Cykl moich opowieści o sierpniowej podróży po Polsce nazwałem „Piękny Wschód”. I teraz miałem problem. Jak bowiem nazwać odcinek dwunasty o wizycie w obozie koncentracyjnym w Majdanku? Przecież nie „Piękny Wschód” do cholery!

Pomnik ofiar obozu jest zarazem współczesną bramą wiodącą na teren lagru. Jej nieregularna bryła nie przemawia do mnie specjalnie. Może się nie znam, ale trudno mi pokusić się o jakąś sensowną interpretrację tego potęznego monumentu. Wrażenie robi natomiast sama droga. Zagłębia się w ziemi, z boków wystają nieregularne krawędzie granitowych głazówa potem po schodach wychodzi się przez pomnik – bramę, by piekielnie stromym zejściem przedostać się na drogę wiodącą ku barakom. Przejście pod bramą jest jak przejście z jednego świata do drugiego…

Majdanek 01

Na krańcu tej drogi wznosi się inna kontrukcja, przypominająca olbrzymi spodek. I ponieważ jest na końcu, to na końcu o niej napiszę.

Majdanek 02

Ogromny obóz podzielony był na t.zw. pola. Przez bramę w ogrodzeniu z drutu kolczastego wchodzimy do środka. Zatrzymuję się na chwilę. Oto granica między ziemią a piekłem. Podwójne ogrodzenie pod prądem i na wszelki wypadek szereg drutów pod napięciem jeszcze pomiędzy nimi. Przypomina mi się „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka i jego opisy rzucających się na druty ludzi, kiedy dalsza obozowa egzystencja stawała się ponad ich siły.

Majdanek 03

Na polu rzędem stoją baraki. Jest coś upiornego w ich ciemnych barwach kontrastujących z zielenią trawy, w ciszy przerywanej krakaniem stad czarnych ptaszysk jakby żywcem przeniesionych z obrazu van Gogha, którym zwiastował nadchodzącą swoją śmierć i wreszcie ponury spokój tego miejsca z tętniącym życiem miastem stanowiącym tło owego pejzażu.

Majdanek 04

Wchodzimy do jednego z bloków. Prycze, prycze, prycze. Wszędzie. To było głównie miejsce do spania i chodziło o to, aby jak najwięcej ludzi upchnąć obok siebie w baraku.

Majdanek 05

Majdanek 06

Takie prycze to zresztą był luksus. Decyzja o budowie obozu zapadła w lipcu 1941 roku, wdrożono ją w życie bardzo szybko i początkowo stłoczeni ludzie spali wprost na podłodze.

Początkowo więźniowie spali w barakach na gołych deskach. Jako pościel służył im siennik wypchany zbutwiałą słomą często zawierającą ziemię, gdyż przykrywano nimi wcześniej kopce z kartoflami, oraz dwa koce jeden jako prześcieradło, zaś drugi do przykrycia. Dopiero z czasem baraki wyposażono w prycze, na których spać musiało po dwie, trzy osoby gdy te przeznaczone były tylko dla jednej. [wszystkie cytaty użyte w tej notce pochodzą ze strony internetowej http://www.majdanek.com.pl]

Plany obozu sięgały budowy infrastruktury nawet dla 250 tysięcy więźniów. Co za gigantomania! Więzienie i likwidacja ludzi na skalę absolutnie przemysłową! To trochę tak jakby całą ludność dzisiejszej Gdyni nagle wywieźć i zamknąć na polu ogrodzonym drutem kolczastym. Nawet przy założeniu, że w jednym baraku dało się w skrajnych przypadkach stłoczyć i pięćset osób, daje to liczbę pięciuset braków mieszkalnych, nie licząc dodatkowych budynków. Było to też ogromne wyzwanie logistyczne, ponieważ nawet podłe warunki bytowania wymagały by dostarczenia jakiejś odzieży, jakiejś żywności, wody i rozmaitych innych materiałów. Okazało się, że samo podłączenie do sieci energetycznej oraz wodociągowej Lublina tak ogromnego obozu zagroziło by normalnej egzystencji miasta. Szybko też stało się jasne, że potwornie zatłoczony dworzec kolejowy w Lublinie, który obsługiwał transporty na front wschodni, nie był w stanie przyjmowac dodatkowych transportów do budowy ćwierćmilionowego obozu. Gigantomania nie zdołała się przebić i powrócono do planów o połowę mniejszych.

