Nowy Rok zaczęliśmy jak bywało w latach ubiegłych, wysłuchaniem koncertu w Filharmonii Bałtyckiej. Tym razem nie moglismy odpuścić, ponieważ były to tanga.

Był to ciekawy przekrój rozmaitych utworów. Zaczęło się od początków, czyli tang stricte argentyńskich, w tym „wyklętego” przez wielu Astora Piazzoli. Trio „Tango Bridge” w składzie Jzecek Bylica (fortepian), Piotr Kopietz (bandoneon) i Grzegorz Frankowski (kontrabas) zadbało nie tylko o oprawę muzyczną, lecz także i stronę edukacyjną przedsięwzięcia. Na przykład przed wykonaniem „La cumparsita” Grzegorz Frankowski opowiedział historię tego utworu. Przyzwyczailiśmy się, że niejednokrotnie wielcy artyści wyprzedawali swoje dzieła za bezcen i żyli w biedzie. Zostali docenieni nierzadko dopiero po śmierci. W 1917 roku niejaki Gerardo Matos Rodriguez, młodziutki student architektury na Uniwersytecie w Montevideo zarabiając na skromne życie napisał muzykę do tanga, do którego prawa odsprzedał za kilkadziesiąt pesos. Kilka lat później, kiedy przybył do Europy ze zdumieniem stwierdził, ze jego dzieło bije rekordy popularności. Przez nastepne dwadzieścia lat procesował się i ostatecznie uzyskał godziwe honorarium.

„Tango Bridge” przeniosło nas także na polski grunt serwując najpopularniejsze utwory polskich kompozytorów. Zarówno te, jak i inne utwory były okraszone pokazami zawodowych tancerzy. Była to więc uczta zarówno dla uszu jak i oczu.

Były tez i utwory samego Frankowskiego, szefa tej grupy, przy których popisy tancerzy wyglądały równie efektownie. Na koniec bonus dla publiczności:  „Por una cabeza” – jedno z najsłynniejszych tang w historii. Wykonane po raz pierwszy przez wielkiego Carlosa Gardela w filmie „Tango Bar” z 1935 roku, dzisiejszej publiczności znane jest przede wszystkim ze wspaniałej interpretacji Ala Pacino, który jako niewidomy brawurowo prowadzi partnerkę w filmie „Zapach kobiety”. Por una cabeza znaczy po polsku „o jeden łeb” i opowiada o porażce „o jeden łeb” konia wyścigowego artysty. Jest to oczywiście tylko pretekst do opowieści o innym hazardzie, jakim jest miłość do nieprzewidywalnej kobiety:

Szaleństwo gonitwy

Przez jednego konia

Co na linii osłab

I przegrał o łeb

(…)

Przez jedną kobietę

Szaleństwo miłości

Co uwiodła serce

Zburzyła mój świat

Wszyscy, i muzycy, i tancerze otrzymali gromkie i długie brawa, więc załapalismy się jeszcze na bis („Libertad” Astora Piazzoli). Żałowałem, że pomimo zabrania apratau fotograficznego nie mogłem zrobić zdjęć. Cóż, zakaz, prawa autorskie. Szkoda, bo fajnie wyglądali w tylnym oświetleniu.

Oby cały rok 2014 był równie piękny jak ten wieczór.

Gdańsk, 07.01.2014; 00:15 LT