Zanim z Tykocina wyruszyliśmy w kierunku Białegostoku, zwabieni reklamą udaliśmy się najpierw do osady Kiermusy położonej około trzy kilometry od miasteczka. Miała tam się znajdować zagroda z żubrami oraz karczma „Rzym”. W rzeczywistości turystycznych atrakcji jest tami więcej bowiem całość jest zbudowana „pod turystów”

W 81

My z usług karczmy korzystać nie zamierzaliśmy, ponieważ byliśmy świeżo po obiedzie.

W 82

Interesowały nas natomiast żubry. Były, chociaż daleko.

W 80

Jeżeli jednak ktoś jest w okolicy Tykocina, chciałby zobaczyć żubry, a nie może jechać do Białowieży, to Kiermusy są jakąś alternatywą.

To, że Podlasie jest centrum bocianiej populacji to oczywiste i nikogo nie zdziwi. Są to jednak tylko słowa. Co tak naprawdę oznaczają, uświadomi sobie człowiek dopiero, kiedy zobaczy to na własne oczy. Gdzie nie spojrzeć, tam bocian. No, może nie są aż tak liczne jak pospolite wróble, ale mógłbym pokusić się o mały zakład, że zatrzymując się gdziekolwiek duże jest prawdopodobieństwo, że bliżej lub dalej boćka się wypatrzy.

Tego i w następne dni mijaliśmy ich tyle, że zdążyły nam już nawet nieco spowszednieć. Niektóre wykonywały przed nami dziwne ewolucje, jak pewien pikujący osobnik, który jakby próbował wylądować przed nami na asfalcie, po czym nisko nad ziemią wyrównał lot i majestatycznie wzniósł się nieco i poszybował w kierunku gniazda na stojącym w pobliżu drogi słupie.  Innym razem bocian wystartował z przydrożnego rowu tuż przed nami, lecz wszystkich pobił bocian piechur, który postanowił przejść przez jezdnię. Musieliśmy najpierw zwolnić, a potem zupełnie się zatrzymać, by przepuścić maszerującego ptaka.

Paulina koniecznie chciała się z jakimś zaprzyjaźnić, ale bociany nie odwzajemniały tego zainteresowania. Na próżno pokonywała przydrożne rowy, przedzierała się przez krzaki, biegała po łąkach i po polach. Kiedy tylko podchodziła w mniemaniu boćka zbyt blisko, ten zrywał się do lotu i lądował kilkadziesiąt metrów dalej. Mogła co najwyżej próbować go dogonić.

W 83

W 84

W 85

Żar wciąż lał się z nieba kiedy wjechaliśmy do Białegostoku. I o słynnym kościele „z przybudówką”, i o Pałacu Branickich pisałem już przy okazji poprzedniej wizyty w tym mieście, więc tym razem nie będę się wdawać w szczegóły.

W 86

Po czterdziestostopniowych upałach w Tykocinie każda kropla wody sprawiała przyjemność.

W 87

Z przyjemnością zanotowaliśmy fakt, że władze Białegostoku przy pomocy kilku węży strażackich zrobiły na centralnym deptaku wielką frajdę nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Zresztą nie chodzi tu tylko o frajdę. Schłodzenie się było nierzadko sprawą dobrego samopoczucia i zdrowia.

W 89

W 88

W 90

Pałac Branickich przywitał nas zamknietymi drzwiami, głównie z powodu odbywającego się wewnątrz remontu. Przyjemnie było jednak obejrzeć go z zewnątrz, zwlaszcza te odrestaurowane już miejsca.

W 91

Największą przyjemność sprawił jednak spacer po ogrodzie, będącego miniaturą francuskich pierwowzorów.

W 92

W 95

W 96

Wraz z przemianami ustrojowymi i obyczajowymi w Polsce, parki zostały zwrócone mieszkańcom. Pamiętam dawne czasy, kiedy liczne tabliczki surowo zabraniały wstępu na jakikolwiek fragment trawy. Dziś chętni mogą korzystać z niej do woli, a sama trawa jest w stanie jakoś to przetrwać. Z przyjemnością patrzyłem więc na grupkę młodzieży, która jakby przyjęła zaproszenie wzorowane na słynnej gruszy mistrza Jana z Czarnolasu i siadła pod liściami jednego z drzew, by korzystając z błogiego cienia tam odpoczywać oraz prowadzić wakacyjne konwersacje.

W 94

W tym samym parku trafiliśmy na ciekawą rzeźbę psa. Okazuje się, że ma bogatą historię. Oryginał stał naprzeciwko eleganckiego hotelu Ritz, który został zburzony podczas wojny. Niestety zagineła także sama rzeźba, której replika od kilku lat ponownie cieszy oczy mieszkańców.

