Polowanie na lotnicze okazje stało się naszą ulubioną rozrywką. Uwielbiam te jazdy w zupełnie nieoczekiwanych kierunkach. Czasem aż żal, że brakuje czasu oraz kasy by dać się ponieść wszystkim. A przecież aż się prosi, by rzucić sie na bilet do Melbourne za nieco pona dwa tysiące złotych, albo do Indii za sześć i pół stówki. Oczywiście mowa o cenie w obie strony. O Hawajach za 2300 PLN czy Malediwach za 1800 PLN też aż żal pisać. Jednym z moich największych marzeń jest polowanie na zorzę polarną na Spitsbergenie. I kiedy już ogarnąłem sylwestrowy wypad za sześć i pół stówy w obie strony, to okazało się, że musiałbym wydać kilka tysięcy złotych na noclegi w tamtejszych hotelach. Jeszcze nie tym razem…

W lipcu trafiła się za to bardzo fajna okazja na tani przelot do Azerbejdżanu. Z Polski nie ma jeszcze bezpośrednich lotów do Baku, ale można przecież lecieć z przesiadką. Z Warszawy do Budapesztu bilet Wizz Airem kosztował 34 złote w jedną stronę. Z Budapesztu do Baku 85 złotych. Razem w obie strony dało to 238 złotych za osobę. Terminy były na listopad, ale przeciez nam się nie spieszyło.

Rezerwacje więc leżały sobie na półce, a czas płynął. Trzeba jednak było uzyskać wizy. Wieść gminna niosła, że są drogie i, że są problemy z ich uzyskaniem, ponieważ Azerbejdżan raczej nie jest zbyt otwartym na turystów krajem. Dodatkowo turystów odstraszają bardzo drogie hotele. Skoro jednak bilety już były, drążyliśmy temat dalej. Pierwsza wiadomość była dobra. W miejsce drogich wiz od niedawna wprowadzono elektroniczne wizy turystyczne, które kosztują 20 USD. To dość znaczna obniżka. Zła wiadomość była taka, że nie można ich uzyskać samodzielnie. Konieczny jest pośrednik, których lista znajduje się na stronie ambasady azerbejdżańskiej. Są to wskazane przez tamtejsze władze biura turystyczne. Niby prosta sprawa, a jednak niezupełnie. Strony internetowe niektórych z tych firm otwierały się z trudem. Na innych trudno było uzyskać informację jak się do wyrabiania wizy zabrać. W końcu znalazłem dwa biura, które wydawały się dość kompetentne i informowały przejrzyście, ale… nie odpowiedziały na moje e-maile. Mój Anioł zaczął próbować kontaktować sie równolegle z innymi. I w końcu jedno z biur, „SW Travel”, odpowiedziało. Trzeba było wypełnić specjalny wniosek, załączyć zdjęcie, za ich pośrednictwem zarezerwować hotel i wnieść opłatę za wyrobienie wizy. Całe szczęście, że sami nie zarezerwowaliśmy hotelu wcześniej, bo trzebaby to robić ponownie. Z opłatą było znów urwanie glowy. Zwykły przelew bankowy nie wchodził w grę. Można było zapłacić jedynie kartą kredytową. Próbowaliśmy rozmaitych, lecz bezskutecznie. Ciągle pojawiał się komunikat o błędzie. Rozpoczęła się korespondencja z biurem. Stwierdzili, że oni akceptują tylko karty Visa, a mu korzystaliśmy z Master Card i Diners Club. Spróbowaliśmy więc zapłacić Visą i znów ten sam problem. Wtedy przyszła nam do głowy myśl, że może to nie problem z kartą lecz koniecznością autoryzacji transakcji hasłem sms-owym? Wzięliśmy więc taką kartę, do której żadna autoryzacja potrzebna nie była. I płatność przeszła za pierwszym razem pomimo, że była to Master Card, a nie Visa. Uff! Sprawa robiła się napieta ponieważ za załatwianie wizy zabraliśmy się w październiku, a okazało się, że władze rezerwują sobie piętnaście dni roboczych (czyli aż trzy tygodnie) na rozpatrzenie wniosku. W tej sytuacji każdy dzień zaczynał być ważny. Tymczasem płatność poszła, a z drugiej strony cisza. Zaniepokojeni po dwóch dniach wysyłamy e-mail do biura turystycznego. Odpowiedzieli jakby nieco zdziwieni naszą obawą. Oczywiście, że otrzymali pieniądze i działają odpowiednio. Rzeczywiście, po kolejnych dwóch albo trzech dniach otrzymaliśmy wizy e-mailem.

