Społeczeństwo się domaga, żeby wspomnieć o południowafrykańskim leku Aspro, więc przerywam opowieść i wracam do Ciepłej Rzeczki, bo przecież głosu czytelników słuchac trzeba.

Otóż, jak wcześniej wspominałem, do Ciepłej Rzeczki dotarliśmy całkiem przemoknięci i zziębnięci. Zimno dokuczało nam tak, że w pierwszym odruchu gotowiśmy byli siedzieć zanurzeni w owej nieco cieplejszej wodzie zanim nie zwyciężył zdrowy rozsądek. Mając dach namiotu nad głową i suche śpiwory, przez kilkadziesiąt minut dochodziliśmy do siebie. Kiedy wreszcie poczuliśmy ciepło, ani Fistach, ani ja nie byliśmy zainteresowani traceniem go poprzez nieprzemyślane opuszczanie śpiworu.

Hrabia uważał jednak, że długoterminowe bezpieczeństwo musi być równieź zapewnione, więc pomimo braku latarki nzabierał drewna w pobliskim lesie, a następnie przyrządził herbatę, którą popijaliśmy wspomniany cudowny lek na wszelkie dolegliwości, a na utratę ciepła nad Drawą szczególnie. Lek ów przywiozłem z zakończonego tuz przed spływem rejsu. Kupiłem go w Walvis Bay Namibii (kto nie wie gdzie to jest, niech przypomni sobie słowa znanej, polskiej szanty autorstwa Jerzego Porębskiego rozpoczynającej się slowami „Ze Świnoujścia do Walvis Bay droga nie była krótka…”).  Namibia odzyskała niepodległość dopiero w 1990 roku. W owym czasie znajdowała się jeszcze pod kontrolą Republiki Południowej Afryki, stąd takie własnie odniesienie w dzienniku.

Hrabia zwizualizował odpowiednim rysunkiem proces produkcji tego lekarstwa:


Pomocnicy szamana w tym samym czasie wykonywali gustowne pudełeczka, a świstaki albo inna gadzina zawijała tabletki w papierki i pakowała. Po uważniejszej lekturze okazało się, że południowoafrykański szaman uzyskał w swoim kociołku kwas acetylosalicylowy, zwany w niektórych kręgach aspiryną, a wśród połodniowoafrykańskiej ludności murzyńskiej aspro. W roku 1984, gdy w Polsce aspirynę znano głównie z opowieści podróżników, a królowała jej rodzima odmiana: polopiryna oraz asprocol, lek aspro był mimo wszystko czyms wyjątkowym, a co najważniejsze uchronił nas przed konsekwencjami przeziebienia.


Uff, ale się rozpisałem. Pora wracać do właściwego watku opowieści:

4 wrzesnia 1984

Drawa 03

Kiedy Fistach przyrządzał pyszne kanapki, Hrabia i ja poszliśmy schodami w dół, aby załatać dziurę w kajaku. Sklejka, gwoździe, lepik. Znaczna część lepiku została potem na dłoniach Hrabiego, ale mogliśmy bezpiecznie kontynuować podróż.

Drawa 05

Drawa 04

W zasadzie nic się nie zmieniło. Wciąż płynęliśmy głębokim wąwozem pełnym przewróconych drzew, tworzących się wokół nich bystrz,  które to przeskody musiliśmy pokonywac podejmując decyzje w ułamkach sekundy.

Czasem było tak jak na owym sterczącym pod wodą kołku. Kajak Hrabiego i Fistacha uderzył o niego. Fistach jak zwykle w takich przypadkach automatycznie chciał wyskoczyć na podwodną belkę, aby odciążyć kajak i przepchnąć go przez nią.  Belki jednak tam nie było. W jednej chwili zakotłowało się i Fistach znalazł się po szyję w wodzie. Jednoczesnie odruchowo złapał się burty tak, że przechylona jednostka zaczerpnęła wody. Hrabia niczym na jachcie odchylił się by skontrować przechył. Krzyknął do Fistacha by puścił burtę i przesunął się na dziób. Kiedy ich mijałem krzyczałem to samo. Fistach zaczął przesuwać się w kierunku dziobu i po nim wpełzł do środka.

Szukalismy teraz jakiegoś dogodnego miejsca do wylądowania i trafiło się takie koło mostu drogowego. Fistach przebrał się w suche ciuchy, a Hrabia poszedł na rekonesans. Chcieliśmy zorientowac się co to za most i gdzie jesteśmy. Ja zaczałem studiować mapę. Hrabia wrócił z niczym, to znaczy nie znalazł żadengo drogowskazu w pobliżu. Według mnie byliśmy już daleko od Barnimia, o czym miał świadczyć jeszcze bardziej wartki nurt.

- Spójrzcie tylko na ten nurt – powiedziałem podnosząc głowę znad mapy.

Hrabia i Fistach zrobili to samo i zamarli. Ów wartki nurt unosił bowiem odpływający właśnie bez załogi ich kajak. Ktoś źle go zacumował.

