- My tu mamy taki wieczorek… Państwa też zapraszamy – rzekła z niepewnym uśmiechem pani w recepcji, kiedy zauważyła, że z lekkim zażenowaniem przyglądaliśmy się grupce mocno podchmielonych panów próbujacych w dość topornym stylu poderwać jedną z jej koleżanek.

Wieczorek! Jakże mogłem o tym nie pomyśleć? Wieczorki zapoznawcze, pożegnalne i rozmaite tematyczne to był nieodłączny element dawnych wczasów oeaz turnusów sanatoryjnych. Jako relikt minionej epoki w kurortach jak widać nadal ma się dobrze. Atmosfera turnusów w sanatoriach to nie tylko wspomniane wieczorki. Potańcówki odbywające się według określonych reguł (tradycyjne dancingi trwające do późnej nocy albo t.zw. „fajfy”, jak sama nazwa wskazuje rozpoczynające się późnym popołudniem i kończone przed nastaniem ciszy nocnej. Spoecyficzny repertuar owych imprez przeniósł się na ulice, skąd z głośników audio-kombajnów dobiegają dźwięki piosenek kusząc do zakupu płyt.

- Hulaj chłopcze hulaj, póki jesteś młody… – przekonywał jakiś przebój ze straganu pelnego tego typu compactów.

Słupy ogłoszeniowe pełne są anonsów o wieczorkach, popołudniach, koncertach… Wszystkie w podobnym, sanatoryjnym stylu.

Spędzić Walentynki w Ciechocinku? A dlaczego nie? To miał być po prostu leniwy, kuracyjny weekend. A, że dzień był męczący, z przyjemnoscią poszliśmy spać i nie w głowie nam byly wieczorki. Sobotni poranek był kontynuacją lenistwa uwieńczonego czy to masażem, czy wizytą u kosmetyczki. A potem poszliśmy na spacer, juz nieco mniej leniwy.

Oczywiście nasze kroki skierowaliśmy, jakżeby inaczej, ku tężniom.

Ponoć są to największe tego typu drewniane konstrukcje w Europie. I rzeczywiście, robią wrażenie. A do tego są równie duże co… dziwaczne. Któż bowiem wymyślił, by wybudować coś w rodzaju ogromnych, kilkunastometrowych ścian wypełnionych… gałęziami tarniny?

A, że są to naprawdę imponujące konstrukcje, niech świadczy chociażby ich długość: najdłuższa, tężnia numer dwa, ciągnie się przez 719 metrów. Najmniejsza, tężnia numer trzy to „tylko” 333 metry.

Taka konstrukcja może stanowić nie lada zaporę. Dlatego też pomyslano o przejściach w połowie ich długości.

A wszystko zaczeło się z powodu… zaborów. Po pierwszym rozbiorze Polska utraciła obfite złoża soli z kopalniami w Wieliczce oraz Bochni. Z dnia na dzień kraj został pozbawiony tego ważnego surowca. Rozpoczęto gorączkowe poszukiwania nowych złóż. I tak natrafiono na źródła solanki w okolicach Ciechocinka. Że „coś” tam było, swiadczyła chociażby nazwa Słońsk istniejącej tam niewielkiej osady, w ktorej już w czasach antycznych warzono sól. W XIX wieku opierano się już na opracowaniach naukowych, które w tym wypadku były autorstwa samego Stanisława Staszica. I na dużą skalę je wykorzystywano, stąd takich rozmiarów tężnie.

Co się w nich dzieje? Pompowana z solankowych pokładów woda spływając po gałęziach tarniny rozdrabnia się, a większa powierzchnia oznacza większe parowanie – jeśli nie za sprawą słońca, to wiatru. Odparowuje czysta woda. Sól w roztworze zostaje. Kolejne procesy stopniowo zwiększają więc stężenie solanki. O ile więc w pierwszej tężni wynosi ono około 9%, to w trzeciej już 30%. Po tym wszystkim stężona solanka transportowwana jest rurociągami w kierunki warzelni soli odległej o jakieś półtora kilometra,

Przez wiele lat myślałem, że istota egzystencji tężni polega na tworzeniu uzdrowiskowego mikroklimatu w tężniowym parku, Porywane drobinki wody kreowały go bowiem silnie właśnie tam, w przestrzeni ściśle otoczonej z trzech stron potężnymi konstrukcjami. Tymczasem kurort, kurortem, ale to przemysł, a nie uzdrowisko spowodował tak wielkie inwestycje. Tężnie miały zwiększać stężenie solankowego roztworu, a że przy okazji tworzyły coś w rodzaju ogromnego inhalatorium, to tym lepiej.