Ostatecznie przez obóz przeszło około sto pięćdziesiąt tysięcy osób z czego blisko osiemdziesiąt tysięcy nie przeżyło.

Piszę te słowa i zastanawiam się nad granicami wyobraźni. Co to znaczy osiemdziesiąt tysięcy osób? Czy potrafimy w myślach odróznić osiemdziesiąt tysięcy od siedemdziesięciu tysiecy? Podajemy jakąś liczbę, a de facto myślimy: „tłum”. A przecież takie dziesięć tysięcy ludzi nierozpoznawalane przez naszą wyobraźnię to ludność całego miasteczka. Chociaż miasteczko to tez abstrakcja. Wyobraźmy sobie jednego człowieka z imienia i nazwiska. Zobaczmy jego fotografię, poznajmy historię jego życia. Przestaje być anonimowy. I dopiero teraz próbujmy to mnożyc porzez tysiące… Muzeum w obozie pełne jest takich fotografii i historii. Tylko w ten sposób można pojąć skalę zbrodni tu dokonanych.

Majdanek 15

Ot, pierwszy z brzegu, Francuz, Daniel Trocme. Był dyrektorem szkoły w swojej ojczyźnie. Kiedy aresztowano i wywieziono żydowskich uczniów, zgłosił się dobrowolnie na gestapo i kazał się aresztować również. Trafił do obozu w Majdanku. Tu zmarł na skutek wycieńczenia w kwietniu 1944 roku.

Majdanek 12

Anonimowość burzą też przedmioty osobiste, ot chociażby buty, które tak jak i resztę cywilnych ubrań odbierano więźniom i z niemiecką precyzją sortowano oraz księgowano. Jaka kobieta nosiła ten biały pantofelek?

Majdanek 08

Zebrane buty można oglądać w specjalnych pojemnikach w jednym z baraków. Kiedy już przyjrzy się pojedynczemu pantofelkowi i spróbuje wyobrazić sobie poniżaną kobietę, której odebrano wszystko by za chwilę pognać nagą do dezynfekcji, można stanąć w drugim końcu braku i ogarnąć wzrokiem tylko część zebranych pojemników z obuwiem. I znów mnożyć, mnożyć, mnożyć…

Majdanek 09

Człowiek pozbawiony najdrobniejszych nawet własności miał pozostać tylko numerem. Te dziesiątki tysięcy wysłane na śmierć to byli tacy sami ludzie jak my, jak ten nauczyciel z Francji. Nawet kosmetyków używali podobnych jak my dzisiaj… Nivea…

Majdanek 13

Majdanek 14

A tych nagich, pozbawionych wszystkiego, po ogoleniu włosów, gnano najpierw do betonowych kadzi, w których mieli się zanurzać w środku dezynfekcyjnym.

Majdanek 18

Majdanek 17

Majdanek 16

Dzień powszedni więźniów wypełniony był od rana do wieczora. Pobudka zależnie od pory roku i od widzimisię blokowego była między godz. 3.00 a 5.00. Następnie trzeba było ubrać się, posprzątać barak, pościelić łóżko i wypić poranny napój. Wyżywienie było bardzo skromne. Powszechnie stosowaną metodą zagłady w III Rzeszy były bardzo skąpe racje żywnościowe, stąd też całodzienny przydział pożywienia zawierał 800-1000 kalorii. Więźniowie dostawali posiłki trzy razy dziennie. Na śniadanie było przeważnie ćwierć litra czarnej kawy zbożowej, mięty, lub napoju z mieszanki ziół. Cukier do tych napojów dodawano bardzo rzadko. Zdarzało się nieraz, że do wywaru dodawano kartofle w łupinach, a zamiast kawy dawano wodę zaprawianą mąką. Na obiad więźniowie dostawali jedynie zupę, w zależności od pory roku była to: brukwianka, kartoflanka z kartofli w łupinach, zupa z kapusty i krupnik zimą, zaś zupę z brukwi, trawy, zielska i jarmużu latem. Zupy z zielska nazwane były „zupami śmierci”, gdyż po ich zjedzeniu więźniowie niejednokrotnie dostawali choroby żołądkowej, po której następował zgon. Z czasem, gdy tania siła robocza stała się bardzo pożądana, jedzenie uległo polepszeniu. Na kolację więźniowie dostawali tzw. pajdę chleba wytwarzaną z mąki i trocin, 1 litra niesłodzonego naparu z ziół lub kawy zbożowej.

