Noc byla wariacka, zaladunek w szalenczym pospiechu. Skonczyli ladowac o 03.15, ale mocowanie zaakceptowalem dopiero o 04.30. Bonus pachnie milo, ale nie moze przeslonic bezpieczenstwa. O szostej nad ranem, po odprawie rozpoczely sie manewry odcumowania. Ciezkie, ze wzgledu na 30-40 centymetrowy lod skuwajacy cala zatoke. Przez dwie godziny przebijalismy sie przez lodowe pola do wyjscia. Przyjalem to spokojnie, poniewaz z premia pozegnalem sie juz w trakcie odprawy, kiedy agent powiedzial mi, ze statek, z ktorym mielismy sie scigac opuscil Nachodke o dwudziestej drugiej. To oznaczalo, ze mial nad nami okolo 8 godzin przewagi na 36-godzinnej trasie.

To tak, jakby w biegu maratonskim dac komus 10-kilometrowe fory. Cale to nocne zamieszanie nie warte bylo funta klakow.

Agent, ktory nas obslugiwal zalil mi sie, ze ma duze problem z innym statkiem. Kapitan greckiego statku odmowil wyjscia z portu. Byl troszke zszokowany warunkami tu panujacymi i powiedzial, ze nie odplynie, dopoki lody nie puszcza. Krotko mowiac, ma zamiar czekac w Nachodce na nadejscie wiosny. Troche inne plany ma czarterujacy, ktory slono placi, za kazda dobe wynajmu statku. Narazie trwa miedzy nimi wymiana teleksow. Moze nastepnym razem w Nachodce dowiem sie, co ostatecznie uzgodniono.

Znajomy brygadzista, z ktorym zawsze uzgadniam sposob mocowania ladunku, przyniosl mi niewielki album o Nachodce z dedykacja: „Dareku na pamiat’ o Nachodkie – 21.01.2001″ . Mile to z jego strony i rzeczywiscie fajna to bedzie pamiatka, tym bardziej, ze widokowek z tego miasta po prostu nie ma, a chodzic samemu z aparatem po ulicach i robic zdjecia jest niebezpiecznie.

Morze Japonskie,  21.01.2001, Niedziela

 

A jednak weszlismy do Busan od razu. Keja sie znalazla. Zacumowalismy o wpol do jedenastej wieczorem. Odprawa, jak zwykle w Południowej Korei, poszla bardzo sprawnie, prawie niezauwazenie i o wpol do dwunastej moglem wyskoczyc do PC-clubu, ktory znajdowal sie o 10 minut drogi spacerkiem od statku.

W Busan jak to w Busan – kilkanascie godzin i z powrotem w morze. Bylem tu trzeci raz podczas obecnego kontraktu i zawsze tak samo. Przyjazd noca, wyjazd wczesnym popoludniem. O jakimkolwiek zwiedzaniu nie ma mowy.

Szkoda, ze nie zostalismy tam dluzej. Chcialbym zobaczyc jak celebruje sie przywitanie Nowego roku wedlug chinskiego kalendarza.

Morze Wschodniochinskie,  23.01.2001, Wtorek


Wczoraj przed polnoca wlaczylem telewizor. Myslalem, ze bedzie cos podobnego jak w noc sylwestrowa u nas, ale srodze sie zawiodlem. Na jednym z programow leciala jakas rewia i to wszystko. O polnocy nie wydarzylo sie kompletnie nic. Moze u nich nowy rok zaczyna sie dokladnie w momencie nowiu i trzeba bylo wlaczyc telewizje kiedy indziej? Nie chcialo mi sie dociekac wiec poszedlem spac.

