Po intensywnym marszu przez puszczę (kiedy przez dłuższy czas mieliśmy jeszcze nadzieję, że zdążymy dojść do muzeum przed jego zamknięciem) należał nam się odpoczynek. Nieuchronnie zbliżał się nasz wyjazd z Białowieży, więc postanowiliśmy wpaść jeszcze na rosyjską herbatę do Restauracji Carskiej mieszczącej się w budynku dworca Białowieża Towarowa.

W 179

Miała być tylko herbata, lecz niezwykle uprzejmy i elokwentny kelner zaproponował nam deser. Na słodkości akurat ochoty nie mieliśmy, lecz pan przekonywał nas intensywnie:

- Przyniosę tylko jedą porcję i dwa widelczyki, abyście mogli Państwo spróbować. To delikatne bezy z kremem na bazie serka mascarpone i advokatem. Naprawdę warto. Przekonacie się Państwo.

Fotografowałem właśnie zadumaną Paulinę kiedy po kilku minutach kelner pojawił się ponownie. Nachylił się i teatralnym szeptem uprzedził mnie:

- Niech Pan ma w pogotowiu aparat, bo właśnie w tej chwili Pani uśmiechnie się od ucha od ucha, kiedy zobaczy co przyniosłem – i niczym magik wyciągający królika z cylindra, postawił nagle przed nami talerz z deserem.

W 175

Wyglądało to rzeczywiście doskonale, a smakowało jeszcze lepiej. Uśmiech zagościł na twarzy nie tylko Pauliny, lecz na moim obliczu łakomczucha także.

Konsumując przepyszne ciacho i popijając herbatą przeglądaliśmy także menu, które było wydrukowane tak, że przypominało gazetę sprzed stu lat.

W 176

Oprócz informacji czysto gastronomicznych mogliśmy poczytać w tej publikacji o historii kolei w Białowieży. Jej istnienie związane było z wymaganiami cara, który upodobał sobie Białowieżę, tak bardzo, że postanowił wybudować tam pałac, a samą puszczę włączyć do dóbr carskich. Na otwarcie pałacu i związane z tym polowanie dociągnięto linię kolejową do Hajnówki. Stamtąd władca podróżował do Białowieży powozem. Na następną wizytę linię kolejową dociągnięto aż pod samą rezydencję cara, tworząc przystanek Białowieża Pałac. Sam imperator bywał jednak w Białowieży na tyle rzadko, że tworzenie linii kolejowej wyłącznie dla niego nie maiłoby sensu. Trudno było natomiast udostępniać carski peron gawiedzi. Poza tym przybywające pociągi potrzebowały serwisu (woda dla parowozów i.t.p.), a trudno było budować całą techniczną infrastrukturę niedaleko pałacu. Dlatego zdecydowano o budowie właściwego dworca kawałek dalej. Obsługiwał on cały ruch pasażerski i towarowy oraz stanowił zaplecze techniczne dla przybywających pociągów. Nazwano go Białowieża Towarowa.

W 177

Wojenna zawierucha obróciła pałac w ruinę. W latach sześćdziesiątych XX wieku ostatecznie je rozebrano. Drewniany dworzec został i służył mieszkańcom oraz turystom aż do 1994 roku, kiedy połączenie Hajnówka – Białowieża uznano za nierentowne i zlikwidowano. Wydawało się, że jego los jest przesądzony, lecz za sprawą jednego z byłych pracowników zabudowania dworca nie zostały zniszczone. W 2003 roku znalazły nowego właściciela, który urządził tam restaurację oraz hotel, chyba ostatecznie ratując przed unicestwieniem jedyny zachowany drewniany dworzec w Polsce.

My spożywaliśmy nasz posiłek pod parasolkami na peronie, ale warto wejść do wnętrza, żeby móc zobaczyć wystrój budynku od środka. Piękny, kaflowy piec, kryształowy żyrandol i mnóstwo innych przedmiotów przenoszących nas do minionej epoki.

W 178

Mi najbardzie podobała się możliwość nocowania w salonkach albo w wieży ciśnień. Być może skorzystam następnym razem.

W 180

Następny nocleg zaplanowaliśmy w Drohiczynie, więc po deserze pora była się zbierać. Kilkanaście kilometrów za Hajnówką zorientowałem się, że GPS znów nie prowadzi nas tą drogą, którą sobie założyliśmy. Na szczęście nie było jeszcze daleko. Zawróciliśmy, a po kilku kilometrach pojawiła się możliwość skrótu, aby przedostać się na właściwą drogę, nie dojeżdżając do samej Hajnówki.

Tyle razy powtarzano mi, że „kto drogę skraca, ten w domu nie nocuje”, i tyle razy przekonałem się o prawdziwości tego powiedzenia, że na ogół unikam takich rozwiązań. Teraz jednak coś mnie podkusiło i okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie z powodu skrócenia objazdu, lecz uroczystości, której staliśmy się mimowolnymi uczestnikami. W jednej z wsi bowiem odbywał się prawosławny odpust na Świętej Anny.

