Nie miałem wiele czasu w Jakarcie. Wpadłem właściwie jak po ogień. Rano do biura naszych kontrahentów, późnym popołudniem z powrotem do hotelu, wieczorem zajęcie się aktualnymi sprawami, które musiały być załatwione przed następnym dniem, a rano kolejna krótka wizyta w biurze, lecz już z walizkami, bo stamtąd prosto na lotnisko.

Tyle zobaczyłem co z okien samochodu oraz w promieniu kilkuset metrów od hotelu, kiedy wyszedłem na chwilę zorientować gdzie w ogóle mieszkam.

Główne wrażenie to wszechobecne korki i paraliz komunikacyjny. Jakarta wraz z przyległościami liczyła kilka lat temu 18 milionów mieszkańców. Kiedy pytam o liczbę ludności moich gospodarzy, ci wzruszają ramionami.

- Kto to może wiedzieć? W dzień jest znacznie więcej niż w nocy.

W dzień jest więcej ponieważ wszyscy ściągają do stolicy do pracy. Nie pytam ile czasu zajmuje im podróż, ale musi to być znaczący okres, jeżeli ja w obrębie miasta trasę hotel – biuro pokonywałem co najmniej w godzinę. Raz taksówkarz próbował wieźć mnie autostradą biegnącą estakadą ponad budynkami, ale wyszło na to samo ponieważ było to odrobinę okrężną drogą, a na highwayu i tak utknęlismy, poruszając się w ślimaczym tempie. Ponieważ jet lag dokuczał mi po locie poprzedniego dnia, zdążyłem porządnie zdrzemnąć się w taksówce, rozbudzić i zdrzemnąć jeszcze raz zanim dojechalismy na miejsce.

Z powrotem było tak samo. Firmowy kierowca wiózł mnie znanym sobie skrótem, lecz z identycznym wynikiem. Tłok na ulicach jest nie do opisania. Co z tego, że są tam n.p. dwa pasy, kiedy de facto jadą równolegle trzy auta, a jeśli przez chwilę nie ma ciężarówki (prawdziwa rzadkość, bo tirów zwłaszcza w okolicach portu jest zatrzęsienie) to nawet cztery. Pomiędzy tym wsyzstkim przeciskają się tysiące motocykli. Wydaje mi się, niemożliwe, by każdy dzień nie zbierał żniwa potrąconych czy przygniecionych. W każdym razie chwilami wolałem zamknąć oczy niż patrzeć na ich przepychanie się wąziutkimi szczelinami pojawiającymi się pomiędzy ocierającymi się niemal o siebie autami.

Jakarta 10

W pewenym momencie dotarliśmy do skrzyżowania chyba pięciu równie zatłoczonych ulic. Sygnalizacji świetlnej, ani anwet policjanta tam nie było. Respektowania pierwszeństwa także nie. Odnosiłem wrażenie, że jechali wszyscy we wszystkich możliwych kierunkach na zasadzie „kto ma mocniejsze nerwy ten przejedzie pierwszy. Oczywiście trudno nazwać taką niekończącą się szarpaninę start-stop, start-stop, start-stop jazdą, ale metr po metrze samochód posuwał się do przodu. W końcu jednak chyba kierowców o stalowych nerwach zbyt wielu, bo skrzyżowanie kompletnie się zakorkowało. Totalny klincz. Z pieciu kierunków wyjeżdżające tiry, autobusy, dostawczaki, osobowe, tuk-tuki oraz motocykle zwarły się w jedną, chaotycznie splątaną masę i stanęły.

Jakarta 11

Najpierw pomyślałem sobie, że chyba nigdy nie nauczyłbym się jeździć po tym mieście. Później zaś głowę moją zaprzątnęła myśl, że ów blaszany węzeł gordyjski w rozsądnym czasie przecięty nie zostanie. Jedynym rozwiązaniem wydawało się wycofanie pozostających w klinczu pojazdów, lecz napierające z tyłu samochody nie tylko utrudniały wykonanie tej operacji, ale powodowały jeszcze większy tłok i blokadę. Oczywiście w tym samym momencie rozbrzmiały klaksony i ich irytujące trąbienie wzniosło się ku górze ze wszystkich stron. Tak jakby mogło w czymś pomóc zamiast jeszcze bardziej denerować uwięzionych w metalowych puszkach ludzi. A jednak w tej przeraźliwej kakofonii, centymetr po centymetrze wszyscy razem zaczęli wykonywac jakieś mikroskopijne manewry i stopniowo jeden po drugim przedostali sie przez feralne skrzyżowanie. Oczywiście na ich miejsce wtoczyły się kolejne auta i wkrótce pewnie doszło do kolejnej blokady, ale to już nie nasze zmartwienie.

Bliżej mojego hotelu, w centrum, ruch był już bardziej uporządkowany. Samochodowe potoki przystawały karnie na czerwonych światłach i chociaż pojazdów było mnóstwo, dało się jakoś jechać.

Jakarta 01

Zostawiłem rzeczy w hotelu i wyszedłem na chwilę. Chodnikiem trudno było iść ze względu na ogromną ilość t.zw. small businessu – rozmaitych wózków oferujacych najczęściej coś do jedzenia. Wszystki te przybytki stały frontem do ulicy, ponieważ najczęstszym klientem owych garkuchni byli zmotoryzowani klienci stojący akurat w korku.

