Chociaż od Akropolu dzieliło nas zaledwie kilka kroków, postanowiliśmy jeden przystanek przejechać metrem. Przede wszystkim dlatego, żeby zobaczyć stację, która podobnie jak ta oglądan poprzedniego dnia, kryła w sobie antyczne skarby.

Przed wejściem do tunelu kupiliśmy prażone kasztany.

Po chwili byliśmy na miejscu.

Odnoszę wrażenie, że w Atenach po prostu nie sposób nie wykopać czegoś, jeśli tylko wbije się łopatę dostatecznie głęboko. To, co w innych miastach byłoby perełką tamtejszych kolekcji, tutaj eksponuje się wprost na stacjach metra, bo ileż amfor można pokazać w normalnym muzeum?

Bilet wstępu na Akropol nie jest tani. Dwanaście euro. Ważny jest jednak aż czetry dni i pozwala na zawiedzanie również innych obiektów, takich jak chociażby światynia Hefajstosa (o niej będzie w następnym wpisie) albo Zeusa. Ten wydatek pięćdziesięciu złotych od osoby zapewnia więc sporą dawkę spaceru. Kto ma możliwość, może tak zaplanować podróż, by znaleźć się w Atenach w pierwszą niedzielę miesiąca, kiedy to wstęp na Akropol jest bezpłatny. My takiego szczęścia nie mieliśmy. Na pocieszenie bilety w kasie kupiliśmy od ręki, bez stania w długim ogonku, co latem ponoć jest nie do uniknięcia.

Weszliśmy przez bramę i już na samym początku natknęliśmy się na ruiny Teatru Dionizosa. Sama scena i pierwsze rzędy są niedostępne, ale nieco dalej można usiąść i kontemplować widoki w samotności.

Fotele z pierwszych rzędów były chyba podpisane. Wykupienie loży niejako na własność było najwyraźniej praktykowane już wtedy.

Amfiteatr znacznie ciekawiej prezentuje się z góry. Warto pamiętać, że widownia w czasach świetności tej budowli prezentowała się znacznie okazalej. Wznosiła się bowiem niemal aż pod same mury twierdzy, tam gdzie dziś jest już tylko trawa.

Wspomniałem o twierdzy… Tak, to nie pomyłka. Akropol bowiem przez ogromną większość swojej historii był wzgórzem warownym. To, co z nostalgią oglądamy, ruiny swiątyń, to świadectwo niedługiego złotego okresu największego rozkwitu Aten. Najpierw jednak ludzie dostrzegli znakomite warunki do brony przed najeźdźcami. Kiedy iasto stało się na tyle silne i bogate, że nie musiało myśleć o fortyfikacjach, powstały owe znane nam budowle. To był V wiek przed naszą erą. Północ Europy porastały wtedy jeszcze bezkresne puszcze i nikomu nie śniło się nawet, że powstaną tam kiedyś silne państwa kształtujące historię tego kontynentu. Kosztowne wojny peloponeskie sprawiły, że nie wszystko powstało tak, jak zakładał Perykles, dzięki któremu cay ten kompleks powstał. Przegrana wojna ze Spartą i upadek znaczenia Aten na przęłomie V i IV wieku p.n.e. zahamowały dalsze prace. I chociaż kolejni władcy dobudowywali to i owo, to jednak była to już niemalże tylko kosmetyka. Strategiczne położenie wzgórza znów zaczęło dominować i szybko zapomniano o boskiej aurze zgrupowanych świątyń, wykorzystując je jako zabudowa twierdzy.

Z dołu wapienne skały i ogromne mury wydawały się nie do zdobycia. Od strony Aeropagu wiodła jednak, używana so dziś przez turystów stosunkowo łagodna ścieżka ku Propylejom – wrotom twierdzy.

Na maszcie nad murami powiewa grecka flaga. Widziała niejdno. Szczególnie dramatyczny był 27 kwietnia 1941 roku, kiedy niemiecki okupant zdobył Ateny.  Strażnik flagi, niejaki Konstantinos Kukidis otrzyamł polecenie zdjęcia flagi greckiej i zawieszenia tej z hitlerowską swastyką. Zdjął grecką flagę i owinąwszy się nią, rzucił się z murów w przepaść. Swastykę wciągnęłi na maszt sami Niemcy.

