Lato jest piękne także i z tego powodu, że można wstać z łóżka i nie przejmując się ciepłym ubraniem, po prostu wyjść z domu i zjeść śniadanie na zewnątrz. Schodziliśmy przy dźwiękach piosenki o Bachczysaraju, która akurat dyskretnym podkładem sączyła się z głośników.

W 128

Gospodarze „Tatarskiej Jurty” mile zaskoczyli nas jogurtami podanymi ze świeżymi malinami oraz borówkami, udekorowanymi listkami mięty. Jeżeli zaś chodzi o miętę to nie sposób nie wspomnieć też o przepysznej herbacie miętowej, czyli naparze ze świeżych listków mięty.

W 129

Jeżeli komuś mało, może zaopatrzyć się w świeże wypieki z miejscowej kuchni. My wzięliśmy samsy z borówką „na drogę”. Ich rozmiar sprawił, że starczyły nam do samej Białowieży. O smaku nie wspominam, bo jest oczywiste, że doznania musiały być z górnej półki.

W 111

Po śniadaniu przyszedł czas na przyjrzenie się detalom. Na jednej z półek pysznią się nagrody, których gospodarstwo agroturystyczne Dżannety Bogdanowicz zdobyło niemało.

W 110

W innym kącie eksponaty ilustrujące tatarską kulturę i tradycje. Na przykład stroje.

W 112

Na koniec poszliśmy obejrzeć prawdziwą tatarską jurtę. Jej postawienie zajmuje ponoć dwie do trzech godzin, a warunki jeśli chodzi o temperaturę powietrza zapewnia lepsze niż murowane budynki. Jurta w postaci eksponatu na posesji właścicieli nie należy do wielkich. Do jej transportu w stanie złożonym wystarczy jeden wielbłąd, ale bywają jurty ogromne, zdolne pomieścić nawet i kilkaset osób.

W 113

Wspólne pomieszczenie, w którym żyje cała, często wielopokoleniowa rodzina, wymaga odpowiedniej logistyki. Dlatego podział przestrzeniw w jurcie ściśle regulują tatarskie tradycje. Jest więc strefa dla pana domu i jest strefa dla pani domu. Wiadomo, gdzie siada lub przebywa starszyzna i gdzie mogą bawić się dzieci. Wiadomo gdzie mogą leżeć psy i określone jest gdzie sadza się gości.

Po obejrzeniu jurty pożegnaliśmy się z gospodarzami i poszliśmy zwiedzić pobliski meczet. Na początku XX wieku na terenach pogranicza polsko–litewsko–białoruskiego  istniało kilkanaście meczetów używanych przez potomków Lipków. Po II wojnie światowej w granicach Polski pozostały jedynie dwa: w Bohonikach i w Kruszynianach.

W 115

Meczet w Kruszynianach można zwiedzić wykupując bilet wstępu za pięć złotych.

W 130

Jest to wart poniesienia wydatek, ponieważ oprócz samej możliwości obejrzenia świątyni, w cenie zawarta jest usługa przewodnicka.

W 116

Naszym przewodnikiem był nie kto inny jak miejscowy duchowny. Przez kilkadziesiąt minut trwała opowieść o historii samego meczetu jak i społeczności tatarskiej na tych ziemiach oraz jej obyczajach. Razem z nami weszła dość liczna autokarowa wycieczka, a zadawane pytania bywały czasem zabawne. Islamski duchowny (zresztą ożeniony z chrześcijanką) cierpliwie na nie odpowiadał .

- Czy u Was jest komunia święta?

- Nie, nie ma.

- I dzieci też nie mają komunii? – pyta ktoś ni to zdziwiony, ni oburzony.

No tak, biedne dzieci, nie dostaną prezentów.

- My mamy pięć podstawowych obowiązków – opowiada duchowny i zaczyna wyliczać – pięć razy dziennie musimy się modlić…

- O kurde! – wyrwało się komuś z sali z nieukrywanym współczuciem.

