W poprzednim wpisie o naszym wypdadzie do Boliwii wspomniałem o udekorowanych kwiatami samochodach w Copacabanie, które przykuwały naszą uwagę. Zastanawialiśmy się, z czym to jest związane. Odpowiedź przyszła dość szybko, kiedy zakończyliśmy zwiedzanie katedry.

Przed świątynią stała kolejka udekorowanych aut. Pomiędzy nimi uwijał się zakonnik zajęty święceniem. Kiedy ceremonia jednego auta dobiegała końca, podjeżdżało kolejne. Kolejka była bardzo długa, więc duchowny miał wiele pracy. Rozpoczęliśmy oglądanie po wyjściu z kościoła. Potem poszliśmy na obiad, następnie do położonego w górach antycznego obserwatorium, a kiedy wróciliśmy do miasta święcenie trwało nadal.

Skupiony zakonnik w przepasanym sznurem brązowym habicie oraz… czapce baseballówce modlił się żarliwie przed otwartymi maskami podjeżdżających kolejnych aut.

Potem kropił święconą wodą silnik oraz wnętrze i poszczególne detale, nie zapominając o kołach i oponach.

Święcona woda zachwuje swą moc bez względu na pojemnik. Od fromy ważniejsza jest treść, więc zakonnik wykorzystywał do ceremonii zwykłe, plastikowe wiadro.

W niczym nie uwłaczało to skupionym na modlitwie właścicielom samochodów.

Święcenie samochodu najwyraźniej było też okazją do spotkań rodzinnych, jak nie przymierzając chrzest albo pierwsza komunia święta. Przed niektórymi autami zbierała się większa grupka zainteresowanych.

Oczywiście na takie regularnie odprawiane rytuały rynek nie mógł pozostać obojętny. Stragany przed świątynią oferowały między innymi kwiaty oraz ozdobne szarfy.

Ceremonia do złudzenia przypominała chrzest statku. Tyle tylko, że nie rozbijano, wzorem statków, butelki  szampana o karoserię, lecz obficie ją nim skrapiano. Zastanawiałem się, czy to prawdziwy chrzest, i czy samochody otrzymują z tej okazji jakieś imiona.

Kiedy meżczyźni krążą wokół samochodu z butelką trunku, panie dopełniają rytuału po kobiecemu, płatkami kwaitów.

Dymy i huki wybuchającyk petard wieszczą światu zakończenie ceremonii i są świadectwem radości włascicieli, że ich auto jest od tej pory w świętej opiece. Kto wie, może te petardy przepędzają także złe duchy?

Kiedy mieszkałem w Szczecinie, należałem do parafii p.w. Świętego Krzysztofa. Każdego roku w święto naszego patrona, który jest zarazem patronem kierowców odbywało się także poświęcenie samochodów. Była to jednak jedynie chwila na błogosławieństwo, pokropienie święconą wodą i odjazd. Czasem ktoś spontanicznie zatrąbił klaksonem odjeżdżając. Nigdy jednak nie widziałem ceremonii tak barwnej, jak ta w boliwijskiej Copacabanie.

W pociągu Gdańsk – Szczecin, 18.01.2013; 12:40 LT