Droga do Azerbejdżanu stała otworem.

Wylot z Warszawy mielismy zaplanowany na szóstego listopada. Ostatni dzień w pracy to jak zwykle w takich przypadkach „sprzątanie” by jak najmniej spraw było pozostawionych otwartych na okres nieobecności. Zamknęliśmy za sobą drzwi dobrze po dwudziestej drugiej. Kiedy dotarliśmy do domu i zjedliśmy kolację, najchętniej położylibyśmy się spać. Trzeba było jednak się spakować.

Tu muszę dodać, że wspomniana wcześniej cena lotu, to kwota jaką płacą desperaci gotowi lecieć z maleńkim plecaczkiem, czyli t.zw. małym bagażem podręcznym. Nie mówię, że jest to niewykonalne, nawet jeśli aparat fotograficzny z futerałem zajmuje połowe komory takiego plecaczka, ale my nie postanowiliśmy nie bawić się w szkołę przetrwania. Zdecydowaliśmy się zabrać jedną walizkę. Walizka w odróżnieniu od ludzi leci rzucona na kupę w luku bagażowym, a jednak linie lotnicze wyżej sobie cenią jej komfort podróży. O ile za człowieka liczą sobie niecałe dwie i pół stówy, to już walizkę na tej samej tracie przewieźli za 330 złotych.

Kiedy się spakowaliśmy było już wpół do drugiej. Nie opłacało się kłaść spać. Posprzątaliśmy przed wyjazdem, jeszcze trochę czasu na poranną (śródnocną) toaletę i wpół do czwartej zberamy się do wyjścia. Polskim Busem o 04:30 ruszamy do Warszawy.

Autobus był zapełniony niemal w stu procentach, a kiedy siedliśmy na swoich miejscach pierwsze o czym pomyślałem, to jakie to szczęście, że nie wpadliśmy na pomysł by do Warszawy jechać swoim samochodem. To byłby koszmar. W autobusie mieliśmy ten komfort, że niemal natychmiast zapdliśmy w sen.

Obudziliśmy się jedynie na przystanek w Ostródzie, a kiedy otworzyłem oczy ponownie, wjeżdżaliśmy już do Warszawy. Przystanek był przy stacji metra Młociny. Pozostało tylko zejść do tunelu i po chwili jechaliśmy już metrem do śródmieścia. Stamtąd tylko parę kroków na dworzec Warszawa Centralna, skąd wygodnie SKM-ką dojechalismy na lotnisko. Jedyną niedogodnością na jaką się natknęlismy była bardzo długa kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Na szczęście mieliśmy dość czasu.

Niedługo potem siedzieliśmy już w samolocie. Czas lotu – raptem godzina – uświadomił nam, że Budapeszt wcale nie leży tak daleko, jak mogłoby się wydawać. No i co z tego, że pomiędzy naszymi krajami jest jeszcze Słowacja? To niewielka odległość, a warto pamiętać, że kilkaset lat temu, po śmierci Kazimierza Wielkiego Polska i Węgry stanowiły wspólny organizm państwowy w ramach unii personalnej za sprawą króla, Ludwika Węgierskiego (na Węgrzech zwanego Ludwikiem Wielkim).

Z lotniska do miasta pomijając shuttle busy albo taksówki mozna dostać się na raty. Najpierw autobusem linii 200E do ostatniej stacji niebieskiej linii metra (Kobanya-Kispest). Metrem dojeżdża się oczywiście do samego centrum. Po wyjściu z autobusu zauważyliśmy jednak coś dziwnego. Tłumek pasażerów utknął na schodach kładki powstrzymywany przez kogoś z miejscowych służb. Pan na służbie powstrzymywał napierających ludzi jak mógł, tłumacząc coś po węgiersku. Ponieważ jednak większość stanowili ocokrajowcy, było to jak gadanie dziada do obrazu. W końcu zdesperowany strażnik nie wytrzymał.

