Przy okazji niedawnej śmierci Umiłowanego Przywódcy Kim Dzong Ila pomyslałem, że możnaby było na szufladowych stronach opisać moją wizytę w owym hermetycznym kraju. Jak zwykle jednak zająłem się innymi sprawami i nic z tego nie wyszło.

Szkoda mi jednak tego wątku. Z każdym rokiem ma coraz mniejsze szanse na odgrzebanie w mej pamięci. Komputerowymi dyskietkami w owym czasie jeszcze się nie posługiwałem, a papierowe listy rozsyłane po ludziach najprawdopodobniej już dawno zakończyły swój żywot.

Był rok 1986. Ja, świeżo upieczony absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie odbywałem właśnie swój pierwszy rejs w barwach Polskiej Żeglugi Morskiej. Jako asystent pokładowy byłem członkiem załogi odprowadzającej m/v „Bieszczady” (słynny masowiec, który wcześniej wiele lat pływał pod dowództwem kpt ż.w. Danuty Walas-Kobylińskiej) na złom do Szanghaju. Po przekazaniu statku mielismy wracać do Polski pociągiem, m.in. koleją transsyberyjską z Pekinu do Moskwy. Już sobie ostrzyłem zęby na fajną przygodę gdy nadszedł telegram: na siostrzanym „Dolnym Śląsku” stojacym na redzie Hungnam w Korei Północnej zapalenia wyrostka robaczkowego doznał III oficer. Pojechał na operację do szpitala. Ja otrzymałem awans i miałem przesiąść się na tamten statek, by go zastąpić. Trzeba było porzucić marzenia o Syberii i uzbroic się w cierpliwość, bowiem czekał nas długi postój w Korei, a potem jeszcze dłuższa droga powrotna do Polski.

Pierwsza zapmiętana rzecz to targowanie się z shipchandlerem o żywność. Jak świat długi i szeroki wszystkim handlarzom zależy, żeby sprzedać jak najwiecej towaru. Ten w Hungnam natomiast udowadniał nam,  że… za dużo jemy. Co dwa tygodnie zamawialismy świeże warzywa i owoce i za każdym razem dostawy ograniczały się głównie do… rzodkwi. Pamiętam te góry białych bulw na odkrytej ciężarówce. Po dwóch tygodniach ponawialiśmy zamówienie i… zaczynały się utyskiwania, ze przecież niedawno dostaliśmy zaopatrzenie, więc dlaczego znów zaczynamy?

Nasz postój przedłużał się niemiłosiernie. Wzdłuż kei biegł tylko jeden tor kolejowy, a stało kilka statków.  Procedura była taka, że rano formowano jeden skład, który wtaczano na ten tor i jego wyładunek zajmował całą dniówkę. Dlatego każdego dnia rano załogi wylegały na pokład, żeby zobaczyć, czego można się spodziewać. Liczyliśmy: siedem wagonów na ostatni statek przy kei, pięć na przedostatni, pięć na pierwszy, a dla nas jeden. Oznaczało to, że po rozładunku owego jedynego wagonu nic u nas nie będzie się działo, dopóki nie rozładowane zostaną wszystkie pozostałe na inne statki i sformowany zostanie nowy skład. Oczywiście nie zawsze bywało aż tak źle, ale wystarczylo by spędzić w Korei kilka tygodni.

Robotnicy portowi jak i cały personel niechętnie wdawali się z nami w rozmowy. Można się było domyślać, iż ewentualne kontakty z obcokrajowcami to pierwszy krok do kłopotów. Dla obcokrajowców nie było też wyjścia do miasta. Mogli po południu iśc do domu marynarza na terenie portu, gdzie można było kupić jakieś pamiątki, wysłać list do domu, zagrac w ping-ponga, a przede wszystkim napić się wódki, którą serwowano w nieograniczonych ilościach. Ponieważ mnie wódka nie interesowała, wolny czas z kilkoma innymi osobami spędzałem głównie na przyległym do domu marynarza boisku, gdzie rozgrywaliśmy mecze piłkarskie z załogami innych statków.