(…)

Wieczorne apele były najdłuższe, trwały przeważnie dwie godziny, a jak kogoś brakowało dodatkowo wydłużał się jego czas. Niejednokrotne braki w liczebności spowodowane były ucieczkami więźniów, a także chowaniem się osłabionych w zakamarkach obozu. Po zakończeniu apelu więźniowie mieli czas wolny. W tym czasie mogli coś zjeść, uprać bieliznę, czy napisać gryps do rodziny. Punktualnie o godz. 21.00 ogłaszano ciszę nocną, od tej pory więźniom nie wolno było wychodzić z baraku pod karą śmierci.

Oprócz rzerwuaru taniej siły roboczej obóz stał się także częścią systemu zagłady. Zwykłe strzelanie do ludzi stawało się nieefektywne, a poza tym robienie tego na skalę przemysłową odbijało się nawet na psychice tak bezdusznych istot jak funkcjonariusze SS. Zaczęto więc wdrażać niemiecki wynalazek w postaci komór gazowych. Nie wymagał on aż takiego zaangażowania służących tam SS-manów. Spędzano ludzi do zamkniętych pomieszczeń i ci ginęli tam szybko oraz bez świadków. Spędzano żywych, wyciągano trupy, bez patrzenia na sam akt uśmiercania i bez potrzeby dobijania rannych. Początkowo stosowano zabijanie tlenkiem węgla. Wystarczyła prosta instalacja, dwie butle z gazem oraz niewielki wizjer, przez który kat obserwował wnętrze komory.

Majdanek 20

Majdanek 21

Cały proces trwał około czterdziestu minut. Też długo. Od czegóż jednak niemiecka inżynieria i zmysł racjonalizatorstwa? Przepustowość komór gazowych można było zwiększyć stosując inny gaz: t.zw. cyklon B. Wtedy zamiast czterdziestu wystarczało piętnaście minut.

Majdanek 10

Cyklon B – jest środkiem dezynfekcyjnym, składającym się z grudek ziemi okrzemkowej wielkości 1 cm³,  nasyconej ciekłym cyjanowodorem z dodatkiem stabilizatora. Cyjanowodór (HCN), zwany również kwasem pruskim, jest jedną z najsilniejszych trucizn dla żywych organizmów. Człowiek oddychający powietrzem o zawartości 1% HCN umiera natychmiast. Objawy są różne, w zależności od ilości pobranego cyjanowodoru. Przy dużych ilościach zatruty pada martwy od razu, przy mniejszych występują: podrażnienia błon śluzowych gardła i dróg oddechowych, światłowstręt ze łzawieniem, ślinotok, bóle głowy, szum w uszach, wymioty duszność. Zwłoki zatrutego mają różową barwę skóry oraz pokryte są jasno, lub ciemnoczerwonymi plamami. We wszystkich narządach mają miejsce liczne drobne krwawienia błon surowiczych.

Bardzo często ludziom wydaje się, że cyklon B był tylko stosowany do mordowania ludzi, co jest nieprawdą. W okresie międzywojennym jak i w czasie II wojny światowej używany był do dezynfekcji, dezynsekcji i do deratyzacji zarówno pomieszczeń zamkniętych jak i różnych przedmiotów, np. materaców, koców, czy obozowych pasiaków. Dopiero w jesienią 1941 r. zaczęto używać cyklonu B do mordowania ludzi. Pierwsze próby w tym kierunku poczyniono w Auschwitz.