W 184

Wzdłuż jezdni stało mnóstwo zaparkowanych samochodów, a cerkiew okrążana była przez tłum wiernych.

W 181

Zaparkowaliśmy samochód i my, i poszliśmy wmieszać się pomiędzy miejscowych.

W 183

Tak weszliśmy aż do samej cerkwi, gdzie nabożeństwo odprawiał sam biskup. Woń kadzideł i świec, śpiewy w dziwnym dla nas starocerkiewnym języku, odmiennie ubrane kobiety w chustkach na głowach – to wszystko tworzyło taką aurę tajemniczości i egzotyki, że poczułem się przez moment jak w jakimś innym kraju. Tym bardziej, że kiedy już opuściliśmy cerkiew, na odpustowym straganie rozmaite specyfiki oferowała siostra zakonna z białoruskiego monastyru. Miałem okazję odświeżyć sobie w rozmowie z nią mój rosyjski.

W 185

Przypomniał mi się film Wajdy na podstawie powieści Konwickiego „Kronika wypadków miłosnych”. Pięknie opisywał przedwojenną Polskę, w której prowincjonalnych miasteczkach żyli w zgodzie wyznawcy rozmaitych narodów i wyznań. Opowieść o pierwszych miłościach grupki licealistów była świetną okazją do ukazania etnicznych i religijnych grup, w których dorastali i co nie przeszkadzało by przyjaźnili się ze sobą tolerując swoją odmienność. Wówczas wydawało się to zupełnie normalne. Aż przyszła wojna wywołana szaleńczymi ideologiami XX wieku i rozwaliła to wszystko. Przesiedliła całe narody, wytyczyła nowe granice, więc dziś zadziwia mnie regionalna egzotyka.

Jak odpust, to odpust. Na straganach wzdłuż ulicy nie mogło zabraknąć obwarzanków, lizaków i rozmaitych zabawek.

W 186

Ja jednak najmilej wspominam zwierzątka z ciasta. Kolejne deja vu. Pamiętam, że kiedy miałem jakieś pięć lat i razem z mamą i bratem byliśmy na wakacjach u dziadka, w Łomży mama kupiła mi figurkę z ciasta. Od razu w ramach testu odgryzłem jej ogon, a że smak nie był rewelacyjny, przez jakiś czas pełnił ów przedmiot rolę zabawki – pamiątki, aż przy którymś sprzątaniu wylądował w śmietnku. Myślałem, że pozostanie jedynie odległym wspomnieniem, aż tu nagle… pełen koszyk takich figurek!

W 187

Zbliżał sie zmierzch. Zaplanowaliśmy jeszcze wizytę na Świętej Górze Grabarce, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Niedaleko Siemiatycz ujrzeliśmy pierwsze drogowskazy w kierunku góry. Zawsze wyobrażałem sobie, że to jakaś wielka góra, a to przecietne, morenowe wzniesienie. No ale skąd miałyby być góry na Podlasiu?

Grabarka dla prawosławnych chrześcijan w Polsce ma podobne znaczenie jak Jasna Góra dla katolików. O ile jednak Jasna Góra dała schronienie i obronę przed nacierającymi wojskami szwedzkimi, to Grabarka ocaliła miejscową ludność podczas epidemii cholery. Trzysta lat temu, kiedy choroba dziesiątkowała tutejszą społeczność, ktoś doznał objawienia, iż należy schronić się na tej właśnie górze. Ponoć około dziesięć tysięcy ludzi zebrało się na Grabarce pijąc wodę z miejscowego źródełka i modląc się o ocalenie. Przetrwali.

W podzięce Bogu zbudowano na górze drewnianą kapliczkę. Sanktuarium przetrwało aż do 1990 roku, kiedy spłonęło od ręki podpalacza.

Dziś na górze stoi nowa cerkiew.

W 188

W 191

Największe jednak wrażenie robią krzyże. Prawdziwy las krzyży. Od ogromnych po maleńkie. Przynoszą je wierni wraz z modlitwą w intencji swoich próśb jak również jako wota uzyskanych łask.

W 192

Każdy z tych krzyży to jakaś osobista tragedia, a może tylko pokorna, cicha prośba… O każdym zapewne można by napisać oddzielną historię, nawet jeśli nierychliwy Pan Bóg wystawił na próbę cierpliwość pątnika.

W 189

W 190

- Spójrz na to – Paulina wskazała niewielki krzyż z karteczką „w intencji podpalacza”. Bóg z pewnością wybaczył mu już dawno, ale czy tamten wykazał odrobinę skruchy?

Schodzimy na dół, ku źródełku, i pobliskiemu parkingowi, gdzie stoi nasze auto. Jest już po dwudziestej pierwszej, a wciaż podjeżdżąją samochody i ludzie nabierają świętej wody.

W 193

W 194

Wracamy do głównej drogi na Siemiatycze. Stamtąd już tylko rzut kamieniem do Drohiczyna.

Mapa 05

W pociągu Gdańsk – Szczecin, 30.08.2014; 13:45 LT