Jazda w z góry określonym celu ma ten mankament, że zawsze jest za mało czasu, aby zatrzymać się i obejrzeć jakieś miejsca po drodze. Tak było i z Łowiczem. Albo oglądałem napisy na stacji kolejowej jadąc pociągiem do Warszawy, albo mignęły mi przed oczami peryferyjne zabudowania gdy śmigałem krajową „Dwójką”. Autostrada A2 oddaliła kierowców od Łowicza jeszcze bardziej. A przecież oprócz mleka i dżemów ta ziemia ma do zaoferowania pokaźne dziedzictwo naszej kultury. Dlatego, kiedy po wizycie w Łodzi na koncercie Cohena pojechaliśmy słuchać utworów Chopina w Żelazowej Woli, uważałem, że grzechem by było nie skorzystać z okazji i nie zatrzymać się w drodze powrotnej w Łowiczu.

Zanim jednak wjechaliśmy do miasta, zatrztymaliśmy się przy jednym z przydrożnych straganów oferujących owoce z pobliskich sadów. To, co zjadamy przez cały rok w dżemach, teraz mielismy skosztować w wersji nieprzetworzonej.

A potem już prosta droga do miasta, na Stary Rynek, gdzie zaparkowaliśmy. Zanim poszliśmy w kierunku katedry zamykającej jedną ze ścian placu, sfotografowaliśmy się przy pamiątkowej tablicy prezentującej ludowe stroje tego regionu.

Murowany kościół przy Starym Rynku w Łowiczu wzniesiono ponoć około roku 1355, lecz obecny, barokowy wygląd uzyskał po przebudowie trzysta lat później. Po kolejnych trzech wiekach budowla została poważnie uszkodzona w wyniku ostrzału artyleryjskiego podczas Bitwy nad Bzurą we wrzesniu 1939 roku. Odbudowany i odrestaurowany, przezywa ponownie swoje złote lata, tym bardziej, że około dwadzieścia lat temu decyzją papieża Jana Pawła II został wyniesiony do rangi bazyliki katedralnej nowo powstałej diecezji łowickiej.

Weszliśmy do środka. Barokowy przepych robił wrażenie.

Dziś nie ma już śladu po ranach z okresu II Wojny Światowej jak i po grabieżach podczas Potopu Szwedzkiego.

Przy jednych drzwiach natknęlismy się na liczącą ponad sto lat tablicę z krzyżem i napisem: „Za odmówienie „ojcze nasz” i ucałowanie tego krzyża sto dni odpustu raz na dzień”. Nie była to jakaś szczególnie dotkliwa pokuta, a sto dni odpustu piechotą nie chodzi.

Stary Rynek to jednak nie było dokładnie to, o co nam na początku chodziło. Okazało się, że w Łowiczu jest jeszcze jeden rynek i to własnie ten drugi, zwany Nowym Rynkiem (pomimo, że istnieje od średniowiecza) stanowi architektoniczną ciekawotkę. Jest on bowiem ponoć jednym z trzech zachowanych w oryginalnym kształcie trójkątnych, średniowiecznych rynków w Europie. Podobnymi poszczycić się mogą oprócz Łowicza jedynie Paryż oraz Bonn. Nie sprawdzałem, czy to prawda, ale tak Łowicz się reklamuje.

To był typowy plac targowy miasta i swoją rolę pełnił aż do lat pięćdziesiątych XX wieku. Przed wiekami w jego centrum znajdował się ratusz z wieżą. Wieża ta runęła jednak po około stu latach od wybudowania i poważnie uszkodziła budynek. Wówczas wiązano tę sprawę z egzekucją czarownicy, która została spalona na stosie niewiele wcześniej.

Innym dramatycznym momentem w historii rynku było włączenie jego fragmentu do żydowskiego getta podczas hitlerowskiej okupacji. Nie trzeba dodawać, że Żydów z Łowicza spotkał podcza ten sam okrutny los jak innych przedstawicieli tej nacji. Już w marcu 1940 roku powastało getto w Łowiczu, które „oczyszczono” na wiosnę 1941 roku wywożąc jego mieszkańców do getta w Warszawie, skąd następnie trafili do komór gazowych Treblinki. Z około sześćiu tysięcy Żydów, którzy w 1939 roku stanowili blisko jedną trzecią mieszkańców Łowicza, wojnę przeżyło jedynie około stu.