- Finish metro! – wykrzyknął, wymachując rekami w geście zatrzymania.

O dziwo, pomogło. Ludzie na chwilę się zatrzymali, po czym zawrócili i zaczęli szukac innego środka transportu. Tłum opanował przystanki autobuosowe. Widać było, że na pewno do pierwszego autobusu nie zdołamy się dostać. Ale zaraz… przecież metro odjeżdża tylko z jednego peronu tutejszej stacji kolejowej. Zapewne jeżdżą tędy również jakieś pociągi w kierunku budapeszteńskich dworców! Porzucamy przystanki autobusowe i idziemy na dworzec kolejowy. Sprawdzamy. Pociąg do stacji Budapeszt Nyugati odjedzie za sześć minut! Szybko kupujemy bilety (w przeliczeniu na nasze to około 4.30 zł) i biegniemy na peron.

Wkrótce siedzimy w niemal pustym wagonie. Współczujemy ludziom próbującym dostać się do autobusu.

Teraz pozostaje nam zlokalizować na mapie dworzec Nyugati i zobaczyć jak daleko jest stamtąd do naszego hotelu. Stwierdzamy, że trzeba będzie dojechać kawałek tramwajem albo autobusem…

Po kilkunastu minutach jesteśmy u celu. Wysiadamy z pociągu, w którym, jeśli wierzyć napisom na wagonach, bylo wi-fi. Zaskoczenie, bo wagony nie różniły się zbytnio od naszych staruszków.

Na przystanku autobusowym przed dworcem czytelne rozkłady jazdy, ale nazwy ulic niewiele nam mowią, a mapek brak. Pytamy starszego pana na przystanku. Po angielsku nie mówi, ale zna kilka słów po niemiecku. Zrozumieliśmy, że powinniśmy wsiąść do autobusu linii nr.9. On także nim jedzie, więc pokaże gdzie wysiąść. Po drodze pokazuje nam katedrę Św. Stefana oraz żydowską synagogę. Wysiadamy na Placu Kalwina. Kierujemy się w stronę mostu na Dunaju. Kiedy jest już w zasięgu wzroku, dech zapiera widok ogromnego pomnika nad rzeką. Budapeszteńska statua wolności stoi na wapiennym wzgórzu stromo opadającym ku rzece.

Żegnamy uczynnego pana i kierujemy się na ulicę Molnara – wąski trakt biegnący równolegle do nabrzeża (druga linia zabudowy). Tam znajduje się Bohem Art Hotel. W hotelowych okazjach też lubimy poszperać, zanim coś zarezerwujemy przed wyjazdem. I tak dwa noclegi w Bohem Art trafiliśmy za trochę ponad dwieście złotych za noc. Tyle co w sieci Ibis w Polsce. Kilka dni później, kiedy wracaliśmy z Azerbejdżanu,  pokój w tym hotelu kosztował już ponad pięćset złotych. Tak więc za stosunkowo niewielką jak na czterogwiazdkowy obiekt cenę mieliśmy m.in. wliczone w cenę śniadania w formie bufetu z boagtym wyborem dań i szampanem, który zarezerwowany jest raczej dla hoteli pięciogwiazdkowych. W sam raz aby dobrze zacząć dzień. Tym bardziej, że większośc hoteli za śniadanie każe sobie płacić dodatkowo.

Póki co jednak dochodziła dopiero siedemnasta. Poszliśmy do baru, by w ramach happy hours skorzystac z darmowych gorących napojów i snacków. Potem zaś do pokoju. Adrenalina związana z podróżą opadła. Położymy się do łóżka tylko na chwilę…

Chwila skończyła się około dwudziestej drugiej. O tej porze nie było sensu już nigdzie wychodzić. No to śpijmy dalej, a zwiedzanie, wypoczęci, rozpoczniemy rano.

Gdańsk, 17.11.2013; 00:50 LT