Nasz hotel mieści się w sąsiedztwie hal targowych. Dokładnie naprzeciwko wejścia rozłożyli się ze swoimi straganami sprzedawcy owoców. Dzięki temu każdego ranka zaraz po śniadaniu wychodzimy uzupełnić zapasy pomarańcz i mandarynek. Kupujemy trzy kilogramy za jedno euro.

Dla mnie, człowieka, który rozróżnia jedynie oliwki czarne i zielone, ogromny wybór tych owoców i niuanse smakowe wydają się czystą abstrakcją. Anioł natomiast poczuł się jak w oliwkowym raju i żałował jedynie, że nie da się w tak krotkim czasie skosztować wszystkiego,

Nieco dalej w bok można kupić orzechy, rozmaite ziarna oraz przyprawy. Mieszanina przedziwnych zapachów oraz kolorów.

Nic z tych rzeczy aktualnie nie potrzebujemy, ale chciałoby się chodzić i ogladać dla samego sycenia oczu egzotycznym suszem.

Kiedy jednak podejdzie się biegnącą nieco dalej główną ulicą kawałek pod górę, zaczynają dominować zapachy zgoła inne, bardziej ostre i niepokojące. To już nie jest słodkawy, uspokajający aromat, lecz drażniąca nozdrza woń krwi i świeżego mięsa. Gdzieś w zakamarkach mózgu kojarzy się ten zapach z tłustymi czarnymi muchami, nieodłącznymi towarzyszkami mięsnych straganów. Trzeba jednak przyznać, że w miesnej hali w Atenach ich nie zauważyliśmy. A może pora roku nie taka?

Na hakach oprócz odmiennie niż u nas ekspoonowanego świeżego drobiu (w całości, z paurami i głowami), dominują półtusze baranie. Wieprzowina i wołowina zajmują bez porówniania mniej miejsca. Dla ludzi przywykłych do porcjowanego mięsa na białych tackach w supermarketach widok może być szokujący.

Wszystko cięte rowniutko jakąś piłą dokładnie wzdłuż kręgosłupa. Możaby się uczyć anatomii na przekroju zwierzęcia. Próbowałem sobie wyobrazić Ziemię opanowaną przez kosmitów, którzy zagustowawszy w ludzkim mięsie utrzymywaliby takie hale targowe pełne „apetycznie” wyeksponowanych ludzkich półtusz. No cóż, pewnie trzeba zaakceptować twarde reguły walki o byt i zasady rządzące łańcuchem pokarmowym. Może właśnie źle się dzieje, że dzisiejsze dzieciaki wyobrażają sobie, że mleko prodiukuje się w fabrykach niczym coca colę, a mięso to być może zwierzę, ale przecież kotlet w supermarkecie w niczym nie przypomina świni.

Moje rozmyślania przerwał widok kosza pełnego… baranich głów. Niektóre zdawały się obserwować nas swoimi wielkimi, ciemnymi oczami.

Anioł odwrócił się i nie czekając na moje manipulacje aparatem fotograficznym poszedł dalej… 

Wyszliśmy na ulicę. Biegła w dół prosto w kierunku niecki przed Akropolem. W Atenach zwiedzanie konczy się wcześnie, zwłaszcza w porze zimowej. Nie zdążylibyśmy więc już kupić biletów, ale postanowiliśmy przejść się ulicami Starego Miasta.

Ateny, 21.02.2014; 22:45 LT