Hrabia nie namyslając się wskoczył do wody. Po chwili dopadł go i doholował do pobliskich trzcin. Szczęśliwi, że bez strat popłynęłiśmy dalej. Minęliśmy pole biwakowe u ujścia jakiejś rzeczki. Okazało się, że to Korytnica, jedna z nielicznych rzek na północy Polski, która jest zaliczana do górskich.

Drawa 02

Kolejne drzewo. Hrabia wchodzi na nie, zapiera się mocniej by unieść kajak, ale zanurzona belka jest oślizgła. Jescze chwila i Hrabia zsuwa się z niej gwałtownie i zanurza po szyję w wodzie. Znów szukamy miejsca do lądowania by mógł przebrać się w suche rzeczy. Kiedy to robi, Fistach serwuje chleb z dżemem, który popijamy pepsi-colą. Ponieważ zaczyna siąpić deszcz, zakładamy foliowe peleryny i płyniemy dalej. Znów drzewa. Przepłynąć się nie da. Trzeba obejść.  Prowadząca tamtędy dookoła ściezka jest tak błotnista i grząska, że zapadamy się po kolana pod własnym ciężarem a co dopiero niosąc kajak. Odciążamy je więc rozłądowując część rzeczy i przeciągamy po tym błocie wśród pokrzyw. Zajęło nam to trzy kwadranse, po których płyniemy dalej. O 18:15 widzimy kolejne schodki prowadzące w górę. Fistach chce jeszcze płynąć tego dnia lecz zostaje przeglosowany przez nas. Idziemy na rekonesans.

Co za kontrast! Z błotnistego, porośniętego pokrzywami świata podobnie jak poprzedniego dnia wydostajemy się na wielką leśną polanę z wiatą i paleniskiem. Na nim Fistach tego dnia przygotuje najprawdziwsze frytki, które skonsumowaliśmy z jakąś potrawą z konserwy, która smakiem przypominała leczo. Nie siedzielismy tak długo jak poprzedniej nocy, tym bardziej, że wciąż brakowało nam sporo kilometrów do Krzyża.

 

5 września 1984

Przewodnik zapowiadał, że po minięciu Zakładu Wodnego (czyli po naszemu elektrowni wodnej) Kamienna, Drawa miała być dalej rzeką żeglowną. Widziałem kiedyś zdjęcie jakiejś niewielkiej barki, która z Noteci wpływała na Drawę, ale jak się łatwo domyślić, było ono wykonane przed II Wojną Światową. Pocieszaliśmy się jednak, że jak już miniemy ową elektrownię, czekać nas będzie prawdziwa, rzeczna autostrada. Dlatego też ochoczo ruszyliśmy rano wypatrując Kamiennej.

W końcu przepłynęlismy pod jakimś mostem, za którym widoczne były groble. Wokół nich tworzyły się groźnie wyglądające bystrza. Zacumowaliśmy odpowiednio wcześniej. Fistach został przy kajakach i zaczął uzupełniać zapisy w dzienniku, a Hrabia i ja poszliśmy rozpoznać teren. Przy groblach było sporo podwodnych głazów. Za nimi rozciągał się sztucznie stworzony zalew, a dalej już tama i przepusty elektrowni. Trzeba było przenieść kajaki około trzysta metrów lądem, poniżej tamy. Hrabia poszedł do miejscowego gospodarza negocjować jakiś transport i zauważył stojący na podwórzu wózek do kajaków. Wypożyczył go nam za symboliczne 20 złotych. Paczka podłych herbatników kosztowała drożej.

Po godzinie było po wszystkim. Mogliśmy wznowic podróż. Rzecznej autostrady jednak jakos nie było. Nadal wąwóz i kolejne przeszkody. Jedna z nich wyglądała wyjątkowo groźnie. Leżące wpoprzek rzeki drzewa spietrzały wodę. Pozostał tylko wąski przesmyk, którym cała ta masa wody starała się przepłynąć kipiąc i kotłując się z wściekłości. Musieliśmy wpłynąć w ów przesmyk co samo w sobie przyjemne nie było, lecz na dodatek na jego końcu, niemal w samym centrum z wody wystawał… solidny kołek. Najwyraźniej ułamany kikut gałęzi przytopionego pnia. Należało dać się ponieść nurtowi środkiem pomiędzy przeszkodami, by osiągnąwszy zawrotną szybkość, podskakując na falach, na samym końcu usiłować zejść z osi nurtu by uniknąć zderzenia z owym kikutem.

Tradycyjnie omówiliśmy taktykę pokonywania przeszkody. Najpierw miał spłynąć pierwszy kajak, Fistacha i Hrabiego, a kiedy oni bezpiecznie (mieliśmy taką nadzieję) zacumują po akcji, na ich sygnał miałem ruszyć ja.


Hrabia pisał potem:

(…) Wtedy należało wykonac dwusekundową walkę z prądem, żeby w trakcie trzeciej sekundy nie roztrzaskać się na kołku. (…) Kiedy wsiadałem do kajaka po oględzinach przeszkody z brzegu, przeżegnałem się. Ruszyliśmy (…) zaczęlismy wiosłować w lewo. Trochę udało nam się przebić przez nurt, ale do tej pory nie wiem, czy gdzieś tam rufa nie otarła się o kołek. Potem zaczęły się bystrza. Siedzieliśmy w kajaku bardzo głęboko, więc stabilność mielismy większą i tylko trochę nas pohuśtało.