Jakieś tam jednak kontakty istniały. Czasem zapraszaliśmy miejscowych pracowników do naszej messy na obiad, czasem wręczalismy jakieś drobne upominki jak paczka papierosów i.t.p. Z tym był problem, ponieważ obdarowany musiał się liczyć z kontrola osobistą po opuszczeniu statku, więc nie zawsze był w stanie przyjąć prezent. Tak było z jednym z nich, któremu daliśmy butelkę herbavitu. Nie wiem, czy herbavit jest produkowany do dzisiaj, ale wtedy, za komuny był to jeden z popularniejszych syropów do mieszania z wodą w celu uzyskania napoju o cytrynowym (najczęściej) albo innym smaku. Półlitrową butelkę syropu trudno było ukryć, więc człowiek, któremu ją wręczyliśmy postanowił spożyć go na miejscu. Poprosił o kubek, nalał do pełna i duszkiem wypił całą zawrtość. Po chwili czynność powtórzył. W ten sposób w kilka minut butelka stała się pusta i problem z jej wyniesieniem przestał istnieć. Wiedzieliśmy, że Koreańczycy nie mają cukru, ale mi się robiło niedobrze na samą myśl, że można wypić taką ilość syropu na raz.

Każdy z nich miał wpiety w ubranie znaczek z portretem Kim Ir Sena. Rózniły się one nieco wyglądem, prawdopodobnie w zależności od stanowiska, albo zasług danej osoby. Pomyślelismy, że taki znaczek byłby fajną pamiątką Północnej Korei. Próbowaliśmy odkupić od kogoś, lecz wszystcy stanowczo odmawiali. Wtedy postanowiliśmy oficjalnie wystąpić o możliwość otrzymania takiego znaczka. Okazało się to dużą niezręcznością.  Jest on niczym relikwia. Mały człowieczek otrzymuje w określonym wieku swój pierwszy znaczek i nosząc go zawsze  dba zarazem o niego. Pytanie, co się dzieje, jeśli go zgubi pozostało bez odpowiedzi. Nikomu jednak nie mieściło się w głowie, że możnaby odznakę oddać albo sprzedać, nawet oficjalną drogą.

Podczas naszego postoju w Hungnam stała się rzecz niezwykła. Z kilkudniową przyjacielską wizytą do bratniej, socjalistycznej Korei przybył I Sekretarz KC PZPR towarzysz Jaruzelski. Z tej okazji codzienny program północnokoreańskiej telewizji kończyył się nie tylko, jak zawsze, „Pieśnią ku czci towarzysza Kim Ir Sena”, lecz także hymnem, którego tłumaczenie na język polski można było przeczytać u dołu ekranu. Nie pamiętam już (jakże żałuję!) całości, lecz zaczynał się on tak:

Cieszmy się i radujmy,

Zorza znad Wisły rozbłysła nad brzegiem Taedong

Wiwat, wiwat Jaruzelski!

Dla tych, którzy nie wiedzą, Taedong to rzeka, nad którą leży stolica Korei Północnej.

Byłem zszokowany. Ale tylko do czasu gdy po Jaruzelskim ten kraj odwiedził towarzysz Hoenecker. Ku mojemu zdumieniu program telewizyjny oprócz „Pieśni ku czci towarzysza Kim Ir Sena” kończył wtedy hymn na identyczną co w przypadku generała Jaruzelskiego melodię, ze słowami tłumaczonymi u dołu ekranu na język niemiecki, ltóre brzmiały mniej więcej tak:

Cieszmy się i radujmy,

Zorza znad Sprewy rozbłysła nad brzegiem Taedong

Wiwat, wiwat Hoenecker!

Jakiś czas później z oficjalną wizytą przybył przywódca budujacej socjalizm Angoli. I znów sytuacja się powtórzyła. Nie potrafiłem przetłumaczyć tekstu, lecz ta sama melodia oraz nazwisko przywódcy i pojawiająca się nazwa rzeki Taedong, kazały przypuszczać, że to kolejna wersja owego uniwersalnego utworu.

Wizyta Jaruzelskiego dała nam jednak bardzo kokretną korzyść. Jako Polacy, mogliśmy wyjść za bramę portu, do miasta! Inni mogli nam tylko pozazdrościć. Oczywiście natychmiast skorzystałem z tej okazji.