Obchodziliśmy wzgórze wspinając się spiralnie. Zanim doszliśmy do bramy prowadzącej na szczyt, trafiliśmy jeszcze do Odeonu Herodesa. Chociaż oryginalnie był mniejszy od pobliskiego amfiteatru Dionizosa, dzisiaj jest znacznie lepiej zachowany. To jego mury oglądaliśmy od tyłu o zmierzchu poprzedniego dnia. Odeon jest w znacznej mierze odrestaurowany i budzi moje mieszane uczucia. Z jednej strony wolałbym oglądać to, co pozostało z oryginału. Z drugiej jednak, jeżeli odrestaurowuje się coś dokładnie według oryginalnych wzorów, z tych samych materiałów, to dlaczego nie? Przecież to jest w pewnym sensie tylko remont. Gdyby nie taka ingerencja nigdy nie moglibyśmy się cieszyć warszawskim Zamkiem Królewskim i starówką w ogóle. Po II wojnie światowej zamiast przepięknych świadectw rozwoju ludzkiej cywilizacji, pozostałyby tylko gołe szkielety resztek murów, których nie należałoby dotykać. Myślę więc, że idea przynajmniej częściowej rekonstrukcji zabudowań Akropolu ma sens.

No i wreszcie, zagrajcie werble, wchodzimy na ścieżkę wiodącą na szczyt. Oto i słynne Propyleje. Najbardziej dystyngowana świecka budowla wzgórza. Brama wejściowa to praktycznie ostatnia linia oporu przed najeźdźcami. Wolimy jednak myśleć o tym, jak wchodzili tam obywatele Aten. Po prawej stronie na ogromnym cokole stoi świątynia Nike. Po lewej wielki cokół, dzisiaj stoi pusty. Wcześniej służył rozmaitym postaciom w zależności od czasów.

Welkimi schodami pomiędzy nimi wchodzi się na górę.

Widać, że rekonstrukcja idzie pełną parą Unia Europejska mocno zaangażowała się finansowo i wspiera prace. Wokół pełno rusztowań i dźwigów. Na szczęście nie przesłaniają wszystkiego. Świeże kawałki marmuru wyraźnie odcinają się od swoich antycznych sąsiadów.

Kończą się schody i otwiera się widok na Partenon – jeden z najdoskonalszych przykładów greckiej architektury. Przyznam się, że byłem jednak zaskoczony skalą zniszczeń. Z daleka, nawet z dachu naszego hotelu Partenon wydawał się lepiej zachowany.

Skąd ta nazwa? Tym, którzy nie wiedzą, ani nie znają greki, przypomnę scenę z „Seksmisji”, kiedy bohaterom objaśnia się sposób rozmnażania kobiet bez udziału mężczyzn. Partenogeneza, czyli dzieworództwo. Partenon zaś to świątynia Ateny Partenos. Ateny Dziewicy! Swoją drogą, to niesamowite, że mijają tysiąclecia, zmieniają się religie, obyczaje, a dziewictwo wciąż trafia na ołtarze.

Zdawałoby się, że świątynia na szczycie wzgórza powinna łatwiej przetrwać wrogie najazdy, a tymaczasem zdecydowanie lepiej zachowana jest świątynia Hefajstosa u podnóża Akropolu. Dlaczego? Ano dlatego, że Akropol jako twierdza był wielokrotnie ostrzeliwany i zdobywany. Zabudowania wzgórza utraciły swą sakralną wartość i użytkowane były jako wojskowe koszary. No, może nie wszystkie i nie przez cały czas. Partenon bowiem, niezmiennie podziwiany przez wieki już w bardzo wczesnym sredniowieczu został przekształcony w… kościół chrześcijański. Kiedy triumfy zaczął święcić islam, budowlę zamieniono w meczet. Chrześcijanie próbowali odbić go z rąk niewiernych.