- A spowiedź? Macie spowiedź?

- Nie. U nas to sprawa sumienia oraz pracy nad swoim zbawieniem. Jeden anioł zbiera dobre uczynki, a drugi grzechy. Potem zostaną położone na szali, która przeważy, taki będzie los sądzonego.

Szemranie jakie się rozeszło dowodziło, że z tą spowiedzią nie wszyscy byli przekonani.

- Wy, chrześcijanie musicie zwrócić uwagę, że wielu z Was niewłasciwie rozumie ideę spowiedzi. Przeciętny człowiek traktuje spowiedź jako „wyzerowanie licznika”. Wyspowiadałem się, grzechy mi odpuszczono, więc mogę żyć dalej jak żyłem, do następnej spowiedzi i pokuty. A tymczasem cały sakrament ma sens tylko wówczas jeżeli za nim idzie prawdziwe postanowienie poprawy i praca nad sobą, by nie grzeszyć więcej.

W 117

W 119

Ciekawostką dla nas jest pomieszczenie dla modlących się kobiet. Z tyłu świątyni, za firanką, aby ich widok nie rozpraszał mężczyzn. Podobnie w synagogach kobiety zajmowały odseparowane miejsce na balkonie. Zresztą nawet i w chrześcijańskich kościołach były podobne reguły, chociaż zapewne nie tak surowo postrzegane. Pamiętam, że gdy jako dziecko w latach sześćdziesiątych chodziłem do kościoła, ławki po prawej stronie były zajmowane przez kobiety, a po lewej stronie przez mężczyzn.

W 118

- A czy Wy, Tatarzy czujecie się Polakami? – pyta ktoś.

- My nie czujemy się Polakami. My jesteśmy Polakami.

Po opowieści w meczecie w ramach tego samego biletu przewodnik zaprowadził nas na mizar, czyli muzułmański cmentarz. Opowiadał o typowych grobach, zwłaszcza położonych w starej części nekropolii.

- Duży kamień oznacza głowę, a mniejszy stopy.

W 121

- Zwróćcie uwagę na napisy. Są po odwrotnej stronie, niejako z tyłu głowicy. To dlatego, by przybywający w dzień Sądu aniołowie mogli łatwo odczytać kto w danym miejscu leży. Między innymi także i dlatego nie grzebiemy w tym samym miejscu innych zmarłych. Nie ma czegoś takiego jak u Was, że po na przykład dwudziestu latach grób się likwiduje i grzebie tam nowych ludzi. U nas, jeśli kończy się miejsce, powiększamy istniejący lub zakładamy nowy mizar.

Oczywiście czas robi swoje i pewne różnice ulegają zatarciu. Współczesne, tatarskie nagrobki niewiele się różnią od chrześcijańskich.

W 122

Nawet napisy na nagrobkach znajdują się już zazwyczaj po „przedniej” stronie. Czasem tylko bywają dublowane.

W 123

Zrobiło się popołudnie i w zasadzie pora na obiad.

Postanowiliśmy, że nie ma sensu szukać gdzie indziej, jeśli mamy sprawdzony adres.Wróciliśmy więc do „Tatarskiej Jurty”. Zamówiliśmy sztandarowe tatarskie danie, czyli pierekaczewnik

W 127

Jest to potrawa składająca się z warstw ciasta przekładanych mięsem, najczęściej indyczym. Innym daniem (zawsze zamawialiśmy dwa różne, a potem wymienialiśmy się, by posmakować każdego) to kryszonka – zapiekane w ceramicznym garnku mięso z ziemniakami oraz mieszanką warzyw.

W 126

Ach, zapomniałbym o zupie kurkowej. Kurek przecież o tej porze wokół dostatek. Bardziej przypominała mi w smaku jarzynową z racji dużej ich ilości, ale zjedliśmy ze smakiem.

W 125

Po  takim posiłku mogliśmy już spokojnie jechać do Supraśla.

Warszawa, 10.08.2014; 12:00 LT