Ofertą instytucji, dostarczającej cyklon B, administracja obozu na Majdanku zainteresowała się pierwszy raz w końcu 1941 r., kiedy to 23 grudnia wysłała pismo do firmy „Testa” – Międzynarodowego Towarzystwa Zwalczania Szkodników (Tesch und Stabenow. Internationale Gesellschaft für Schädlingsbekämpfung) z zapytaniem, czy nie posiada ona filii w Generalnej Guberni, gdyż w obozie zaszła konieczność przeprowadzenia dezynfekcji.

Firma „Testa” pełniła rolę centrali czy pośrednika w zaopatrywaniu poszczególnych obozów w gaz trujący, gdyż producentem cyklonu były Zakłady Przemysłu Cukrowniczego i Chemicznego w Dessau (Dessauer Werke für Zucker und Chemische Industrie) wchodzące w skład koncernu chemicznego znanego na całym świecie pod nazwą I.G. Farbenindustrie.

Pierwsze znane zamówienie administracji obozu na Majdanku na cyklon B pochodzi z 25 lipca 1942 r. Gotowe puszki z cyklonem B przekazywane były administracji obozu na dwa sposoby. Po odbiór gazu w Dessau wysyłany był wysłannik z obozu, lub gotowe puszki wysyłane były do obozu.

Przez cały okres istnienia obozu na Majdanku dostarczono łącznie 7711 kg gazu: w 1942 r. – 2211 kg, w 1943 r. – 5000 kg, i w 1944 r. – 500 kg.

Wystarczyło spędzić mniej lub bardziej świadomych tego co się dzieje ludzi do komory, zamknąć drzwi, a przez otwów w suficie wsypać zawartość puszki. Po kwadransie wyciągnąć trupy.

Teraz najważniejszym zadaniem stawała się logistyka utylizacji zwłok. Zwykłe grzebanie z rozmaitych względów nie wchodziło w grę. Trzeba było więc wydajnych krematoriów, by nadążać z paleniem. Popiół, który pozostał, wykorzystywany był jako nawóz w gospodarstwach rolnych. Ludzi odzierano z godności za życia i konsekwentnie bezczeszczono pamięć o nich do końca.

Majdanek 22

Majdanek 23

Przemysł śmierci mógł działać i nadal z niemiecką dokładnością prowadzono dokumentację. Oto jedna z kartek z listą uśmierconych w dniu 26 grudnia.

Majdanek 11

Majdanek 29

Jednak nie komory gazowe wstrząsnęły Majdankiem i moją wyobraźnią, lecz akcja „Erntefest” czyli „Dożynki”. Ileż trzeba bezduszności oraz pogardy, by tak nazwać jeden z największych aktów zbrodni? 3 listopada 1943 roku, podczas tego jednego dnia rozstrzelano na Majdanku 18400 osób! Jednego dnia! Czy możesz to sobie Czytelniku wyobrazić? Jak już wcześniej wspomniałem, przez cały okres funkcjonowania tego obozu śmierć w nim poniosło prawie osiemdziesiąt tysięcy osób. Ale około dwadzieścia procent z tej liczby zamordowano jednego dnia!

Masakra 18.000 Żydów na Majdanku w dniu 3 listopada 1943 r. była najbardziej wstrząsającym wydarzeniem w dziejach tego obozu i jednocześnie największą egzekucją w historii hitlerowskich obozów koncentracyjnych. (…)

W obozie na Majdanku do egzekucji zaczęto przygotowywać się w końcu października. Za V polem, na południe od krematorium, przystąpiono do kopania trzech rzędów rowów biegnących zygzakiem. Przy tej pracy zatrudniono około 300 osobowe komando więźniarskie. Podzielono je na dwie grupy, gdyż prace były prowadzone przez całą dobę w iście rekordowym tempie. W nocy miejsce robót oświetlały specjalnie zainstalowane reflektory. W celu przyśpieszenia robót zatrudnionym tam więźniom zapewniano lepsze pożywienie, dostarczając nawet w nocy zupę w nieograniczonych ilościach. Zaniepokoiło to więźniów, gdyż tylko niewielu wierzyło pogłoskom, że rowy są przeznaczone do obrony przeciwlotniczej. W ciągu kilku dni prace ziemne zostały zakończone. Każdy rów miał ok. 100 m długości i 3 m szerokości i był głęboki na 2 m. Rowy rozchodziły się z jednego dużego wykopu, do którego od strony V pola prowadziło pochyłe zejście.

