Wróciłem. Za wiele w Mexico City się nie naoglądałem. Dni miałem wypełnione służbowymi sprawami od rana do wieczora, więc zobaczyłem tyle co z okna samochodu w drodze z lotniska do hotelu i pomiedzy hotelem, a biurami naszych kooperantów. Ot, stadion olimpijski używany podczas letnich igrzysk w 1968 roku. Bardzo dobrze pamiętam logo tamtej olimpiady.

Oglądałem je wielokrotnie jako dzieciak, ponieważ zaczyanały się nim transmisje telewizyjne. To była chyba zresztą pierwsza olimpiada transmitowana przez polską telewizję. Dziś ten stadion wydaje mi się mały, ale może to tylko złudzenie, kiedy ogląda się go od zewnątrz.

Ostatniego ranka, kiedy zszedłem na śniadanie do hotelowej restauracji, przyjrzałem się ludziom dookoła. Wszyscy się spieszyli (ja zresztą też). Inni prowadzili już jakieś umówione wcześniej biznesowe rozmowy. Widąć każda pora jest dobra. Jedni omawiają interesy podczas lunchu, inni na kolacji, a coraz częściej do tego celu zaczyna się wykorzystywać poranną kawę.

Ci, którzy nie spotykają się z nikim i spożywają posiłek samotnie, wykorzystują go na czytanie e-maili czy to na ekranie laptopa, czy też na blackberrym. Każda chwila jest droga. Znam to skądinąd i to uczucie „grzechu”, gdy raz na kilka dni wieczorem zajmuję się w domu blogiem, a przecież mógłbym w tym czasie napisać coś bardziej pożytecznego, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia.

Gadżety wyglądają fajnie. Dają uczucie swobody, wolności surfowania niemal w każdym miejscu, z zarazem zniewalają mackami tej swobody, bo już nawet ściśnięty jak śledź w beczce człowiek na fotelu samolotu przez jedenaście godzin w powietrzu w końcu dojrzeje by wyciągnąć telefon i odpisać na kilka e-maili, bo przecież nie wypada tak marnować czasu.

Wróciłem wczoraj.

Samolot spóźnił się o pół godziny bo czekał na… koty. Staliśmy we Frankfurcie w pełnej gotowości by startowac do Gdańska, ale stewardessa wciąż nie zamykała drzwi. Nie zwracałem na to uwagi zajęty lekturą Newsweeka, ale w końcu zaciekawiła mnie ta zwłoka. Ponieważ nie było widać mechaników odrzuciłem myśl o awarii. Pewnie zaraz dojedzie jakiś VIP – pomysałem. I dojechały nawet dwa. W pojemniku podróżnym. Dwa białe koty należące do pani podróżującej biznes klasą, która na widok zwoich pupili odetchnęła z ulgą. Dochodziła już dziewiętnasta kiedy dojechałem do biura, by spotkać tam Mojego Anioła. Prosto stamtąd pojechaliśmy do „naszej” „Barracudy” w Gdyni, która jest świadkiem wszystkich naszych rocznic. Jak co roku zamówiliśmy krewetki z patelni, a do tego górę muli. To już sześć lat odkąd poszliśmy razem na „Volver” i odkąd zaczęliśmy pisać naszą wspólną historię.

A dzisiejszego wieczoru wsiadłem do pociągu i ruszyłem w Sudety, ściślej do miasta za sprawą „Misia” spokrewnionego ze stolicą Anglii.

- Ja nie mogę wysłać tego telegramu! – fuknęła pani w pocztowym okienku – Nie ma takiego miasta Lądyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój…

- Londyn! To za granicą jest!

- To czego pan od razu tego nie mówi! To ja muszę sprawdzić, cholera jasna!

Uwielbiam tę scenę.

Wczoraj w drodze z Meksyku przeleciałem niemal dokładnie nad Londynem, a dziś w górskich butach, z plecakiem biorę kurs na Lądek. Nieopodal tamtego miasta umówiliśmy się z niemcowskim towarzystwem na spotkanie.

Tylko slajdów sprzed lat nie zdążyłem zapakować bo ledwo zdążyłem wrzucić podstawowe rzeczy, na przykład statyw do aparatu (chociaż w pośpiechu zapomniałem o ręczniku). Moj Anioł zadbał w tym czasie o coś ciepłego na szybką kolację i niedługo potem wiózł mnie na dworzec w Gdańsku Oliwie. W drodze powrotnej do domu omal nie okupił tego spotkaniem z ułamanym konarem, wymijając w ostatniej chwili spadającą na ulicę gałąź, która nie wytrzymała naporu rozpętanej właśnie wichury. Ja w spokojnym i ciepłym przedziale wysłuchałem przez telefon dramatycznej opowieści. Jeszcze raz potwierdza się, że po przygody wcale nie trzeba jeździć daleko. Dobrze, że ta skończyła się szczęśliwie.

W pociągu między Tczewem a Laskowicami Pomorskimi; 05.10.2012; 23:50 LT