Thira. Tak nazywała się ta wyspa w starożytności zanim w średniowieczu na cześć Świętej Ireny stała się Santorini. Nazwę zachowało miasto, które znacznie później stało się stolicą wyspy. I to ono stało się celem naszej pierwszej wycieczki. Trochę to naturalne, że od stolicy się zaczyna, ale w wyborze pomogła nam lokalizacja naszej bazy. Wynajęliśmy apartament w Messarii – blisko lotniska i niemalże w centrum wyspy. Thira zaś położona była po sąsiedzku, więc nie sposób było nie zacząć od niej.

Znalezienie miejsca do parkowania nie jest rzeczą łatwą, ale w końcu się udało. Niestety w dół od centrum tego niewielkiego miasteczka. Wyjęliśmy z bagażnika wózek i z Frankiem zaczęliśmy maszerować pod górę. Wkrótce okazało się, że wózek na Santorini prawie zupełnie się nie sprawdza. Pośród wąskich, brukowanych uliczek, symbolicznej szerokości chodników oraz niezliczonej ilości schodków znacznie łatwiej jest po prostu nieść dziecko na rękach (albo w nosidełku).

Pokonywaliśmy trasę pod górę a kiedy byliśmy blisko szczytu, za którym stok powinien opadać, liczyliśmy na to, że widok zrekompensuje nam wysiłek. Nie przypuszczaliśmy jednak, że będzie to krajobraz aż tak niezwykły. Nie zapominajmy, że prawdopodobnie to wzgórze przed gigantyczną erupcją prawdopodobnie ciągnęło się dalej w górę, aż wybuch i trzęsienia ziemi doprowadziły do tego, że wulkan zapadł się kilkaset metrów pod wodę. Został sterczący z morza rogalik, który w tym miejscu niczym ucięty nożem opada stromizną wprost do morza.

STR 101

Oglądaliśmy miasto z okien samolotu, kiedy podchodziliśmy do lądowania i wrażenie było takie, że te liczne białe domki są już przyklejone tak blisko urwiska, że bardziej się nie da, a każdy najmniejszy nawet wstrząs spowoduje, że runą w przepaść. Może widoki z okien, albo tarasów mają powalające, lecz mimo wszystko nie chciałbym tam mieszkać w chwili większego trzęsienia ziemi.

Na dole klifu właściwie nie powinno znajdować się nic, a jednak przycupnął tam malutki port. Postanowiliśmy tam zejść, lecz najpierw syciliśmy oczy panoramą z góry. Oprócz portu hen pod naszymi stopami uwagę przykuwała położona w centrum kaldery wyspa Nea Kameni. To jest ponownie wyrastający (dosłownie) z wody wulkaniczny stożek z kraterami, powiększający swoją objętość dzięki wyrzucanej w kolejnych erupcjach (ostatnia w 1950 r.) lawie.

STR 102

Po pamiętnej, niszczycielskiej eksplozji w tym miejscu nie było żadnego lądu. Tylko woda. Stożek jednak się odbudowywał, wyłonił z wody i rośnie dalej. Ciekawe, czy kiedyś historia się powtórzy i znów wszystko się zapadnie?

Na dół najbardziej ekonomicznie jest się dostać na własnych nogach, serpentynami niezliczonych stopni. Trudno jednak wyobrazić sobie byśmy mieli tamtędy maszerować z wózkiem. Na szczęście były jeszcze inne opcje. Najbardziej reklamowana to wjazd na osiołku. Akurat kończył się dzień i zwierzęta maszerowały pod górę zapewne ku swojej stajni.

STR 103

To jednak nadal nie był środek transportu dla nas i Franka.

STR 104

Na szczęście była jeszcze kolejka linowa. Tą błyskawicznie pojechaliśmy w dół, zostawiając uprzednio wózek po opieką uprzejmego personelu górnej stacji kolejki,

STR 110

Rzadko się zdarza by kolejka linowa służyła do pokonywania trasy w dół. Zazwyczaj pnie się w górę oferując coraz to rozleglejsze panoramy. My zaś dostawaliśmy coś w rodzaju filmu puszczonego od tyłu: Miasto pozostawało gdzieś w górze, a panorama kaldery zawężała się.

STR 105

W końcu znaleźliśmy się na poziomie morza, a krótki spacer powiódł ku wejściu do owego mikroskopijnego portu, przyklejonego do urwiska i zabezpieczonego przed sztormami równolegle biegnącym falochronem.

STR 106

Promenada była prawie pusta. Niezwykłe, jeśli się da wiarę zapewnieniom, że Santorini w pierwszej dziesiątce najczęściej odwiedzanych miejsc przez turystów. To jest właśnie listopadowy bonus. Upałów nie ma, ale nie ma także tłumów. Wszystko tylko dla nas.

Naprawdę. Tylko dla nas. Zapadał zmierzch i jako jedyni zasiedliśmy do kolacji przy stoliku na skraju kei, z nieograniczonym widokiem na morze i pobliską wyspę. W lipcu nie do pomyślenia.

STR 107

A kolacja była przednia. Grillowane kalmary i chłodne, białe wino. O sałacie, fecie i oliwkach nie wspomnę. I było coś jeszcze. Zachód słońca. Jeszcze dwie godziny wcześniej zarzekałem się, że nie dam się ponieść owczemu pędowi, który koniecznie wymaga obejrzenia przynajmniej takiego spektaklu na Santorini. Nie wiem czy to wynika z unoszącego się w powietrzu wulkanicznego pyłu, czy akurat wtedy wystąpiły jakieś szczególne warunki w atmosferze, ale to coś sprawiło, że niebo przybrało niezwykle intensywne barwy. Tylko dla nas.STR 109

W takich okolicznościach kolacja przeciągnęła się do maksimum, czyli prawie do osiemnastej. O osiemnastej bowiem odjeżdżała ostatnia kolejka pod górę. Zdążyliśmy. I my, i personel tawerny, której byliśmy ostatnimi tego dnia gośćmi. Razem jako jedyni pasażerowie odjeżdżaliśmy zostawiając port uśpiony aż do rana następnego dnia.

Na górze też już robiło się cicho i chłodno, jakby dla przypomnienia, że to jednak jesień. Kot na murku kontemplował widoki w dole. Potowarzyszyliśmy mu trochę nie przerywając ciszy.

STR 108

Kot został, a my ruszyliśmy w kierunku parkingu. Z Thiry do Messarii niedaleko, ale jednak trzeba odszukać auto, zapakować się do niego i jeszcze po drodze zrobić jakieś niewielkie zakupy: pomarańcze, fetę, jogurt, oliwki…

Warszawa, 12.12.2017; 00:15 LT