- Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać – to zdanie weszło już na dobre do historii polskiej kinematografii.

Jako, że w pełni zgadzamy się z tezą bohaterów filmu pana Kondratiuka, w tę sobotę także wybraliśmy się na podniebny spacer. Tym razem do Holandii. W listopadzie zakupiliśmy bilety. Trydzieści cztery złote w jedną stronę, pięćdziesiąt cztery z powrotem. Latem podczas finału Tall Ship Races w Szczecinie dwie dychy za przejażdżkę diabelskim młynem trzeba było zapłacić więc jak tu nie skorzystać.

Tym razem był to spacer popołudniowy. Zdążyliśmy się wyspać, obejrzeć w łózku poranny program, by około jedenastej wygrzebać się z pościeli i przyrządzić coś na śniadanie. A potem poranna toaleta i o wpół do pierwszej po południu ruszyliśmy na lotnisko. Niezwykle pusto i leniwie było o tej porze w Rębiechowie. Zaledwie kilka osób oczekiwało do przejścia przez bramki kontroli bezpieczeństwa. Widać, że weekend.

Nasz samolot stał już przygotowany i błyszczał w promieniach słońca, bo chociaż mróz był tęgi, to na niebie ani jednej chmurki ( a tak naprawdę, to właśnie dlatego ów mróz, że niebo czyste)

Krótko po czternastej wystartowaliśmy, a o szesnastej bylismy na miejscu.

Lotnisko w Eindhoven jest położone zaledwie siedem kilometrów od miasta i jest doskonale skomunikowane zarówno z centrum jak i z innymi miejscowościami. Stał na przykład na przystanku autobus do Amsterdamu. Nie mieliśmy zamiaru jechać tyak daleko, więc kupiliśmy w automacie bilety na autobus miejski (3,50 EUR za osobę) i po chwili jechaliśmy już na dworzec kolejowy, położony w centrum Eindhoven.

Przed dworcem, cóżby innego w Holandii oprócz tulipanów i wiatraków… Rowery! Mnóstwo rowerów. Naliczyliśmy co najmniej trzy parkingi przed samym budynkiem dworca całkowicie zastawione tymi jednośladami.

Naprzeciwko dworca rozpoczynała się strefa pieszych. Kilka ulic zostało całkowicie wyłączonych z ruchu samochodowego, dzięki czemu można spokojnie spacerować wzdłuż deptaków i niespiesznie oglądać wystawy sklepów po obydwu stronach.

Eindhoven nie jest miejscowością turystyczną. Jeśli ktoś szuka zabytków, albo innych atrakcji nieiwele ich tu znajdzie. Jest natomiast dobrym miejscem do rozpoczęcia podróży po Holandii zważywszy na lotnisko obsługujace t.zw. tanich przewoźników, albo na krótki spacer na jaki zdecydowaliśmy się my. Miasto znane jest przede wszystkim jako siedziba koncernu Philips, znanego głównie z produkcji żarówek, chociaż mają swój udział także i na rynku AGD. Kiedyś byli liczącym się producentem kaset magnetofonowych oraz samych magnetofonów. Pamiętam też, że w owych czasach potęgą był ich klub piłkarski Philips Sport Verein czyli PSV. Trafienie w pucharowych rozgrywkach na PSV Eindhoven w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych to był koszmar ówczesnych zespołów.

Eindhoven uhonorowało długoletniego szefa Koncernu, Fritsa Philipsa stawiając mu m.in. pomnik na deptaku.

Pan Philips dożył sędziwieku wieku ponad stu lat. Został uhonorowany medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata” za uratowanie kilkuset Żydów podczas niemieckiej okupacji, kiedy to zresztą jako jeden z nielicznych członków zarządu fabryki nie uciekł za granicę, lecz pozostał, by kierować firmą pomimo tak ekstremalnie niebezpiecznych warunków. Przypłacił to zresztą pobytem w obozie koncentracyjnym kiedy w zakładzie pomimo wojennych rygorów wybuchł strajk.

Spacerując po centrum trudno nie zauważyć kościoła p.w. Św. Katarzyny – chyba jedynego bardziej dystyngowanego obiektu zabytkowego w okolicy.

Oprócz spaceru, wizyt w muzeach czy zwyczajnego chodzenia po sklepach jest w Holandii coś, co przyciąga jednodniowych turystów z zupełnie innego powodu. To oczywiście t.zw. Coffee Shops. Natrafiliśmy na co najmniej kilka takich przybytków. Z jednej strony kusiło by spróbować dymka, ale z drugiej uznaliśmy, że to nie nasza bajka, zwłaszcza kiedy oglądało się zamroczone towarzystwo sikające bez żenady pod słupem niemalże na środku trotuaru.

Wzdłuż kanałów wróciliśmy powoli w kierunku dworca kolejowego, skąd odjeżdżały autobusy na lotnisko.

Kasy sprzedające bilety autobusowe były już zamnięte a automatów takich jak na lotnisku nigdzie nie było widać. Podeszliśmy więc do kierowcy, lecz ten wskazał automaty wewnątrz pojazdu. Mieliśmy jednak taki sam problem jak kilkoro innych pasażerów: brak monet. Potrzebowaliśmy siedem euro, ale banknotów owa maszyna nie przyjmowała. Pomimo więc posiadania kart kredytowych oraz gotówki w banknotach 5 i 10 euro, za bilet zapłacić nie mogliśmy. Nie było rady – musieliśmy jechać na gapę.

Kiedy dojechaliśmy na lotnisko, zdążyło się na dobre rozpadać. Całe szczęscie, że dopiero wtedy, bo inaczej zepsułoby nam spacer.

Lot do Gdańska o godzinie 21:35 był oprócz połaczenia do Londynu ostatnim realizowanym przez tutejszy port lotniczy owego dnia. Również i w Eindhoven panowała więc leniwa, nieco senna atmosfera. Kupilismy jeszcze kilka drobiazgów w sklepiku na lotnisku i ustawiliśmy się karnie w długiej kolejce do bramki.

W strugach ulewnego już deszczu przemylaliśmy do samolotu. Kiedy wzniósł się w powietrze obydwoje niemal natychmiast zapadliśmy w głęboki sen budząc się dopiero tuż przed wylądowaniem w Gdańsku. Wyjście na płytę lotniska było wyzwaniem ponieważ pokonaliśmy nie tylko blisko tysiąc kilometrów lecz także dwadzieścia stopni Cesjusza. W Eindhoven było +4°C, natomiast w Gdańsku -16°C! Auto przez te kilka godzin naszej nieobecności zdążyło pokryć się warstwą szronu jakby stało w lodówce. Nawet nie zdejmowałem rękawiczek do jazdy. Po kilku minutach zrobiło się cieplej. W sobotni wieczór wielkiego ruchu nie było, więc spokojnie dotarlismy do domu jeszcze przed północą.

Sopot, 26.01.2014; 18:50 LT