(…) Przybilismy do brzegu. Steve wsiadł do kajaka, a ja pobiegłem trzydzieści metrów w dół rzeki, żeby w razie jego wywrotki skakać do wody po tonące i unoszone wartkim nurtem rzeczy.

(…) Krzyknęłiśmy do niego, żeby płynął (kontaktu wzrokowego nie mielismy). Długo nie widziałem Steve’a, aż zacząłem się niepokoić. Wreszcie zobaczyłem go na pierwszej przeszkodzie jak zaczynał manewr z wiosłami. Niebezpiecznie znosiło go na kołek, chociaż przedzierał się przez nurt. Tak jak i my, Steve przepłynął o włos od kołka.

To była chyba najtrudniejsza tego dnia przeszkoda. Stopniowo zwalone drzewa rzedły, a meandry się prostowały. Na brzegu pojawiły się tabliczki z kilometrami, co potwierdzało, że zaczyna się żeglowny odcinek. Płynęliśmy bardzo szybko. Jakaś rodzina łabędzi (dwa dorosłe i kolkoro młodych) zamiast skryć się z boku w szuwarach, postanowiła uciekać przed nami środkiem nurtu. Próbowaliśmy na przerózne sposoby przepuścić je z powrotem albo ominąć, lecz te postanowiły uciekać. Uciekały tak przez dziesięć kilometrów, aż w końcu osłabły i dały się ominąć.

W dwie i pół godziny przepłynęliśmy dwadzieścia pięć kilometrów.  Głód nam trochę dokuczał, lecz żeby nie zatryzmywać się więcej, posilaliśmy się herbatnikami zakupionymi wcześniej w Drawnie.


Nie chcieliśmy dopływać do samego Krzyża, żeby nie wystawić się na problem z noclegiem. Zatrzymaliśmy się więc na polu biwakowym trochę wcześniej. Wkrótce zatrzymali się tutaj także znajomi warszawiacy. Miejsce było równie pięknie urządzone jak poprzednie dwa. Rozpaliliśmy ostatnie podczas tego spływu ognisko…

 

6 września 1984

Rano spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Niby radość, że dopłynęlismy do końca, ale w głębi duszy niepokój. Byliśmy wystawieni na łaskę PKP, a z tym mogło być róznie. Czy przez Krzyż przejeżdżają jeszcze bramkarty? A jeśli przejeżdżają, to czy przyjmą od nas kajaki? Z drugiej strony… cokolwiek by się nie stało, Notecią dalej płynąć nie będziemy.

Przepłynęłismy pod mostem kolejowym, potem drogowym i jeszczejednym kolejowym. Za nim przybiliśmy do brzegu. Koniec spływu!

Drawa 01

W oddali, jakieś dwa i pół kilometra od nas było widać stację kolejową. Poszliśmy tam z Harbią na rekonesans. Niejeden egzamin nie dostarczył nam tyle emocji co nadchodząca rozmowa z pracownikiem kasy bagażowo-ekspresowej.

Zapytaliśmy czy przyjmie kajaki.

- Składane?

- Nie, normalne.

Długa chwila milczenia.

- Duże?

- Takie jak normalnie – odpowiedział dyplomatycznie Hrabia.

Pan coś tam sobie kalkulował w głowie i przez moment był myslami nieobecny. Oczekiwaliśmy werdyktu.

- Zgoda.

Hurra!!!  Udało się!!!  Poszliśmy na herbatę, żeby trochę ochłonąć, a potem w pobliskim sklepie kupiliśmy chleb i wróciliśmy do Fistacha. Potem trzeba było jeszcze załatwić transport. 

Gospodyni z jednego z okolicznych domów zaoferowała nam pomoc za pięćset złotych. Może nie było to najtaniej, ale jej syn zawiózł nas furmanką niemal na sam peron.


Po nadaniu sprzętu na bagaż kazano nam zgłosić się po niego w Czaplinku następnego dnia po południu. Sprawdziliśmy połączenia, a ponieważ było już późno, nic sensownego w kierunku Czaplinka nie odjeżdżało. Zamiast więc spać gdzie popadnie zaproponowałem nocleg w Szczecinie. W końcu byliśmy przy głównej linii kolejowej, którą jeździło sporo pociągów w kierunku tego miasta. Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu.

Weszliśmy do domu. Moja mama zrobiła nam pyszną kolację. Rozsiedliśmy się w fotelach, opowiadaliśmy, a potem włączyliśmy sobie z głośników muzykę i korzystając z dobrodziejstw cywilizacji udawaliśmy, że na żadnym spływie nie byliśmy. Trzeba było jeszce co prawda pojechać do Czaplinka, ale to dopiero jutro. Po co mącić problemami tak miło rozpoczęty wieczór?

Gdańsk, 30.11.2011

KONIEC