Kiedy już nasyci się oczy Akropolem oraz jego sąsiedztwem, obejrzy te wszystkie pozostałości złotego okresu Aten, chciałoby się zobaczyć coś więcej. W obrębie jednego dnia drogi od stolicy Grecji takich miejsc jest co niemiara. Możnaby spokojnie zagospodarować nimi cały wakacyjny wypad. My aż takiego komfortu nie mieliśmy (wciąż ten pośpiech), więc z wielu możliwości musielismy wybrać jedną.

- Korynt! Jedźmy do Koryntu. Ciekawe czy są jeszcze jakieś ślady cór tego miasta?

- A tobie, to się Korynt tylko z tym jednym kojarzy? Może lepiej coś związanego z listami Świętego Pawła do Koryntian? – naprostował moj tok myslenia Anioł.

No tak. Święty Paweł po opuszczeniu Aten udał się do Koryntu. My w pewnym sensie będziemy więc podążać jego sladami, chociaż znacznie szybciej.

Wyczytaliśmy w przewodniku, że sieć autobusowa jest bardzo dobrze rozwinięta w Grecji i oferuje połączenia za przystępną cenę. Postanowiliśmy więc pojechać do Koryntu autobusem. Terminal jak to zwykle w dużych miastach, znajdowal się nieco na peryferiach, przy jednej z głównych dróg wyjazdowych. Nie to jednak było problemem. Podjechaliśmy metrem, potem krótki spacer bocznymi uliczkami w iście przemysłowym krajobrazie, lecz kiedy wyszliśmy na ową główną drogę, żadnego terminalu nie zauważyliśmy. Okazalo się, że był, lecz od zewnątrz nijak nie oznaczony, z bramą wjazdową wkomponowaną w wejście do jakiegoś ogromnego biurowca zamykającego widok na to co dzieje się za nim. Przy nim, nieopodal owej bramy natrafiliśmy na stary, mikroskopijny kościółek, znajdujący się na zdecydowanie niższym poziomie niż obecna zabudowa. Nad poziom chodnika ledwie wystawały czerwone dachówki oraz kopuła z krzyżem.

Nieraz już wspominałem, że uwielbiam te malutkie świątynie tak charakterystyczne dla krajobrazu Grecji i Cypru. Zszedłem do głębokiego wykopu, w którym przycupnął ów kościółek by sprawdzić co tym razem zobaczę w środku.

Znów freski, znów półmrok, zapach płonących świec…

Po chwili kontemplacji przeszliśmy do wnętrza terminala. Ceny biletów były porównywalne z promem poprzeniego dnia. Wkrótce odnaleźliśmy stanowisko, z którego miał odjechać nasz zielony autobus, ale mielismy jeszcze do zagospodarowania dobre pół godziny.

Od wyjazdu z Aten niemal do samego Koryntu prowadziła wygodna autostrada. Z pięknymi widokami na góry oraz morze wcinające się głęboko między kontynent a Półwysep Peloponez, który tylko dlatego nie jest wyspą, że łączy go ze stałym lądem sześciokilometrowy przesmyk.

Hm, właściwie to Peloponez jest wyspą, bowiem ów przesmyk nie dawał ludziom spokoju. Gdyby go przekopać, nie trzebaby okrążać całego półwyspu w drodze z Morza Egejskiego na Jońskie lub z powrotem. Pod koniec dziewiętnastego wieku marzenia i plany wcielono w życie. Tak powstał Kanał Koryncki, który nie odgrywa obecnie jakiejś ogromnej roli w żegludze handlowej, ale za to oferuje niezapomniane widoki. Wytyczyć ów kanał trzeba było bowiem w litej skale, która na dodatek w jej wschodniej częsci wznosiła się na około osiemdziesiąt metrów nad poziom morza. Wymagało to przecięcia owej skały na wysokość blisko stu metrów (jeśli doliczyć jeszcze kilka metrów głębokości owej drogi wodnej) i szerokość dwudziestu pięciu metrów.

Trochę zagapilismy się i zostaliśmy zaskoczeni przejazdem przez kanał mimo, że kierowca zwolnił na moście dając chwilę na obserwację. Dlatego poniższe zdjęcie jest niedoświetlone. Nie było czasu na ustawianie parametrów.

