Dolny Śląsk pomimo zmian jakie przeszedł w ostatnim dwudziestoleciu wciąż jest pełen miejsc , w których czas jakby się zatrzymał. Nie, źle napisałem. Upływ czasu widać aż nadto, lecz zatrzymała się ludzka aktywność. Te „klimatyczne” dolnośląskie plenery pieknie pokazał Jarosław Marszewski w jednym z moich ulubionych filmów p.t. „Jutro będzie niebo”. Wracając z wycieczki natknąłem się na domek, który do owego filmu pasowałby w sam raz.

Zmierzchało. Do pieca została wstawiona brytfanna z czymś co miało być sztandarowym daniem dzisiejszej kolacji. Było jeszcze odrobonę za wcześnie by zasiadać do slajdów oraz fimów, więc toczyły się rozmaite rozmowy w podgrupach. Z tarasu obserwowałem czerwonawą łunę nad odległymi szczytami. Kończył się jeden z ostatnich pięknych dni tej jesieni.

                     

Gospodarz podsuwał nam wciąż kolejne kieliszki, jakby obawiając się, że towarzystwo nie zdoła opróżnić dwunastolitrowej beczułki.

Kolacja. Co za zapach! I co za danie! Zapieczona, a raczej duszona mieszanka rozmaitego mięsiwa, warzyw i przede wszystkim grzybów. Duszona, ponieważ sałość została przykryta chlebowym ciastem, które pełniło rolę pokrywki zamieniając się w świeżutki, gorący chleb.

Ach jakież męki Tantala przeżywałem w milczeniu przy stole! Ja, miłośnik grzybów patrzyłem na duszone z mięsem kanie i zastanawiałem się, czy nikt przez pomyłkę nie zerwał też jakiegoś sromotnika. W takiej ilości kań mógł przecież przytrafić się jakiś fałszywiec.

- Nie jesz grzybów? – zapytał Belmondo widząc odsunięte na bok kapelusze

- Nie.

- To ja wezmę.

- Proszę.

Targały mną wyrzuty sumienia, czy powinienem częstowac Belmonda czymś, czego sam wolałem nie tknąć, ale uznałem, że skoro zjadł solidną swoją porcję, to z moralnego punktu widzenia jestem czysty. Było mi przykro kiedy wszyscy cmokali z zachwytu nad wspaniałym smakiem owej potrawy, ale trzymałem się dzielnie. Zastanawiałem się tylko, czy mięso duszone z hipotetycznymi sromotnikami zachowa swoje szlachetne właściwości, czy też może zadziała równie zdradziecko jak grzyby. Postanowiłem skosztowac licząc na to, że mimo wszystko ewentualny jad nie bedzie już tak silny. Najwięcej zjadłem chleba, bo nie mieszał się zbytnio z resztą potrawy.

Piszę te słowa dwa tygodnie po owej kolacji. Nie dotarły do mnie informacje, by ktoś się źle poczuł, więc zapewne były to kanie najprawdziwsze. Przełykam ślinę i oblizuję się więc w nieutulonym żalu. No cóż, bezpieczeństwo kosztuje.

Tymczasem zapadł zmrok. Szczyty gór pochłonęły ciemności lecz w dolinie rozbłysły światła Lądka-Zdroju. Wyłaniająca się tu i ówdzie pomarańczowa poświata świadczyła o innych miejscowościach skrytych w dolinach i niedostepnych naszemu oku.

Belmondo i Grzegorz dołączyli do mnie utoczywszy z beczułki jeszcze parę kieliszków.

Tymczasem zaczął sie pokaz slajdów. Krystian cierpliwie wkładał kolejne ramki do rzutnika i z trudem dawał radę przebijać się ze swoim komentarzem, przez grających pierwsze skzypce (a raczej wyrywających sobie pierwsze skrzypce) Doktorka i Belmonda. Znów powrócił temat samców alfa, ponieważ najwyraźniej obydwaj koledzy nie byli w stanie znieść, że ludzie słuchają kogo innego. Za przykład posłużyła wataha wilków, ale przy okazji brak Doktorka, z zawodu weterynarz opowiedział nam o t.zw. hierarchii dziobania w stadzie kur. Otóż kura alfa dziobie wszystkie pozostałe. Kura beta – wszystkie oprócz kury alfa. Kura gamma, wszytkie oprócz tych dwóch pierwszych. Współczuję kurze omega, ale natura jest bezlitosna – przetrwają tylko najsilniejsi. No, może w przypadku kur rosołowych to niekoniecznie się sprawdza.