Jedni ludzie przez lata wznosili cuda architektury. Inni w mgnieniu oka obracali ich dzieła w perzynę. Dwie przeciwstawne natury człowieka od zarania jego historii po dzisiejszy dzień przenikają się ze sobą niczym doktor Jekyll i pan Hyde. Kiedy więc Wenecjanie przybyli odbić Ateny, ich dowódca, generał Francesco Morosini  26 września 1687 nie zawahał się posyłać armatnie pociski prosto w antyczne budowle bronionej przez Turków twierdzy. Jeden z nich przebił dach Partenonu, a  że jak wspomniałem, dystyngowane budowle służyły wojsku, akurat tam urządzono magazyn prochu. Potężna eksplozja wstrząsnęła budynkiem i dzieło Fidiasza w znacznej mierze legło w gruzach. Stało ponad dwa tysiące lat aż do wizyty owego generała.

Na skraju wzgórza, z przepiękną panoramą Aten w tle stoi Erechtejon – miejsce kultu kilku greckich bóstw. Do dziś zachowały się kobiecych kształtów kolumny.

Z bliska konstrukcja wydaje się szczególnie krucha i delikatna.

Że była całkiem spora i solidna, swiadczy przeciwległa jej ściana, znacznie lepiej zachowana.

Postanowilismy odpocząć chwilę na murach po drugiej stronie wzgórza, w cieniu Partenonu. A stamtąd przepyszny widok na ruiny świątyni Zeusa, Łuk Hadriana oraz skryty nieco za wzgórzem olimpijski stadion.

Staralismy się chłonąć tę chwilę wszystkimi zmysłami i zapamiętać jak najwięcej. Oto stoimy bowiem w jednym z tych magicznych miejsc na Ziemi, których obejrzenie kiedyś wydawało nam się czymś nieosiągalnym, znanym jedynie z podręczników. W końcu jednak trzeba iść. Wkraczamy na schody. Jeszcze rzut oka na niewielką, lecz w pełni odnowioną już świątynię Nike i kierujemy się ku wiodącej w dół ulicy. Na chodniku uliczny skrzypek gra jakieś tango. Dopiero teraz użwiadamiamy sobie, że to jego granie słyszeliśmy doskonale stojąc na szczycie Odeonu. Patrzyliśmy na marmurowe półkole widowni i staraliśmy się wyłuskać grającego słynny z „Zapachu kobiety” utwór „Por una cabeza” niewidocznego grajka. Staliśmy tam sami i ta muzyczna ilustracja była niczym spoecjalny bonus tylko dla nas. Dopiero teraz, na ulicy uświadomiliśmy sobie jak wielki dystans nas dzielił od tego człowieka. Co za akustyka antycznego teatru!

Wokół starych Aten biegnie szeroka, kilkupasmowa arteria pełana pędzących samchodów. To jakby symboliczna granica, jaką w przeszłości między grecką a rzymską częścią miasta wyznaczał Łuk Hadriana.

„Tu są Ateny, dawne miasto Tezeusza” kazał napisać na nim. Ale już z drugiej strony dodał: „Tu jest maisto Hadriana, a nie Tezeusza”.

Dumny Hadrian kazał dokończyć budowę świątyni Zeusa Olimpijskiego na terenie „swojego” miasta, a w niej umieścił oprócz posągu Zeusa, także swój.

Stamtąd już tylko kilkuminutowy spacer do olimpijskiego stadionu. Tam odbywały się starożytne igrzyska. Tam wskrzeszono też w 1896 roku ideę sportowej rywalizacji. Mało kto jednak wie, że lokalizacja pierwszych nowożytnych igrzysk wcale nie była taka oczywista. Idea barona de Coubertine napotkała wielu przeciwników w Grecji przeżywającej kłopoty gospodarcze i w efekcie organizację igrzysk przyznano Budapesztowi. Dopiero zmiana rządu stworzyła przychylniejszy klimat i sportowcy  przybyli na historyczny obiekt.

Wystarczyło na jeden dzień. Wróciliśmy do hotelu, a potem poszliśmy na kolację. I znów karafkę wina zaoferowano nam gratis.

Gdańsk, 06.03.2014; 23:30 LT