A nadzieja znów wstąpi w nas.

Nieobecnych pojawią sie cienie.

Uwierzymy kolejny raz,

W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,

Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,

Wbrew tak zwanej ironii losu.

Wiedziałem, że prędzej czy później w końcu się pojawi. I zawsze tak było. Nasz samochód pokonywał w ciemnościach kolejne kilometry. Na drodze zrobiło się pusto, miasta i wsie także się wyludniały. Wszyscy już zasiadali do uroczystej wieczerzy. Nam brakowało jeszcze jakichś stu kilometrów do Szczecina, gdzie z wigilijną kolacją czekała na nas ciocia oraz mój tato. Oboje już grubo po osiemdziesiątce.

Słuchaliśmy „Trójki”, śpiewaliśmy kolędy wspólnie z dobiegającymi z głośników głosami rozmaitych artystów. Aż w końcu nastawał ten moment, kiedy Beata Rybotycka zaczynała „Kolędę dla Nieobecnych”. Każdego roku obiecywałem sobie, że tym razem wytrzymam, że się nie wzruszę, lecz wytrzymywałem co najwyżej do końca pierwszej zwrotki.

Przypominałem sobie te pełne ludzi święta, liczną rodzinę z trudem mieszczącą się przy stole, gwar, mojego brata, kuzynów, wyprawy po choinkę, karpia, ucieranie sernika w ceramicznej makutrze pod bacznym okiem mojej mamy, która w odpowiednich momentach dodawała starannie odliczone jajka, masło, ubitą pianę i wiele innych składników… Tyle wydarzeń w kalejdoskopie wspomnień, tyle osób, które dziś odwiedzam głównie na cmentarzu… A potem widziałem tych dwoje staruszków przy skromnym stole czekających na nas do dwudziestej albo i dłużej, aż dojedziemy z Sopotu startując zaraz po zamknięciu biura. Czekających cierpliwie, aby broń Boże nie nakłaniać nas do szybszej jazdy pytaniami czy daleko jesteśmy…

Daj nam wiarę, że to ma sens.

Że nie trzeba żałować przyjaciół.

Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,

Bo są z nami, choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,

Że po głosach tych wciąż drży powietrze.

Że odeszli po to by żyć,

I tym razem będą żyć wiecznie

Patrzę przed siebie skupiony na prowadzeniu samochodu. Naszą gwiazdą betlejemską, której i tak nie byłoby widać na pokrytym chmurami pomorskim niebie są drogowskazy i satelity GPS. Jakaś siła zaciska boleśnie moje gardło, a oczy wilgotnieją. Milczący Anioł przez moment dotyka mojej dłoni, więc uwolnionej łzy nie mogę otrzeć. Spływa spokojnie po policzku, a ja wpatruję się w bezkres szosy ginącej w ciemnościach. Przełykam ślinę. Wracam do Szczecina, do magicznej krainy dzieciństwa… Krainy, w której zamiast zmęczenia codzienną pracą dominowało niecierpliwe wyczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, ubieranie choinki, podglądanie kiedy pojawią się prezenty, a wcześniej rozpoznawanie równie smakowitych co tajemniczych zapachów z kuchni. Co takiego jest w tej magii świąt? Modlić się i śpiewać kolędy przecież można wszędzie. Bogu może nawet milsza byłaby modlitwa gdzieś daleko, w niesprzyjających warunkach, a jednak coś każe nam rzucać wszystko i ruszać w podróż tam, gdzie wszystko się zaczęło i było takie nieskażone codziennością.

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,

Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.

Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,

I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

Życzę Wam wszystkim by w nadchodzące Boże Narodzenie dane Wam było chociaż przez chwilę zapomnieć o pustych miejscach przy stole i cieszyć się tym dzieckiem w nas, które z wypiekami na twarzy oczekiwało na pierwszą gwiazdkę, kapustę z grzybami, kolędy i zasypiało na długo przed Pasterką. Wesołych świąt, zdrowych i spokojnych. I niech spełniają się Wasze marzenia.

canal_plus_wise_man_star P.S.

W tym roku wigilia w Gdańsku, więc nie będzie podróży w wigilijny wieczór, a do Szczecina dojedziemy dopiero na pierwszy dzień świąt.

Gdańsk, 24.12.2015; 01:05 LT