Kiedy zeszliśmy dół pozostało już tylko przebrać się w ciuchy na podróż. Miła Pani w hotelu „Bornit” wpuściła nas z powrotem do jednego z pokoi, który zwolniliśmy rano.

- Jeszcze nie zostały sprzątnięte, więc możecie panowie skorzystać z łazienki – powiedziała, kiedy zobaczyła, ze planujemy myć się w publicznej toalecie.

Miło było odświeżyć się przed długą drogą do domu. Czekał nas jednak jeszcze ostatni punkt programu: huta szkła w Piechowicach. W niedzielę czynna była krócej, lecz wydawało się, że zdążymy, nawet wkalkulowując rozmaite rozterki Kermita wymagajace dlugotrwałego rozważania.

Ruszyliśmy samochodem w dół i po paru minutach jazdy znaleźliśmy się na miejscu. Za dwanaście złotych kupiliśmy bilety, które upowazniły nas do ostatniego tego dnia zwiedzania. To ważne, ponieważ na teren zakładu nie wchodzi się tak po prostu lecz z przewodnikiem, co jest zrozumiałe.

Huta „Julia” jest w pewnym sensie reliktem przemysłu szklarskiego, który kwitł w tym regionie jeszcze w XIX wieku. Tradycja ta przetrwała do dzis w niektórych nazwach miejscowości, z których najsłynniejszą jest oczywiście Szklarska Poręba. Drewno było najłatwiej dostępnym paliwem dla hutniczych pieców. Wycinano więc całe połacie stoków, ogołacano z drzew doliny potoków. Kiedy w danym rejonie drewna zaczynało brakować, huta przenosiła się nieco dalej, tam gdzie było go pod dostatkiem. Na pozostawionych po wycince terenach, powstawały pasterskie osady, a począwszy od drugiej połowy XIX wieku letniska i kurorty. Taka mniej więcej była właśnie geneza Szklarskiej Poręby.

Jedną z hut szkła była słynąca z produkcji kryształów „Josephine”, której początki sięgają połowy XIX wieku, a szczyt rozwoju osiągnęła w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia. Wojna przerwała tę prosperitę, a po upadku Trzeciej Rzeszy i przejęciu Dolnego Śląska przez Polskę, huta przeszła na własność naszego państwa. Dla mnie najbardziej niezwykłe jest to, że jak podaje oficjalna historia zakładu, przez pierwsze lata Polacy uczyli się tego rzemiosła od niemieckich mistrzów. Niezwykłe, ponieważ nie był to czas przyjaznej kooperacji obydwu naszych narodów. Głębokie, wojenne rany nie zdążyły się jeszcze nawet trochę zabliźnić.

Dopiero w 1958 roku huta w pewnym sensie odcięła się od swoich korzeni, zmieniając dotychczasową nazwę „Josephine”, na polskobrzmiącą „Julia”. Bez większych wstrząsów zakład przetrwał do końca lat osiemdziesiątych, kiedy wraz z całą polską gospodarką ostał rzucony na głęboką wodę kapitalizmu.

Wydawało się, że prywatyzacja i kupno firmy przez Amerykanów zapewni jej dalszy rozwój. Sam kapitał jednak nie wystarcza jeżeli nie ma się wizji rozwoju. Pod zarządem nowych właścicieli firma bardzo szybko została doprowadzona do upadku. Część bankruta w 2006 roku ponownie wykupili Polacy i wznowiono produkcję.

Poznawszy z grubsza historię zarówno szklarstwa jak i samej „Julii”, mogliśmy  wejść do środka i prześledzić proces produkcji kryształów, bo takimi wyrobami właśnie huta zdobywa rynki.