Liczyłem na to, że Hrabia opowie coś o swoim planowanym wykładzie habilitacyjnym zaczynając pytaniem: „Skąd się tu wzięliśmy?”. Jest w tym coś z Hitchcocka. Niepokojące pytanie na samym początku, po którym napięcie mogło tylko rosnąć. Może rozgorzeje jakaś interesująca dyskusja?

- Gdybym miał cipkę, to czochrałbym się o twoją głowę – zaczął z kimś dyskusję jeden z samców alfa zanim Hrabia zdążył zagaić…

Spojrzeliśmy po sobie.

- Zostawmy to. Dyskusja osiągnęła tak niski poziom, że już nic nie zdoła jej uratować. – odrzekł z godnością niedoszły prelegent.

Zaczęlismy więc rozmawiać na temat podziału ról w grupie. Solą każdej jest różnorodność charakterów. Belmondo na przykład od trzydziestu pięciu lat poraża nas swoimi, hm… jak by to delikatnie powiedzieć, niewyszukanymi żartami, lecz pomimo nieskrywanego niesmaku brakuje nam jego towarzystwa gdy jest nieobecny. Bo to trochę tak jakby upiec schab, nawet śliwkę do środka włożyć, i świece zapalić, i srebrne sztućce rozłożyć, ale pożałować soli, pieprzu, nie mówiąc o innych przyprawach. Każdy ma do odegrania swoją rolę w grupie: ten klowna, ów filozofa, jeszcze inny kucharza, flirciarza albo Koszałka-Opałka.  

Gdzieś koło drugiej w nocy miałem dość i najchętnie poszukałbym sobie miejsca do snu. Tym bardziej, że liczyłem na jakieś fajne zdjęcia mgieł o świcie. Inni także zaczęli odpadać, więc mogłem w końcu rozłożyć swój śpiwór na kanapce w salonie.

O świcie nie było widać nic. Białe mleko i deszcz. Stwierdziłem, że to może i dobrze, bo wyspany raczej nie byłem, a w tej sytuacji mogłem z czystym sumieniem zanurzyć się z powrotem w śpiworze. Rano widzialność się nieco poprawiła, lecz deszcz nie przestał padać.


Ja wracałem do Wrocławia, gdzie zamierzałem spotkać się wieczorem z Pauliną, a potem ruszyć pociągiem sypialnym do Gdańska (z wagonu prosto do biura – w górskich butach, ale dzięki Warsowi porządnie wyspany i ogolony). Ci, którzy trasę na Pomorze mieli do pokonania samochodem, po późnym i niespiesznym śniadaniu zaczęli się zbierać.

Deszcz im tego nie ułatwiał. Wzamagał się im bliżej było do wyjazdu, tak jakby przyroda litowała się i robiła wszystko, by nie zal było nam odjeżdżać z tego pięknego miejsca.

Staroniemcowskim obyczajem wyszliśmy wszyscy przed dom by pożegnać powracających na niziny.

Samochód w kierunku Szczecina odjechał. Wkrótce gotowy był ten do Gdańska. Znów ten sam, smutny rytuał pożegnań. Smutny, lecz bez niego nie byłoby radości z takich spotkań. Zresztą nie wyjeżdżamy na koniec świata. Teoretycznie moglibyśmy spotykać się znacznie częściej, bo odległości nas dzielące nie takie znów kosmiczne, a mimo to tak jakoś wychodzi, że średnia wypada raz na rok.

Coraz mniej nas zostawało.

Pozostało już tylko popsprzątać, na koniec napić się herbaty tradycyjnie siadając przed podróżą, by niedługo potem zamknąć drzwi i również podążyć ku dolinom. Tam czekały już na nas problemy t.zw. szarej codzienności. Do następnego spotkania w tym gronie.

W pociągu Szczecin – Gdynia, koło Łobza; 21.10.2012; 18:45 LT