W Łowiczu, na trójkątnym rynku mogliśmy łatwo dostac się do… raju. Alkoholowego raju.

Wystarczyło tylko otworzyć drzwi.

Nie skorzystaliśmy, i poszliśmy z powrotem w kierunku Starego Rynku.

Tam w jednej z restauracji zjedliśmy obiad. Lokalnym daniem, na które się skusiliśmy były przecieraki – kluski z ziemniaków. Ktoby dziś miał czas, aby trzeć kartofle na tarce, by przygotować obiad?

Syci marzylismy tylko o tym, by położyć się w ów upalny dzień położyć się na trawie pod pobliskim drzewem, lecz czas nie pozwalał. Wsiedliśmy więc do rozgrzanego jak piec samochodu i ruszyliśmy do odległych o kilka kilometrów Maurzyc, aby obejrzeć miejscowy skansen.

W Maurzycach zebrano około czterdziestu rozmaitych obiektow – głównie chałup z rozsianych po łowickiej ziemi wsi. Dzisiaj, gdy niemal wszędzi kroluje cegła i beton, a słomianych strzech praktycznie nie widuje się w ogóle, taki skansen to prawdziwa perełka – jedno z ostatnich miejsc by taką architekturę obejrzeć „na żywo”.

Jak bardzo zmienił się nasz świat przez kilka ostatnich dekad! Pamiętam, że gdy jako dziecko jeździłem na wakcje do babci w lubelskie, takie kryte słomianą strzechą chałupy były widokiem powszechnym. Pamiętam jeszcze wieczory przy lampie naftowej zanim dociągnięto tam elektryczność. Któregoś roku, już w latach siedemdziesiątych, piorun uderzył w strzechę jednej ze stodół. Ogień przenosił się z jednego budynku na drugi i płonęło kilka gospodarstw. Odbudowano je już z cegieł i pustaków. Chałupa mojej babci przetrwała tamtą pożogę, ale została rozebrana krótko po jej śmierci. Dziś w całej tej wsi nawet jeżeli uchowały się jakieś drewniane domy, to dach mają kryty blachą, albo eternitem. Urodziwe to nie jest, ale ludzie wybrali bezpieczeństwo i łatwość konstrukcji.

Z zaciekawieniem i nostalgią zwiedzałem więc ekspozycję w Maurzycach.

Piękne są wnetrza tych chałup. Surowe, lecz przytulne.

Wszędzie muszą być koniecznie święte obrazy. Pamiętam podobne w chałupie mojej babci. W izbie, w której z bratem sypialiśmy wisiały na scianach. Oprócz nich centralne miejsce zajmował przykryty białym obrusem stół, ma którym stał krzyż, świece po bokach, a także porcelanowe figurki Pana Jezusa i Matki Boskiej. Taki stół w mieście przygotowywało się jedynie na chwilę, na moment wizyty księdza po kolędzie. Tam zaś to była codzienność.

W skansenie podziwiałem w owych chałupach także liczne wycinanki, z których przecież łowicki region słynie. Cały czas liczyłem, że uda nam się załapać na jakieś krótkie warsztaty z wycinanek, bo takie są tam ponoć dla turystów organizowane, ale nie natrafiliśmy na nie.

Trafilismy za to na pięknie ubranych w łowickie stroje członków jakiegoś zespołu folklorystycznego.

Mieliśmy więc „na żywo” słynne, łowickie pasiaki. I znów odżyły wspomnienia, tym razem już ze Szczecina. Moja mama, urodzona na pobliskich Kurpiach przykrywała w domu kanapy narzutami w bardzo podobne wzory. Zresztą mówiła na nie „pasiaki”. Kiedy przeprowadzilismy się do innego mieszkania, wraz ze starymi meblami powędrowały na śmietnik również i pasiaki.

Bardzo podoba mi się logo Ziemi Łowickiej, które stanowi połączenie kodu kreskowego z pasiakiem. Świetny pomysł!

Jeszcze raz rzut oka na skansen, na wiatrak „koźlak” (nazywany tak, ponieważ jego korpus ustawiony był na specjalnym „koźle, na którym cała konstrukcja mogła być obracana i ustawiana odpowiednio do kierunku wiatru), i pora wracać do samochodu. Przed nami jeszcze kawał drogi do Trójmiasta, a zrobiło się już późne popołudnie.

Sopot, 07.09.2013; 16:30 LT