W opisie spacerów po mieście pominąłem kilka elementów nawiązujących do morskiej tradycji miasta. Aż nie chce się wierzyć, że tu gdzie dzisiaj spacerują tłumy turystów i tętnią życiem terminale promowe, jeszcze niespełna ćwierć wieku temu był teren zamknięty a radzieccy pogranicznicy dokładnie pilnowali, aby nikt nie zdołał opuścić „kraju raju”, jak przekręcano popularne wówczas w oficjalnych artykułach określenie ZSRR jako „kraj rad”.

Można by przyjąć, że dzisiejsze terminale promowe, pełne przepięknych statków, zaludnione tysiącami turystów zdążającymi każdego dnia z lądu na morze i odwrotnie, są swoistym pomnikiem  tamtych mrocznych czasów.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pomniki w bardzie tradycyjnym znaczeniu tego słowa. O „Rusałce” już wspominałem w jedenej z poprzednich notek.

Tallinn 56

Wraz z „Rusałką” morze pochłonęło sto siedemdziesiąt siedem istnień ludzkich. Bałtyk nie raz udowadniał, że pomimo swoich niewielkich rozmiarów krwawe żniwo potrafił zbierać szczególnie obficie.

Na skraju starego miasta nieopodal murów obronnych znajduje się wejście do muzeum morskiego.

Tallinn 143

Na jego ścianie znajduje się tablice upamiętniająca szczególnie miły sercu każdego Polaka okręt – ORP „Orzeł”.

Tallinn 142

Instrukcje na wypadek wybuchu wojny jednoznacznie wskazywały Szwecję albo Finlandię jako kraje, do których miały ewentualnie zawijać polskie okręty. Dowódca „Orła”, który najprawdopodobniej psychicznie nie wytrzymał napięcia związanego z wybuchem wojny i już po kilku dniach przestał wykonywać rozkazy, zawinął do neutralnego Tallinna na własną rękę pod pretekstem choroby wymuszającej jego wyokrętowanie. Choroba była prawdopodobnie symulowana. Nieoczekiwanie, prawdopodobnie pod naciskiem Niemiec okręt został internowany rozpoczęło się jego rozbrajanie. Z nowym dowódcą pozbawiony map, w nocy z 17 na 18 września okręt ucieka z portu. Była to brawurowa akcja, starannie zaplanowana i wykonana, chociaż nie bez problemów, ponieważ w trakcie ucieczki zauważony już okręt uderzył w falochron. Ucieczka z portu to jednak dopero początek. Bałtyk nie był przyjaznym miejscem dla statku należącego do kraju, który właśnie dogorywał zaatakowany z dwóch stron przez sygnatariuszy paktu Ribbentropp – Mołotow. Na wsparcie i dalszą walkę u boku sojuszników mógł liczyć dopiero wydostawszy się na otwarte wody Morza Północnego. I pomimo braku map to czyni. Przepływa przez cieśniny duńskie i dociera do Wielkiej Brytanii.

Stalinowi, który tej samej nocy uderzył na Polskę potrzebny był pretekst do dalszych zdobyczy terytorialnych określonych we wspomnianym wyżej pakcie. O ile reakcja Niemiec wobec Estonii była wyważona, to w ZSRR rozpoczęła się histeryczna nagonka na mały kraj, który rzekomo wspierać miał polską flotę. 19 września radziecka „Prawda” donosiła:

„Według wiarygodnych informacji, polskie okręty podwodne znajdują schronienie w portach państw bałtyckich przy wsparciu pewnych tamtejszych czynników rządowych. Niektóre fakty wskazują też na obecność tam także okrętów podwodnych flot innych niż polska. Przypuszcza się, iż władze estońskie z rozmysłem pomogły załodze polskiego okrętu podwodnego w ucieczce 18 września. Odznaczona Orderem Czerwonego Sztandaru Flota Bałtycka podejmie konieczne kroki, by zapobiec możliwym działaniom okrętów podwodnych, kryjących się na wodach Bałtyku.” 