(…)

Zeznanie szefa krematorium Ericha Muhsfeldta o przebiegu mordu 3 listopada 1943 r.:

„Około godziny 6 – możliwe, że mogło być już nawet 7 rano – rozpoczęła się duża akcja. Wpędzono część Żydów, zgromadzonych na V polu do jednego z baraków, gdzie musieli rozebrać się do naga. Następnie Schutzhaftlagerführer Thumann przeciął druty ogrodzenia między V polem a owymi rowami. Powstało w ten sposób przejście. Od przejścia tego do dołu utworzono szpaler uzbrojonych policjantów. Przez szpaler ten pędzono nagich Żydów w kierunku dołów. Tam jeden SS-man z Sonderkommando wpędzał do każdego z rowów po dziesięciu. Tych, którzy znaleźli się w rowie, pędzono do jego drugiego końca. Tam musieli się oni położyć, a następnie stojący nad brzegiem rowu SS-man z Sonderkommanda strzelali do nich. Następne grupy pędzono rowem również aż do jego końca, tam musieli się ci ludzie kłaść na już rozstrzelanych poprzednio, tak, że z biegiem czasu rów taki zapełniał się odcinkami, aż prawie po brzegi. Mężczyzn rozstrzeliwano osobno, tzn. w osobnych grupach, a kobiety w grupach osobnych. Akcja ta trwała bez przerwy do około 5 po południe. SS-mani, dokonujący rozstrzeliwań zmieniali się, wyjeżdżali do koszar SS położonych w mieście na posiłki, a akcja szła nieprzerwanie. Przez cały czas z obu wozów radiowych nadawano muzykę.

(…)

Tak to wydarzenie wspomina Czesław Skoraczyński, więzień z pola III:

„…W nocy z drugiego na trzeci listopada obudziły mnie głośne rozmowy esesmanów w okolicy drutów kolczastych, dzielących nasze pole od pola IV. Byli mocno podpici.[...] Na apel poranny wypędzono nas już około godziny czwartej. Najbardziej zaskoczeni byliśmy tym, że odbywało się to przy dźwiękach muzyki tanecznej i marszów wojskowych, nadawanych przez zainstalowane w nocy na drutach głośniki. Następnie zauważyliśmy dużą ilość esesmanów stojących za drutami, z bronią maszynową przygotowaną do strzału. Wielu z nich miało na smyczach psy. Na wieżach strażniczych – po dwa karabiny maszynowe z dodatkową obsługą. Broń skierowana była w nas, zbierających na polu.[...] Bloki szybko ustawiały się do apelu porannego, a sam apel[...]skrócono do minimum.[...] Po zakończeniu tego wyjątkowo krótkiego apelu, wydano dla wszystkich rozkaz „w tył zwrot” i „naprzód marsz”. Pomaszerowaliśmy daleko w górę pola, aż po L-barak, nim padł po raz drugi rozkaz zwrotu w tył.[...] Po stwierdzeniu, że wszystko jest w największym porządku, padła komenda: „Wszyscy Żydzi: wystąpić z bloków z zbiec w dół pola!”.[...] Więźniowie narodowości żydowskiej biegli – zgodnie z rozkazem – w dół pola.[...] Więźniów[...]esesmani natychmiast ustawili jak do apelu – piątkami w kolumnach.[...] Grupę marszową, zbitą w panicznym strachu, obstawili esesmani i natychmiast po przejściu bramy pola zaczęli ją masakrować i pędzić biegiem[...]w kierunku VI pola.[...] Świtem gdzieś około godziny szóstej, rozległy się pierwsze strzały z broni maszynowej. Padały krótkimi seriami. Strzelanie tego dnia trwało, z krótkimi przerwami, do godziny osiemnastej…

Następnie należało zlikwidować zwłoki. Czyniono to nie w krematorium, lecz na miejscu, w rowach.

