniki, też były takie, jakie akurat trafiły się w magazynach. Bez jakiejkolwiek myśli przewodniej i poczucia smaku. Po upadku komuny, a po wstaąpieniu do UE w szczególności, gdy unijne środki popłynęły do samorządów większym strumieniem, jak Polska długa i szeroka duże miasta i małe misteczka zaczęły błyskawicznie zmieniać swe oblicze. Właśnie nie tyle zapierającymi dech w piersiach inwestycjami, co dbałością o estetykę detali. Chodniki stały się równe, elewacje domów kolorowe, nawet ławeczki i latarnie uliczne nabrały indywidualnego charakteru.


Tak też wypiękniało Opole.

Nad Odrą oprócz odnowionych nabrzeży i śluz, co było poniekąd wymuszone katastrofalną powodzią z 1997 roku, odnalazłem równiez odrestaurowany fragment dawnych murów obronnych.

Po pogrzebie, późnym popołudniem wylądowaliśmy we Wrocławiu u Pauliny, która studiuje właśnie w stolicy Dolnego Śląska. Ani pogoda, ani nastrój, ani zmęczenie nie zachęcały do wychodzenia z domu, więc wieczorem pojechałem prosto na dworzec. Przypomniałem sobie jednak, że w elektronicznym archiwum wciąż zalega kilka fotek z mojej październikowej wizyty w tym mieście, kiedy wracałem z Sudetów. Nie znalazłem wtedy czasu, by wrzucić je do bloga, więc może uda się jakoś w najbliższym czasie?

Póki co, pospacerowąłem po odnowionym dworcu, który z burego, nieprzyjaznego miesca przeistoczył się w prawdziwą perełkę.

Cieszę się, że odnawiając budynek, nie wyrzucono tak po prostu starych neonów i zabytkowy już ciąg rurek układających się w napis „kasy biletowe” nadal służy pasażerom tworząc klimat i historię tego miejsca.

Z czystego, równiutkiego peronu pod odnowioną przeszkloną kopułą dworcowej hali wsiadłem do pociągu, który miał zaweźć mnie z poworotem nad Bałtyk.

Szczecin; 10.03.2013; 10:45 LT