Radziecki okręt wojenny ostrzelał estośskie zatoki pod pretestem niszczenia tajnych, polskich baz. Nad Tallinnem prowokacyjnie latały na niskich wysokościach radzieckie samoloty. Pomimo oczywistej agresji Estonia postanowiła nie odpowiadać, aby nie dawać pretekstu do otwartego konfliktu zbrojnego.

Kiedy czytam o tych akcjach jako żywo staje mi przed oczami niedawna aneksja Krymu. Rosyjska taktyka wbrew pozorom zmieniła się niewiele.

27 i 28 września 1939 roku nieznany okręt podwodny storpedował dwa radzieckie statki. ZSRR stwierdził, że był to jeden z polskich okrętów podwodnych i, że Estonia sama nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa na wodach Zatoki Fińskiej. Wymusił więc na niewielkim sąsiedzie podpisanie aktu porozumienia o wzajemnej pomocy, które umożliwiało ZSRR utworzenie baz na estońskim wybrzeżu. Propozycja ZSRR była de facto ultimatum. Estoński rząd zdawał sobie sprawę, że odrzucenie propozycji spowoduje konflikt, w którym Estonia będzie mogła liczyć tylko na siebie. Ratowali egzystencję państwa. W bazach ZSRR pojawiło się 25 tysięcy żołnierzy wobec 15-tysięcznej armii estońskiej. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wyszło na jaw że radzieckie frachtowce zostały storpedowane 27 i 28 września przez radziecki okręt podwodny, by dać kolejny pretekst do akcji.

Po upadku Polski, wojska radzieckie 18 października 1939 roku wkroczyły na całe terytorium Estonii, której ludność „spontanicznie” zaczęła się domagać przystąpienia do ZSRR. W wolnych (jakżeby inaczej) wyborach pod lufami radzieckiej armii ludność republiki opowiedziała się za dobrowolnym wstąpieniem do ZSRR.

Na ponowne odzyskanie niepodległości kraj ten czekał ponad pół wieku. Dopiero w 1991 roku zrzucono jarzmo okupacji rozpoczętej na początku II wojny światowej.

Jest w Tallinnie rzeźba wpisana w miejski krajobraz, która swoją nowoczesną prostotą przyciąga młodzież.

Tallinn 119

Można powiedzieć, że ten pomnik żyje, bowiem satnowi miejsce spotkań, spacerów koleżeńskich pogaduszek… Nie wiem czy było to zamierzone przez twórców, ale bardzo dobrze, że tak się dzieje. Jest bowiem ów monument hołdem dla życia, jego radości i piękna. Życia, które jak śpiewał piosenkarz „tak kruche jest”. Wystarczy chwila nieuwagi, jakaś drobna awaria, by zgasło. Tak było z pasażerami i załogą promu „Estonia” w 1994 roku. Tamtej wrześniowej nocy sztormowe fale wyrwały jego furtę dziobową. W ciągu kilku minut ogromne masy wody wdarły się do wnętrza pozbawiając prom stateczności. Wkrótce położył się na burtę i zatonął. Żywioł pozbawił życia 852 osoby.

„Przerwana linia”. Tak nazywa się ów pomnik poświęcony pamięci setek ofiar katastrofy, która mogłaby być porównywana z tragedią „Titanica”.

- Popatrz, kiedy patrzy się z tej perspektywy, linia wydaj się ciągła – powiedział mój Anioł. Rzeczywiście, gdyby nie tablica, można by pomyśleć, że to zwykła instalacja artystyczna w blasku zachodzącego słońca. 

Tallinn 124

Kiedy jednak stanąć trochę z boku, przerwa staje się wyraźna, dramatyczna, jak przerwane zostało życie tamtych ludzi.

Tallinn 123

Na długim cokole pomnika wygrawerowano nazwiska ofiar tej tragicznej katastrofy.