Oczywiście postanowiliśmy wejść na górę, skoro była taka możliwość:

Porządku pilnują światła niczym na krzyżowaniach.

Nic dziwnego. Schody prowadzące na górę są bowiem bardzo wąskie.

Na górze przyszło rozczarowanie. Z kilkuset metrów długości do oglądania udostępniony został tylko niewielki odcinek. Resztę fotografujemy zza barierki.

W tężni nr 2 oprócz wyjścia na górę oferowana jest wizyta w grocie solnej.

Głupio jest mówić o grocie w przypadku konstrukcji drewnianej, ale przyjmijmy to uproszczenie. Najważniejsze, że wygospodarowane wewnątrz tężni pomieszczenie spełnia swoje zadanie. Spływająca po gałązkach tarniny solanka szybko wypełnia mgiełką zamkniętą przestrzeń.

W Parku Tężniowym spotykamy jeszcze smutny relikt socjalistycznej prposperity uzdrowiska – solankowego basenu.

Ruiny basenu straszą. Żal, że wszystko niszczje, że zabrakło w porę pieniędzy na remont. Teraz przypomniało mi się, że latem robiłem zdjęcia podobnie zrujnowanego szczecińskiego kąpieliska „Gontynka”. Zabrakło czasu na napisanie tekstu, ale może jeszcze do tego wrócę.

Tymczasem opuściliśmy okolice tężni i ogrzawszy się grzanym winem ruszyliśmy dalej w ów wietrzny dzień w kierunku ulicy Warzelnianej, na której końcu ulokowała się warzelnia soli, a w niej muzeum.

Jak dawniej wyglądały owe tereny pokazuje ilustaracja na akcjach towarzystwa. Na mnie większe wrażenie od samej ilustracji robiły napisy cyrylicą. Skomplikowaną mieliśmy historię.

Część warzelni funkcjonuje do dziś. Stężona solanka jest podgrzewana do całkowitego odparowania wody. Pozostały biały osad zgarnia się w pryzmy.

Przynajmniej połowa długiej hali przeznaczona jest na muzeum. Oprócz typowych maszyn i rurociągów wykorzystywanych do produkcji soli, znaczną część ekspozycjo poświęcono uzdrowisku. Jest więc w jakiejś gablotce jedna z pierwszych książek poświęconych leczniczym właściwościmo wód.

Dech zapierają jednak przyrządy do ćwiczeń i rehabilitacji romaitych schorzeń. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak narzędzia tortur. Gdyby nie opis, z trudem możnaby się domyślić rzeczywistego przeznaczenia tych maszyn, wykorzystywanych głównie do leczenia stawów, albo do masażów

Pomiędzy nimi stoją wanny do pierwszych kąpieli leczniczych.

Oprócz tych solidnych przedmiotów warto przyjrzeć się rozwieszonym na ścianach ilustracjom. Niedaleko wejścia wzrok przykuwa na przykład galeria socjalistycznych plakatów propagandowych. Byłyby śmieszcne, gdyby nie fakt, że w czasach kiedy je wymyślano i produkowano, traktowane były śmiertelnie poważnie.

Interesująca jest także dość dokładna mapa Królewstwa Polskiego z okresu rozbiorów. Zwłaszcza opisywane marszruty z odległościami podawanymi w wiorstach…

Dłużej nawet jeślibyśmy chcieli oglądać, nie dało się, bowiem groźna pani z kasy piorunującym wzrokiem dawała nam do zrozumienia, że dochodzi szesnasta i najwyższy czas, abyśmy znaleźli sobie inne zajęcie. Z wyraźną ulgą zamknęła za nami drzwi, a potem bramę zakładu. Może nie powinniśmy się dziwić – to w końcu sobota. Sami też wróciliśmy do hotelu pod kołdrę, by zagrzać się po długim spacerze w chłodnym wietrze. Na zewnątrz ponnownie wyszliśmy dopiero nazajutrz, kiedy pakowaliśmy do wyjazdu z poworotem do Gdańska.

Gdańsk, 18.02.2014; 00:45 LT