Jakarta 05

Specyficzne „Drive Thru” w indonezyjskim wydaniu. Jeśli ktoś z pieszych chciał coś zjeść, musiał wyjść na ulicę.

Jakarta 02

Zresztą i tak musiał, nawet jeśli nie był głodny, ponieważ jak już wspomniałem, marsz chodnikiem byłby o wiele trudniejszy.

Jakarta 03

Ci, którym aż tak bardzo się nie spieszy mogli usiąść na chwilę na palstikowych taboretach i skonsumowac posiłek na miejscu.

Jakarta 04

Kiedy z ruchliwej ulicy udało mi się przebrnąć przez zagracony chodnik i wejść do środka jakiegoś budynku, trafiłem na sklep spożywczy. W ustawionych wielu rzędach worków znajdowało się tam mnówstwo rozmaitych ziaren i proszków ważnych dla miejscowej kuchni, a o istnieniu których prawdopodobnie nie miałem zielonego pojęcia. Wyglądało to bardzo kolorowo, a brzmiało egzotycznie.

Jakarta 06

Wróciłem do hotelu, do biurowych zaległości, a głębokim wieczorem wyszedłem popływać w basenie na tarasie trzeciego piętra. Nie docierał tu zgiełk ulicy, więc palmy i rattanowe le zanki pozwalały na chwilę zapomnieć o hałaśliwym pośpiechu i pobiec myślom leniwie tam gdzie powinny na tropikalnych morzach południowych – ku niebieskim migdałom.

Jakarta 07

Jakarta 09

Nazajutrz o 14:00 odlatywał mój samolot na Tajwan, więc wizyta w biurze miała być krótka. Nie była, ponieważ mój gospodarz utknął rano w jeszcze większym korku niż ja i przyjechał kilkadziesiąt minut później. Mimo, że większość spraw była już dogadana, to jednak wszystko zakończyć na czas zawsze udaje się z trudem. Żeby dojechać na czas na lotnisko powinienem wyjść o 11:00, ale udało się dopiero o 11:20. Należało jechać autostradą, ale żeby się do niej dostać, trzeba było pokonać owe przyportowe drogi pełne ciężarówek i koszmarnych skrzyżowań. Kiedy jednak w końcu przebrnęliśmy tę mękę autostradą też nie dało się jechać szczególnie szybko. Byłem spokojny. Być może dlatego, że nie wiedziałem jak duży dystans dzieli nas od portu lotniczego. Wiedział natomiast kierowca i pewnei dlatego dostawał szału. Rozpoczął niesamowity slalom na pełnej szybkości mikrobusika, którym jechaliśmy. Wyprzedzaliśmy wszystko co się dało. Tiry i limuzyny. Silnik wył i jęczał na najwyższych obrotach. Czasem hamowaliśmy gwałtownie, kiedy nie dalo się nigdzie wcisnąć, by wyprzedzic kolejne auta. Zaparłem się głęboko w swoim fotelu i zastanawiałem się jak głeboka będzie strefa zgniotu, jeżeli ktoś przed nami zatryma się gwałtownie, a mój kierowca nie zdąży w porę zareagować. W końcu jednak ukazały się budynki lotniska. Poczułem ogromną ulgę. Pewnie mają rację ci, co mówią, że samolot jest znacznie bezpieczniejszy niż samochód.

- Powinieneś startować w Formule 1 – powioedziałem kierowcy wypakowując walizki z bagażnika.

- Wiedziałem, ze mamy mało czasu – odpowiedział skromnie uśmiechając się.

Teraz już tylko odprawić się, przejść przez rozmaite bramki i można wsiadać do samolotu.

- Czy ma pan list gwarancyjny? – zapytała pani w okienku China Airlines (które to linie są operatorem tajwańskim w odróżnieniu od Air China należących do Chin kontynentalnych).

- Tak, proszę.

- Tylko jeden egzemplarz? Pójdę zrobić fotokopię.

Pani poszła i zginęła. Jej koleżanka odprawiła mój bagaż, wydrukowała kartę pokładową, oddała dokumenty a pani nie było. Czasu też nie było. Nawet bardziej. Zacząłem się niecierpliwić. Uprzejma koleżanka poszła więc po kierowniczkę.

Pani kierowniczka zapoznała się z sytuacją, wykonała bezskutecznie dwa telefony, po czym dorzadziła

- Idź już do odprawy granicznej i przejdź przez security gate. List gwarancyjnym przyniesiemy do wejścia do samolotu.

- Nie, nie pójdę – odparłem stanowczo – bo jeśli nie doniesiecie, to mogą nie wpuścić mnie na Tajwan.

- Doniesiemy. Idź.

- Nie.

Pani poszukała więc radiotelefonu i pogadała z kimś a koleżanka zaginionej ruszyła biegiem.

- Kserokopiarka była po drugiej stronie terminala – wytłumaczyła mi kierowniczka.

Wyszliśmy im na spotkanie. Odebrałem swój list gwarancyjny i mogłem spokojnie ustawic się w kolejce do Immigration. Bez problemu zdążyłem na samolot.

Sopot; 23.07.2012; 20:15 LT