Oczywiście dla nas, laików najciekawszy był początek i piec wewnątrz którego temperatura dochodzi do 1500°C.  Tam topiła się mieszanina piasku, sodu i wapnia. Dowiedziałem się, że szkło kryształowe uzyskuje się poprzez dodanie do tej mieszanki tlenku ołowiu. Dzięki temu zyskuje on specyficzną przejrzystość oraz blask wynikający z odmiennego niż zwykłe szkło współczynnika załamania światła. Ponadto takie szkło jest bardziej miękkie, a więc łatwiejsze do rzeźbienia. Na żłobienoiach zaś światło załamuje się dodatkowo. Same zalety! Taki drobiazg zaledwie. A jednak czułem się trochę zawiedziony. Tak jakby brutalnie odarto świat z tajemnicy. Zawsze wyobrażałem sobie kryształowe wyroby jako coś bardzo szlachetnego, a tu wystarczy dosypać czegoś do mieszanki, by je mieć. Cała tajemnica wydaje się tkwić w dłoniach pracowników huty i ich umiejętnościach wyczarowania z bezkształtnej, lepkiej jak gęsty syrop masy prawdziwych cudów. Wystarczy nabrać trochę na koniec długiej rurki zwanej piszczelą.

Potem trzeba dmuchać, by ze szklanej masy utworzył się swoisty balonik. Obracając rurkę i korzystając z rozmaitych narzędzi można nadać mu pożądany kształt zanim zastygnie.

Fajne podczas zwiedzania było to, że ktoś z grupy mógł spróbować swoich sił tworzeniu takiego szklanego przedmiotu. Przyglądaliśmy się, jak sobie da radę jedna z uczestniczek wycieczki.

Poszło jej całkiem dobrze. Mogłaby na przykład wykorzystać owo coś jako balon do fermentacji wina.

Tymczasem wróciliśmy do tego, co produkowali etatowi pracownicy. Pani przewodniczka przedstawiła ów wyrób z doklejoną nóżką…

Wyglądał trochę dziwacznie. Kiedy jednak trafił na maszynę, która obcinała jego górną część, powstawał ciekawy kieliszek.

Prawdziwą jednak wartość kryształowe szkło otrzymuje po uzyskaniu specjalnych szlifów. Na „surowym” naczyniu nanoszona jest flamastrem siatka, która potem stanowi punkty odniesienia dla szlifierzy. Tworzą wzoy wpisujące się w oznaczone pola.

Przy szlifierkach i kadziach z wodą powastają misterne zdobienia, szczególnie efektownie wygladające na barwionym szkle.

Oprócz karawek, podczas naszej wizyty trwała akcja zdobienia partii szklanek. Przyglądaliśmy się jak stopniowo nabierają coraz bardziej szlachetnego wyglądu,

Ze stanowisk szlifierskich naczynia trafiają do polerowania specjalnymi, filcowymi matami. Potem zaś do plastikowych pojemników. Zauważyliśmy partię niedawno wykonanych kieliszków.

Wyglądały bardzo dystyngowanie.

Gotowe można kupić w fabrycznym sklepie, albo po prostu w ich sklepie internetowym, Przy odrobinie szczęścia można załpać się na jakąś promocję.

Nieco dalej stoją gotowe do pakowania wyroby oraz kartony, w których wysłane zostaną doi odbiorców.

To już zupełnie przedmioty niż szkalna bańka jaką obserwowaliśmy w okolicach pieca. A już swoistą wystawą jest przyzakładowy sklep, gdzie można kupić rozmaite rzeczy. Tam oglądaliśmy niecodzienny eksponat (nie na sprzedaż) jakim był puchar dla zwyciężczyni biegu narciarskiego w zawodach Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie.

Zrobilismy drobne zakupy i ruszyliśmy w drogę do Jeleniej Góry. Prognoza pogoday ze smartfona Romka wrescie się sprawdziła. Zaczęło padać. Kiedy wysiadłem z samochodu przy dworcu autobusowym, padało już całkiem intensywnie. Na szczęście nie czekałem długo. Autobus do Wrocławia odjeżdżał za kilka minut. Czekała mnie tam kolacja z Pauliną, a potem nocna podróż pociągiem do Trójmiasta.

Gdańsk, 05.12.2013; 01:15 LT