W 97

Ten przedziwny pies to niejaki Kawelin. Nie jest jednoznacznie stwierdzone, jaki czworonóg był jego pierwowzorem. Jedna z wersji barwnie opowiada o psie bohaterze. Według niej, w hotelu Ritz mieścił się m.in. zakład jubilerski Jerzego Sobieraja, który trzymał w nim także i swojego psa, Łajkę. Jubiler miał zwyczaj każdego dnia w południe wychodzić na przerwę obiadową. Łajka pilnowała wtedy zakładu. Złodziej jednak uwielbiają takie stałe zwyczaje właścicieli i jakiś włamywacz wybrał właśnie ową południową przerwę jako doskonałą okazję do grabieży. Łajka broniła dobytku, lecz jeden cios złodzieja powalił nieszczęsne zwierzę, pozbawiając je życia. W zakładzie pozostał jednak malutki szczeniak Łajki, który swoim szczekaniem narobił tyle hałasu, że zbiegli się ludzie oraz sam właściciel zakładu i wspólnie pojmali złoczyńcę.

W hotelu przebywał także carski pułkownik, Mikołaj Kawelin, który do tego właśnie jubilera oddał do odświeżenia cenną biżuterię. Kiedy jakiś czas później pojwił się w zakladzie, usłyszał co się stało. Widząc rozpacz właściciela po stracie Łajki, postanowił, że postawi psu pomnik. Jerzy Sobieraj stwierdził jednak, że patrzenie na rzeźbę psa podtrzymywałoby tylko jego ból, więc zaproponował by postawić rzeźbę bohaterskiego szczeniaczka, którego na cześć pułkownika nazwał Kawelinem. I tak się stało. Kiedy jednak patrzę na rzeźbę, trudno mi odnaleźć tam wizerunek szczeniaczka, dlatego bardziej przekonuje mnie wersja, według której rzeźba to posąg psa pułkownika i powinna nazywać się Pies Kawelina, a nie Pies Kawelin. Kto dzis jednak dojdzie, jak było naprawdę?

W Białymstoku, wymęczeni trwającym upałem postanowiliśmy napić się piwa „Żubr”, no bo gdzie, jeśli nie tam, gdzie go produkują? I co? Chodziliśmy od ogródka do ogródka i wszędzie z beczki oferowano rozmaite gatunki, tylko nie „Żubra”. Trafiliśmy w końcu na jeden ogródek, ale po złożeniu zamówienia, pani poinformowała nas, że właśnie piwo się skończyło i musimy poczekać kilka minut, aż zmienią beczkę. Ponieważ minuty u nas są cenniejsze od piwa, zdecydowaliśmy się na „Żywiec” i zastanawialismy się, czy przypadkiem nie jest tak, że na beczkowego „Żubra” najlepiej jechać do Żywca właśnie?

Ruszylismy dalej, a kolejny przystanek zrobiliśmy w Supraślu. Tam mieści się słynne muzeum ikon, również opisywane wcześniej przeze mnie.  Był poniedziałek, więc muzeum było i tak nieczynne, ale postanowiliśmy, że zwiedzimy je we wtorek, więc z tego powodu nie będziemy forsować wieczornej jazdy do Białowieży, lecz zostaniemy na noc w Kruszynianach. Od razu zrobiło się fajniej. W miescowej restauracji zamówiliśmy na wynos pyszną babkę ziemniaczaną i po krótkim spacerze ruszyliśmy w dalszą drogę.

W 98

Aha, zapomniałbym dodać, że na dachu Pałacu Buchholtza również miały gniazdo bociany. No bo jak wszędzie, to wszędzie.

W 99

Dojechaliśmy do Kruszynian, gdzie jest prawdziwy koniec świata – raz z powodu bliskości białoruskiej granicy, a dwa, że tam kończy się normalna droga, i samochodem można co najwyżej zawrócić do Krynek.

Mapa 1

Na miejscu zdecydowaliśmy, że zanocujemy w „Tatarskiej Jurcie”.  Kiedy jednak przyszło do płacenia z konsternacją zauważyliśmy, że gotówką mamy tylko nieco ponad sto złotych, a miejscowe pensjonaty, czy gospodarstwa agroturystyczne kart nie obsługują. Miły personel szybko jednak znalazł wyjście, bo w dobie internetu takie musi się znaleźć. Podali numer konta, połączyliśmy się z internetem, zrobiliśmy przelew i było ok.

Zakupioną w Supraślu babkę (wciąż jeszcze ciepłą) zjedliśmy pod gołym niebem, napawając się widokiem gwiazd jakie tylko można zobaczyć z dala od wielkich metropolii.

W 100

Niemce, 09.08.2014; 09:30 LT