W sklepach kupić można było bardzo niewiele. Pamiętam, że dominowały wszędzie… kolorowe, plastikowe miski. Tak jakby cała Korea skupiła się przede wszystkim na tym, by zaopatrzyć ludnośc w owe miednice. Kilka dni później zobaczyłem od czego mogą się przydać. Za naszą rufą zacumował niewielki statek rybacki z ładownią pelną ryb. Po chwili koło niego pojawił się dźwig oraz odkryta ciężarówka. Dźwig wyposażony był w chwytak podobny do tych, jakimi przeładowuje się sypkie towary typu piasek, węgiel czy kruszywa. Taki chwytak wpuszczono do ładowni i wygarniano kolejne góry ryb, wysypując je następnie na ciężarówkę. Wolałem nie myśleć ile tych ryb miażdży się niepotrzebnie przy zamykaniu owego chwytaka. Mam nadzieję, że były już martwe i nie musiały doswiadczać dodatkowych cierpień. Kiedy skrzynia cięzarówki była już pełna, wokół zaczęli gromadzić się ludzie z plastikowymi miednicami. Nie przepychali się. Ustawili się karnie w kolejce i czekali. Wtedy na górę wskoczył ktoś z łopatą i z góry srebrzystych korpusów nagarniał kolejne porcje wsypując do podawanych misek. Jedna łopata ryb do miski i następny proszę. Nie było żadnego ważenia, ani płacenia. Kolejka była długa, ale wszystko poszło sprawnie. Pobsłużeniu wszystkich, ciężarówka z resztą ryb odjechała gdzieś dalej.

Mając możliwość wyjścia do miasta, postanowiłem wiedzić okolicę dokładniej. Wziąłęm rower i drogą wylotową pojechałem w kierunku pobliskich plaż. Po spacerze, postanowiłem wrócić. Przejeżdżało się koło fabryk, gdzie akurat odgwizdano fajrant i ludzie zaczęli tłumnie wylegać na puste dotąd ulice. Pomimo portowego charakteru miasta, izolacja sprawiała, że biały człowiek budził tam jeśli nie sensację to na pewno ogromną ciekawość. Równiez milicjantów, z których jeden z groźną miną zatrzymał mnie do kontroli. Pokazałem mu przepustkę i książeczkę żeglarską, lecz on wciąż pytał o coś po koreańsku. Być może brał mnie za szpiega, bo miałem aparat fotograficzny przy sobie. W końcu z braku porozumienia schował moje dokumenty, przejął rower oraz aparat i począł prowadzić mnie wzdłuż ulicy. My z rowerem najpierw, a za nami tłum ciekawskich robotników.

Po paru minutach doszlismy do baraku, w którum mieścił się posterunek milcji. Weszliśmy do środka, a ciekawscy zostali na zewnątrz. Stójkowy przekazał moje rzeczy swoim przełożonym, wytłumaczył coś po koreańsku, po czym rozpoczęło się przesłuchanie. Było ono mało owocne, ponieważ ja używałem języka angielskiego, a oni koreańskiego. I tak gadaliśmy do siebie przez dobrych parę minut prawdopodobnie na zupełnie rózne tematy. Nie mogąc dojść do wspólnego wniosku panowie postanowili mnie zamknąć w oddzielnym pomieszczeniu i prawdopodobnie zaczęli się zastanawiać co dalej. Chyba znaleźli rozwiązanie, bo kiedy wezwali mnie ponownie, był wśród nich jakiś młody żołnierz albo milicjant, który przywitał mnie słowami „good morning”. Niestety, były to jedne z niewielu słów które znał. Na pewno nie wiedział co to jest „ship”, „harbour”, „seaman”  wiec moje tłumaczenia kim jestem rozbijały się o murz niezrozumienia. Znów nie było postępu.

Jeden z panów za biurkiem oglądał moją książeczkę żeglarską ze wszystkich stron, przeglądał nawet puste kartki, lecz nie znalazł żadnej wskazówki. Zamknął ją i myśląc o czymś zaczął stukać bezwiednie o blat. W pewnym momencie jego wzrok padł na orzełek na okładce i napis nad nim: „Polska Rzeczpospolita Ludowa”.

- Polska?! – nito krzyknął, ni zapytał.

- Polska – odpowiedziałem.

- Jaruzelski?! – zapytał, aby się upewnić, że o tę Polskę chodzi.

- Jaruzelski – potwierdziłem

- Jaruzelski, Kim Ir Sen drużba! – krzyknął

- Drużba – odkrzyknąłem uśmiechajac się od ucha od ucha.

Natychmiast otrzymałem dokumenty z powrotem. Rower i aparat także. Odprowadzono mnie przed drzwi. Tłumek czekających gapiów rozsunął się z respektem i odjechałem w kierunku portu. Gapie pewnie byli trochę zawiedzeni, że tak dobzre zapowiadająca się sensacja zakończyła się banalnie.

Szczecin; 22.01.2012; 13:25 LT