Tym razem z Ciesniny Koreanskiej do ujscia Jangcy plyniemy nieco inna droga. Zazwyczaj plynelismy pomiedzy wyspa Cheju i poludniowymi wybrzezami Polwyspu Koreanskiego. Potem zas „splywalismy” razem z polnocno-wscodnim wiatrem prosto ku rzece. Wyze nad Chinami troche jednak oslably, w okolicach Szanghaju rodzi sie niz i wiatry wiac mialy raczej ze wschodu. Zdecydowalem sie wiec oplynac wyspe od poludnia, aby potem miec fale nadciagajace ze wschodu jak najbardziej z rufy. Dzieki temu unikniemy nieprzyjemnego kolysania. Z tego co widze, zamiar byl sluszny. Wieje dokladnie ze wschodu, calkiem mocno, fala spora, a my prawie tego nie odczuwamy. Spokojnie uplynela nam droga z Nachodki do Busan i spokojnie jest teraz. Widac wystarczajaco dostalismy w kosc w drodze z Kunsan do Nachodki i zasluzylismy na nieco odpoczynku.

Morze Wschodniochinskie,  24.01.2001, Sroda


Zrobilismy dzis sobie wycieczke na rzeke Jangcy.

Wczoraj przed polnoca rzucilismy kotwice miedzy wyspami archipelagu Maan Liedao. Miejsce to odlegle jest o kilkanascie mil od redy Jangcy oraz o dodatkowe kilkanascie mil od pocztku jej toru wodnego. Ma jednak wielka zalete, ze oslania przed nieprzyjemna fala z polnocnego wschodu. Na nieoslonietej redzie wszystko sie kotluje, a tutaj spokoj jak u Pana Boga za piecem. I stad wyruszylismy dzis o 07.45, aby zdazyc na 10.45 w okolice boi nr 5, gdzie mielismy brac pilota. Przed podniesieniem kotwicy na wszelki wypadek uzyskalismy potwierdzenie naszego „rozkladu jazdy” wiec dziarsko ruszylismy w droge. Ruch byl dzisiaj wyjatkowo duzy. Statki szly jak po sznurku jeden za drugim. Powierzchnia wody byla zbyt wzburzona z powodu silnego wiatru, wiec stacja pilotow oglosila, ze beda obsadzac statki dopiero miedzy bojami nr 8 i 9 (mniej wiecej godzina jazdy w gore rzeki od boi nr 5). Mzawka, slabiutka widzialnosc. Z kubkiem herbaty w dloni sledzilem wiec ekran radaru, konfrontujac co jakis czas przy pomocy lornetki obraz odwzorowany na ekranie z rzeczywistoscia. Stacja pilotow zabronila wyprzedzania z powodu ciezkich warunkow nawigacyjnych, wiec predkoscia regulowalem odleglosc miedzy statkami przed i za nami. Kiedy minelismy juz boje nr 7, o godzinie 11.15 dostalismy wiadomosc, ze z powodu braku pilotow nasze dzisiejsze wejscie zostalo anulowane i mamy wracac na kotwicowisko. Planowanie, jak widac, nie jest najmocniejsza strona Chinczykow. Szlag by to trafil! Bylismy juz w polowie drogi do Baoshan, gdzie jest rzeczne kotwicowisko. Mogli nas skierowac przynajmniej tam. Brakowalo jednak, wedlug tego co pozniej podal agent, pilotow. Zrobilismy wiec zwrot i znalezlismy sie na rucie wyjsciowej, trzeba przyznac, ze dzisiaj znacznie mniej zatloczonej niz wejsciowa. Moglismy wiec od razu rozkrecic maszyne do pelnych obrotow morskich. Mimo to, wracalismy cztery godziny, bo pogoda psula sie coraz bardziej i w ujsciu oraz na otwartej redzie fale mocno nas przyhamowaly. O 15.20 rzucilismy ponownie kotwice miedzy znajomymi juz wyspami. Znajomymi, bo w tym samym miejscu schronilismy sie pierwszego listopada przed tajfunem Xangsane.

Osiem godzin odstalem na mostku na darmo. Nogi mi wlaza w tylek. Od razu po rzuceniu kotwicy ucialem sobie krotka drzemke, potem zrobilem pranie, a teraz poczytam jeszcze ksiazke i pojde spac na dobre, bo jutro od rana zaczynamy od poczatku. Wedlug otrzymanego teleksu, mamy byc o godzinie 11.15 przy boi nr 5.  

Archipelag Maan Liedao,  25.01.2001, Czwartek