Bardzo chciałem iść na ten film.  Historia kamerdynera, który spędził w Białym Domu przez ponad trzydzieści lat to bardzo smakowity kąsek. Niezwykłe jest obserwować dzieje USA od lat pięćdziesiatych, kiedy na południu tego kraju niemal bezkarnie panoszył się Ku-Klux-Klan aż po prezydenturę Ronalda Reagana i na koniec wybór na przeydenta Barracka Obamy.

Jaki kawał historii, ileż obserwacji z pozycji człowieka, który widział podejmowanie najważniejszych deczyji zza kulis, pozostając z urzędu „niewidzialnym”.

Niestety, film nie wykorzystał drzemiącego w temacie potencjału. Oczywiście nie sposób opowoedzieć wszystkiego. Trzeba się na czymś skupić. Twórcy postawili na pozycję czarnoskórych mieszkańców w amerykańskim społeczeństwie. Oglądając „Kamerdynera” człowiek uswiadamia sobie jak wielką drogę przeszedł ten kraj w ciągu zaldwie pół wieku. Od sytuacji, kiedy biały obywatel mógł zabić Murzyna i z dużym prawdopodobieństwem nie poniósłby za to szczególnej kary, od sytuacji gdy niektóre uczelnie nie akceptowały czarnoskórych studentów, po finał kiedy prezydentem poraz pierwszy nie z ostał biały.

Widziałem jednak wiele lepszych filmów dotykających tego problemu. „Kamerdyner” nie powalił mnie na kolana, pomimo bardzo dobrej obsady. A już szczególnie nie do przełknięcia jest końcówka, w której były emerytowany kamerdyner jest przyjmowany przez owego czarnoskórego prezydenta. Pada tam tyle patetycznych słów, taki lukrowany komentarz, że nam, wychowanym na socrealistycznej propagandzie aż nie chce się tego słuchać. Lukier przyprawia o mdłości.

Nie potępiałbym tego filmu w czambuł, można obejrzeć, ale na mojej prywatnej liście będzie daleko poza czołówką.

Gdańsk, 06.01,2014; 14:20 LT