W dniu 4 zwiozłem drzewo i deski, a w dniu 5.11.1943 przystąpiłem do spalania. Ponieważ część rowu od tego końca, którędy skazańcy wchodzili do rowu nie była zwłokami zapełniona, przeto podsypałem ją trochę ziemią, tak by rów dla lepszego ciągu był płytszy: następnie na dnie rowu ułożyłem rodzaj rusztu z drzewa, na którym więźniowie kładli leżące w dalszej partii rowu zwłoki. Gdy stos był już gotowy, polewałem go metanolem i podpalałem. Następne stosy zakładałem coraz dalej idąc w głąb rowu, a więc w miejscach, z których usunięto zwłoki spalone na stosie poprzednim. Gdy popiół po wypaleniu się całego stosu ostygł, więźniowie z mojego komanda wydobywali go na wierch, gdzie popiół ten mielono na mączkę kostną w specjalnym młynie o napędzie benzynowym. Mączkę tą ładowano następnie do worków papierowych i samochodami wywożono na położony w pobliżu obozu folwark SS. Tę mączkę kostną używano tam następnie do nawożenia ziemi. Pracę moją kontrolował funkcjonariusz SD z Lublina., który czuwał nad tym, by wszystkie zwłoki zostały spalone, by w grobach żadnych nie spalonych zwłok nie pozostawiono oraz by ze zwłok przeznaczonych na spalenie wyrywano złote zęby i usuwano wszelkie znajdujące się przy nich kosztowności. Znalezione kosztowności zbierano w kartonach i każdego dnia wieczorem dokładnie po spisaniu wszystkiego w specjalnej książce, którą prowadziłem w tym celu, oddawałem w administracji obozu (Worster, Etrich, Leipold), o ile chodzi o pieniądze i kosztowności a złoto dentystyczne w stacji dentystycznej (Zahnstation). Odbierający kwitowali mi zawsze w tej książce odbiór według ilości sztuk. [...] Spalenie zwłok tych przeszło 17.000 Żydów wymordowanych w dniu 3.11.1943 ukończyłem przed Bożym Narodzeniem 1943.

Dodam tylko, że Majdanek, był najkrwawszym, lecz nie jedynym miejscem akcji „Dożynki”, która tego dnia była zorganizowana we wszystkich obozach regionu i koordynowano przez radio z zamku w Lublinie. Zginęło łącznie około 42 tysiące osób!

Dziś w miejscu owych rowów stoi kamień z tablicą upamiętniającą krwawą środę.

Majdanek 24

Kiedy robiłem te wszystkie zdjęcia natknąłem się w muzeum i na taką fotografię:

Majdanek 28

On jedna może mówić za wszystko.

Z krematorium i położonym obok miejscu po rowach nie sposób nie wejść do wspomnianej na początku konstrukcji w kształcie spodka, która stanowiąc część monumentu poświęconego pamięci ofiar obozu jak klamra z bramą wejściową spina teren Majdanka.

Majdanek 27

Jest to nic innego jak… masowy grób więźniów. Betonowa kopuła z świetlikiem na jej szczycie przysłania usypany w dolnej części kopiec ziemi zmieszanej z popiołami zebranymi po wyzwoleniu obozu.

 Majdanek 25

 Majdanek 26

Patrzyłem na to i na stada kruków wzlatujące nad krematorium i znów przypomniał mi się obraz van Gogha. Tyle tylko, że tamten był kolorowy nasycony żółcią i błękitem, a jedynie czarne kruki nad łanami zbóż wzbudząły pewien neipokó. Tutaj kruki wydawały się być najlepszym, co można było zobaczyć.

Majdanek 30

A najgorsze jest to, że po wyzwoleniu ten obóz jak i wiele innych miejsc kaźni został szybko przystosowany na więzienne potrzeby nowych władz.

„Ludzie ludziom zgotowali ten los” pisała Zofia Nałkowska. Wydaje mi się, że cokolwiek bym nie napisał od siebie, będzie banałem albo co najwyżej powtarzaniem cudzych słów. Może lepiej pomilczeć chwilę i zachować w pamięci ten obraz by dwa razy zastanowić się kiedyś do czego może prowadzić nietolerancja oraz ideologicznie wpajana nienawiść.

Szczecin, 15.11.2014; 12:20 LT