Jednym z ostatnich punktów programu zwiedzania Suzhou, była wizyta w przyfabrycznym muzeum jedwabiu. Trzeba było tam zajrzeć, bo przecież trudno wyobrazić sobie Chiny bez tej tkaniny i odwrotnie – nie sposób jedwabiu skojarzyć z innym państwem.

Produkcję niezwykłej nici, której trójkątny przekrój załamuje światło niczym pryzmat, a naturalne właścwości powodują, że tkanina ogrzewa zimą, a chłodzi w upały, odkryto w Chinach już kilka wieków przed naszą erą. Początkowo jedwabne tkaniny były zarezerwowane tylko dla monarchów. Po upowszechnieniu stały się jednym z głównych towarów eksportowych wschodniego imperium.

Do Europy wraz z innymi towarami sprowadzano go t.zw. Jedwabnym Szlakiem.

SHO 650-1

Źródło: Wikipedia

Trudno o drogę, która bardziej zapisałaby się w historii. Jedwabny szlak istniał przez dwa tysiące lat. Karawany kupców wędrowały nim od III wieku przed naszą erą, czyli mniej więcej od czasu kiedy starożytna Grecja zaczęła przechodzić pod panowanie Rzymu, aż do drugiej połowy XVII wieku – czasu zapisanego odkryciami Newtona, zwycięstwem Sobieskiego pod Wiedniem, czy założeniem obserwatorium astronomicznego w Greenwich. Był to okres, w którym odkryto drogę morską do Chin i odtąd wymiana handlowa z Państwem Środka odbywała się głównie przy pomocy statków.

Legenda o odkryciu jedwabnej przędzy jest powszechnie znana. Ponoć dwa i pół tysiąca lat przed naszą erą jeden z cesarzy chińskich poprosił swoją żonę, by sprawdziła, co niszczy drzewa morwowe w jego ogrodzie. Cesarzowa znalazła na roślinach gąsienice, które otaczały się białymi kokonami. Zebrała kilka z nich, a jeden przypadkiem wpadł jej do wrzątku.

Nie wiem iel w tym prawdy, ale ponoć wiele z odkryć naukowych albo wynalazków, było dziełem przypadku, albo powiedzmy, szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Cesarzowa wyciągnęła kokon i zauważyła, że można odwinąć z niego nić, a potem już poszło… Z jednego kokonu można ponoć uzyskać włókno o długości rzędu półtora kilometra.

W muzeum w Suzhou mogliśmy obejrzeć takie kokony. Przez niektóre widać było prześwitujące przez włókna poczwarki.

SHO 629

W kokonach poczwarki przeobrażają się w motyle, które rozpuszczają fragmenty nici, by wydostać się na zewnątrz i w swym krótkim życiu doprowadzić do złożenia kilkuset jaj dających początek nowemu pokoleniu. Oczywiście w przemysłowej hodowli tak się nie dzieje. Ogromna większość poczwarek ginie bowiem we wrzątku, by umożliwić człowiekowi produkcję drogiej przędzy. Tak drogiej, że zdradzenie tajemnicy jej produkcji karano w Chinach śmiercią, a w starożytnym Rzymie jedwab ponoć był dosłownie na wagę złota.

Gotowanie we wrzątku, moczenie w alkalicznych roztworach, płukanie, i wreszcie odnajdywanie końcówki nici, by odpleć ją i nawinąć na specjalne kołowrotki. Oczywiście dziś odbywa się to na skalę przemysłową na specjalnych maszynach.

SHO 630

SHO 631

A jak wykradziono tajemnicę produkcji? Ponoć odbyło się to na zlecenie cesarza Justyniana I, władającego Bizancjum. Wysłał on do Chin mnichów, którzy zdobyli tysiące jajeczek jedwabnika i przemycili je we wnętrzu bambusowych kijów, którymi się podpierali. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Być może taki fakt miał miejsce, ale istnieją też przesłanki, że prawdopodobnie produkcja jedwabiu odbywała się już w starożytnej Grecji kilka wieków wcześniej.

Oglądaliśmy maszyny produkcyjne, magazyny z półproduktami, bo muzeum to tylko część fabryki.

SHO 632

SHO 639

Oczywiście nie sposób było wyjść z tego miejsca, nie przechodząc przez przyzakładowy sklepik. Tam obejrzeliśmy leżące płaty przędzy, którymi wypełnia się jedwabne kołdry. Grubiej lub cieniej, w zależności od tego jak ciepła miałaby być taka kołdra.

SHO 633

Pomijając jednak wielkość ewentualnego bagażu, ceny takich kołder nie należały do przystępnych, a tkaniny równie drogie jak te, które oglądaliśmy w renomowanych sklepach w Pekinie. Odpuściliśmy sobie zastanawiając się co najwyżej na kupnem chusteczek, a większe sztuki jedwabiu kupić przecież możemy w Polsce, w jedwabnym zagłębiu w Milanówku, gdzie produkcja tych tkanin odbywa się od 1924 roku. Jeszcze sto lat przed Milanówkiem Jan Nepomucen Kurowski w swojej książce „O potrzebie i możności zaprowadzenia w naszym kraju jedwabnictwa” pisał:

Jedwabnictwo w kraju naszym zaprowadzone zostało około roku 1770. Wiele osób, a mianowicie Dam, skwapliwie się niem zajęło – lubo w ogólności więcej dla zabawki, a może i dla doświadczenia, aniżeli w duchu spekulacyjnym to przecież, w niektórych gospodarstwach doszło do tego stopnia, iż utworzony jedwab – wystarczył na potrzeby domowe. Później hodowanie jedwabiu poczęło się coraz bardziej upowszechniać; ale wybuchłe w kraju niespokojności i zmiany stłumiły je w samym zarodzie. Jednakże i stąd niemała już dla kraju wyniknęła korzyść. Otrzymano bowiem skutek, dowód, że i u nas jedwabnictwo istnieć może. Nadto, zasadzone wówczas morwy, dotrwawszy dotąd, najmocniej zbijają twierdzenie: – jakoby drzewo to naszego znieść nie mogło klimatu. Okoliczność ta największej jest wagi; bo skoro posiadać możemy liście morwy – już przez to posiadamy najpierwszy i najgłówniejszy warunek hodowania jedwabiu: gdzie jest morwa, tam i jedwabnictwo być może.

Pocieszeni, że nasz, polski jedwab prawdopodobnie nie tylko nie ustępuje chińskiemu, ale być może czasem go przewyższa, opuściliśmy fabrykę, by wrócić do starego centrum Suzhou.

Gdańsk, 12.03.2017; 21:20 LT