Wysiedliśmy w centrum miasta, już na wybrzezu Morza Jońskiego, obmywającego Peloponez od zachodu. W pobliżu mariny przywitał nas majestatyczny pegaz pośród fontann.

Nowy Korynt to właściwie jedynie kurort i nieweilki port. Antyczny Korynt leży kilka kilometrów na południowy wschód, nieco w głębi półwyspu. Trzeba było tam się dostać. Szukaliśmy jakiegoś autobusu, ale ponieważ wysiedliśmy na przystanku w centrum, niewiele moglismy się dowiedzieć. Oczywiście czujny taksówkarz z postsoju nieopodal natychmiast się nami zainteresował. Wiedzieliśmy, że kiedy powiemy, że szukamy połączenia do Antycznego Koryntu, to już się od nas nie odczepi, a wiadomo jak to jest z cenami oferowanymi przez taksówkarzy cudzoziemcom. Być może sam zorientował się, że nie znajdzie w nas klientów, bo nie widząc zainteresowania zaproponował nagle cenę niemalże dumpingową jak na taksówkę: 5 euro. W tej sytuacji nie opłacało się szukać dworca autobusowego i czekać na ewentualne połączenie. Wsiadamy.

Pan taksówkarz mówił po angielsku tyle tylko, ile było mu niezbędne do wykonywania zawodu, ale starał się byc miły i rzucić po drodze garść informacji, które były dla nas zrozumiałe o tyle, że zdążylismy już o nich przeczytać w przewodniku. Jeśli coś poszło nie tak, to tylko brak możliwości wejścia na teren ruin miasta. Wyobrażałem sobie, że przyjedziemy do miejscowości, ulicami której będzimy mogli normalnie spacerować i owszem, ta nowa część jest dostępna. Wszytko co stare zaś ogrodzone zostało płotem, a że muzea w Grecji poza sezonem zamykane są wczesnym popołudniem, nie było szans na wejście do środka.

Inna sprawa, że idąc wzdłuż płotu można było dość dokładnie obejrzeć wszystko, bowiem droga okrżążała ów nie tak znów rozległy teren.

Gdzieś pośród tych kamieni nauczał Święty Paweł i gdzieś tam odczytywano potem jego listy.

Uwagę przykuwają pozostałości świątyni Apolla wraz z daleka widocznymi, zachowanymi jeszcze kolumnami. Wybudowano ją w siódmym wieku przed naszą erą, a więc zanim jeszcze Perykles rozkazał wznieść te wszystkie cudowne świątynie na Akropolu w Atenach.

Nad starożytnym Koryntem wznosi się skalista ściana góry zwanej Akrokoryntem.

Ponoć ze szczytu rozciąga się wspaniały widok na okolicę, ale my nie mieliśmy aż tyle czasu, żeby tam się wspinać. Dzisiaj znajdują się tam pozostałości średniowiecznej twierdzy. Za czasów świetności Koryntu dominowała jednak nad okolicą Świątynia Afrodyty. To tam kapłanki, których liczba dochodziła ponoć nawet do tysiąca, uprawiały sakralny seks za pieniądze. One były owymi Córami Koryntu. Czy była to typowa prostytucja zarobkowa, czy jednak obrzęd religijny? Sprawa pewnie pozostanie niejednoznaczna. Dość powiedzieć, że w takim n.p. Babilonie każda kobieta miała obowiązek przynajmniej raz w życiu udac się do Światyni Melitty, by tam za pieniądze (przeznaczone na cele sakralne) oddać się nieznajomemu mężczyźnie. Nie wolno jej było opuścić murów świątyni, dopóki nie znalazł się adorator gotowy zapłacić za seks własnie z nią. Herodot ponoć wspominał, iż niektóre nieszczęsne niewiasty zmuszone były czekać na możliwość opuszczenia owych murów nawet i kilka lat.

Powrót do współczesnego Koryntu mieliśmy zagwarantowany… tą samą taksówką. Okazało się bowiem, że pan taksówkarz mieszkał właśnie w Antycznym Koryncie. Zaproponował, że pójdzie do domu zjeść obiad i odpocząć, a kiedy będziemy gotowi, to on nas odwiezie. Za pięć euro oczywiście.