Tallinn 121

Ponoć nie było wśród nich Polaków, ale znaleźliśmy bardzo polsko brzmiące nazwisko.

Tallinn 122

Wspomniałem o tym, że tragedia „Estonii” mogłaby być porównywana do tragedii „Titanica”. Pomimo, że najtragiczniejsza w dziejach tej bałtyckiej republiki i jedna z największych morskich katastrof w historii, nie ona dzierży smutną palmę pierwszeństwa na Bałtyku. „Titanic” pozostaje daleko w tyle wobec ogromu nieszczęścia jaki dotknął pasażerów statku, który w styczniu 1945 roku zatonął nieopodal Łeby. Statek pasażerski Wilhelm Gustloff w ramach operacji „Hannibal” ewakuował z Gdyni niemieckich uciekinierów, chcących schronić się w kurczącej się Rzeszy przed nadciągającym frontem. Przeładowany do granic możliwości, pozbawiony należytej eskorty był łatwym łupem dla operującego w tamtym rejonie radzieckiego okrętu podwodnego. Torpedy trafił w cel i statek szybko poszedł na dno. Ci co nie zginęli od wybuchów i nie utopili się razem z nim, w ciągu paru minut zginęli wskutek hipotermii w lodowatej, bałtyckiej wodzie. Tej nocy padał śnieg, temperatura powietrza wynosiła -18 stopni Celsjusza, a wody 4 stopnie. W takich warunkach minuty decydują o życiu człowieka. Ten punkt na Bałtyku stał się cmentarzyskiem około dziewięciu tysięcy ludzi. Ile dokładnie trudno dociec, ponieważ rejestrację wchodzących na zaprojektowany dla 1400 pasażerów statek przerwano po ośmiu tysiącach z braku… zeszytów. A tłum wchodził dalej. Dalsze kilkaset osób przesiadło się tam z mniejszego statku już po odcumowaniu. To już jednak temat na inną opowieść, nie związaną z Estonią.

Po spacerze uliczkami starówki wróciliśmy do hotelu po walizki i pojechaliśmy na lotnisko, by zdążyć na popołudniowy lot do Warszawy.

Kiedy wzbiliśmy się w powietrze, jeszcze raz przez chwilę mogliśmy popatrzeć na port, cumujące w nim pasażerskie statki oraz na położoną na stokach wzgórza Tompea starówkę.

Tallinn 144

Tallinn 145

Byliśmy już pewnie nad Łotwą, kiedy przysnąłem.

Lubię ten rodzaj snu w samolocie, kiedy nagle, wciąż jeszcze poprzez przytłumione zmysły słyszy się komunikat pilota o zbliżającym się lądowaniu. Nie ma się ochoty na przebudzenie, a zarazem ciekawość kusi, by otworzyć oczy.  Kiedy je otworzyłem tym razem, witała nas już panorama Warszawy.

Tallinn 147

Z Warszawy do Gdańska wiózł nas bombardier w barwach Eurolotu.

Tallinn 148

Tallinn 149

Jeszcze chwila na ostatnie fotki i po chwili siedzieliśmy już w dość wąskich fotelach tych maszyn.

Tallinn 151

Z Warszawy leci się zupełnie króciutko, zwłaszcza, że w końcówce czas mija szybko na oglądaniu znajomych widoków. A to Mierzeja Wiślana i Zalew z położonym u jego południowych krańców Elblągiem,

Tallinn 155

a to znów ujście Wisły…

Tallinn 156

Jeszcze tylko pętla nad rafinerią i nad gdańską starówką i już wkrótce lądujemy w Rębiechowie.

Tallin 157

W Tallinnie o dwudziestej drugiej słońce kest jeszcze całkiem wysoko nad widnokręgiem. W Gdańsku jednak zapadał już zmierzch.

Tallinn 152

W pociągu Gdynia – Szczecin, 26.07.2014; 21:00 LT