Rok 1987. Byłem wtedy dość świeżym jeszcze III oficerem na statku Polskiej Żeglugi Morskiej, „Kopalnia Wirek”. Na nim trafiłem do stolicy Birmy, Rangunu. Były to czasy, gdy system GPS był dostępny na nielicznych handlowych statkach, ponieważ armia USA dopiero zaczynała proces udostępniania cywilom systemu nawigacji satelitarnej tworzonego na potrzeby wojska. W tamtych latach szczytem marzeń był system Transit, który umożliwiał uzyskanie pozycji statku w nieregularnych odstępach, najczęściej 1,5 – 3 godzinnych, lub dłuższych, w zależności od lokalizacji statku na kuli ziemskiej. Dokładność pozycji uzyskanej tą drogą wynosiła około 200 metrów. To wszystko budzi uśmiech politowania dzisiejszych posiadaczy GPS w każdym telefonie komórkowym, który nie tylko oferuje ciągłą aktualizację pozycji, lecz i nieporównywalnie większą dokładność. Jak jednak wspomniałem, ów Transit był wtedy obiektem zazdrości. Gdy jego zabrakło pozostała tylko nawigacja terrestryczna, albo astronawigacja. My płynęliśmy w kierunku ujścia rzeki Irrawaddy późnym wieczorem i brak lądu w zasięgu wzroku albo radaru uniemożliwiał tę klasyczną nawigację w oparciu o punkty na lądzie. Nie było też szansy na dość dokładną pozycję ze Słońca, ponieważ to już dawno zaszło. Pozycja z gwiazd jest na ogół do osiągnięcia tylko o zmierzchu lub o świcie. Późnym wieczorem pozostała do wyboru pozycja z Księżyca, z założenia mało dokładna. Żeby jednak uściślić, należy powiedzieć, że z poszczególnych ciał niebieskich otrzymujemy jedną linię pozycyjną. Potrzebna jest jeszcze druga, bo na przecięciu tych dwóch znajdował. Tamtego wieczoru jednak dostępna była tylko jedna linia – z Księżyca właśnie. Szukałem intensywnie możliwości znalezienia drugiej i wtedy z pomocą przyszła mi echosonda. Na mapie Zatoki Bengalskiej głębokości układały się dość regularnie i kiedy odczytałem ją z echosondy mogłem nanieść na mapie linię pozycyjną z t.zw. izobaty, czyli łączącej punkty o tej samej głębokości (podobnie jak poziomice w górach łączą punkty o tej samej wysokości). Linia pozycyjna z Księżyca przecięła mi się ładnie z linią pozycyjną z izobaty i wreszcie miałem jakąś pozycję oczywiście ze świadomością, że jej dokładność jest niewielka. Okazał się jednak bardzo dobra. Trafiliśmy do ujścia rzeki bez żadnej korekty, a nazajutrz zacumowaliśmy w Rangunie.

Rangun 7

Niewiele wówczas wiedziałem o tym mieście, lecz to, co zobaczyłem przyprawiało o zawrót głowy. To przede wszystkim Shwedagon Pagoda – górująca nad miastem świątynia pokryta złotem i udekorowana tysiącami kamieni szlachetnych, zawierająca w swoim skarbcu ponoć kilka włośów Buddy.

Rangun 1

Ponoć świątynię w tym miejscu wybudowano już dwa i pół tysiąca lat temu.

Główną świątynię otaczają na tarasie dziesiątki małych kapliczek o fantazyjnych kształtach.

Rangun 3

Bogactwo zdobień rzucało na kolana.

Rangun 4

Trudno było nie trafić do pagody. Złota kopuła ustawiona na najwyższym wzgórzu w okolicy, była doskonale widoczna niemal z każdego punktu miasta. Poniższe zdjęcie było zrobione na drodze do niej.

Rangun 2

Jak widać, u jej podnóża znajdował się park. To ważne, lecz jeszcze jedna dygresja… Te Wszystkie zdjęcia zachowały się kosztem pewnego wysiłku logistycznego. Klisza z aparatu pozostawiona bowiem została u fotografa w mieście, a tymczasem wybuchły antyrządowe zamieszki. Na ulicach pojawiło się wojsko, a port został zamknięty. Wyglądało na to, że zdjęcia zostały stracone bezpowrotnie. Nie pamiętam już jak, ale wydostałem się z portu. Strażnicy mnie przepuścili. Pognałem prosto do fotografa. Kiedy odbierałem odbitki widziałem wozy bojowe nadciągające tą właśnie ulicą. Biegiem wróciłem do portu, zanim wojsko odcięło do niego dostęp.

A teraz już o parku nieopodal świątyni…

Siedział tam… wróżbita. Wróżył z linii dłoni. Ja, młody, dopiero co po studiach, dwudziestopięcioletni kawaler miałem niemal całe życie przed sobą, więc dlaczego by nie dowiedzieć się co mnie czeka? Tym bardziej, że opłata nie była wygórowana.

- Będziesz mieć trójkę dzieci. Najpierw bliźnięta, a potem jeszcze jedno – powiedział między innymi starzec.

Życie zweryfikowało te wróżby, ponieważ Paulina i Tomek bliźniętami nie byli, chociaż urodzili się w odstępie jedenastu miesięcy. Trudno jednak mieć pretensje do wróżbity. Nie miał ze sobą suwmiarki, żeby pomierzyć niuanse linii życia. Jedenaście miesięcy odstępu w pewnym przybliżeniu mogło wyglądać jak jeden punkt. To jednak wszystko jeśli chodzi o przepowiednię. Tyle warta, co tuziny innych. Stopniowo o niej zapominałem.

Tomek i Paulina wyrośli i ruszyli w świat. W zeszłym roku min. dopingowali naszych sportowców na olimpiadzie w Rio de Janeiro.

Rangun 6

W tym samym mniej więcej czasie wydarzyło się coś, co miało odmienić nasze życie i zweryfikować przykurzoną przepowiednię wróżbity z Rangunu. To Franek, poczęty tamtego lata na Mazurach. Dziś o godzinie 11:02 przyszedł na świat. Mój Anioł spisał się dzielnie.

Rangun 5

Witaj Franku! Być może także wyrośniesz na podróżnika? W każdym razie dziś zaczynasz swoją wielką życiową podróż. Kto wie, dokąd Cię zaprowadzi? W tej chwili wszystko jest jeszcze w Twoim zasięgu. Niech Ci się szczęści i niech los zawiedzie Cię tam, gdzie będziesz najszczęśliwszy.

Gdańsk, 18.04.2017; 23:50 LT