Zdążyliśmy już trochę zgłodnieć i postanowiliśmy poszukac jakiegoś miejsca, gdzie dałoby się zjeść tradycyjne, greckie souvlaki. Jak na złość akurat w tej okolicy, gdzie wysiedliśmy, nie było nic ciekawego. W końcu jednak uśmiechnęło się do na szczęście. Dym z komina zwiastował swoim aromatem pyszne jedzonko, a szeroko otwarte drzwi i dwóch panów rozmawiających przed nimi zdawały się zapraszać do środka strudzonych wędrowców. Ominęliśmy owych panów i weszliśmy do środka. Pomieszczenie było nawe calkiem spore i pachniało równie przyjemnie jak ów dym z komina. Tyle tylko, że zamiast stolików zobaczyłem stare, drewniane łóżko i jakiegoś staruszka leżącego pod ogromną pierzyną. Próbowałem poskładać swoje dotychczasowe doświadczenia, by uzyskać odpowiedź dlaczego łóżko w knajpce, gdy owi panowie ze śmiechem wyprowadzili nas z błędu informując, że to prywatne mieszkanie. Ruszyliśmy więc dalej i w końcu na souvlaki trafiliśmy.

Po posiłku ruszyliśmy dziarskim marszem w kierunku kanału. Niestety, od strony Morza Jońskiego ściany ne są tak spektakularnie wysokie jak sześć kilometrów dalej przy ujściu do Morza Egejskiego, ale to znów nie jest tak wielka odległość, by nie dało się owych wysokich ścian obejrzeć. Jedynym mankamentem był zapadający zmierzch. Korynt, który zostawiliśmy za plecami, na południe od nas, zapalał już pierwsze światła.

Szliśmy, szliśmy i szliśmy, i za każdym razem gdy wydawało się nam, że już dochodzimy, okazywało się, że to jeszcze nie ten zakręt, albo nie ta górka. W końcu jednak doatrliśmy do mizernego, chyba pontonowego mostu, który spinał brzegi kanału. Tylko z tego mostu można było obejrzeć ów dziewiętnastowieczny cud techniki w całej okazałości. Gorzej było z robieniem zdjęć. Ruch był całkiem spory, a za każdym razem, kiedy przejeżdżał samochód konstrukcja chybotała się na wodzie. Długi czas naświetlania wymagał zaś stabilnego aparatu. Po cierpliwym oczekiwaniu w końcu udało się natrafić na właściwy moment.

Wynik mnie zadowolił. Widać wysokie, niemal pionow skaliste ściany w oddali oraz mosty przerzucone wysoko nad lustrem wody. A w wieczornej scenerii wszystko nawet wygląda ciekawiej niż za dnia.

Zadowolony z efektu pstryknąłem jeszcze fotkę w kierunku ujścia kanału do Morza Jońskiego, przy którym się znajdowaliśmy.

Teraz już mogliśmy wracać. Chciałem napisać „spokojnie wracać”, ale spokoju nie było ponieważ musieliśmy zdążyć na autobus do Aten, a biorąc pod uwagę czas jaki zajęło nam dotarcie tutaj, musieliśmy znacznie przyspieszyć kroku. Co jakiś czas zerkałem na zegarek, ale wyglądało na to, że sytuacja jest pod kontrolą. Dotarliśmy na dworzec jakieś dziesięć minut przed odjazdem.

Zdrzemnęliśmy się trochę w autobusie, a kiedy otworzyliśmy oczy, po szybach ciekły strugi wody. Ulewa. Znów mieliśmy szczęście, bo deszcz dopadł nas dopiero po wyjeździe.

Jeszcze mały spacer w Atenach wieczorem, jeszcze ostatnie, drobne zakupy w poniedziałek rano i oto stoimy już z walizkami na przejście dla pieszych.

- Zielone – zaznaczam widząc, że Anioł wpatrzony gdzieś w dal…

- Co? Tak, idziemy. Popatrz. Tyle razy oglądaliśmy ten Akropol, a za każdym razem chciałoby się jeszcze i jeszcze…

Spojrzeliśmy więc raz jeszcze i po chwili schodami w dół zjechaliśmy do tunelu metra. Niecałą godzinę później byliśmy już na lotnisku szykując się do powrotnego lotu do Warszawy.

Gdańsk, 23,03,2014; 18:10 LT