Jeszcze niedawno maszerowaliśmy w upale po kanionie Colca, z przyjemnością zażywaliśmy kąpieli, a tymczasem zaledwie dwie doby później niespodzianka. Jeden stopień poniżej zera!

Byliśmy przede wszystkim wyżej. Lustro jeziora Titikaka, najwyżej położonego, żeglownego jeziora na świecie leży na wysokości ponad trzech tysięcy ośmiuset metrów m.n.p.m. To że jest żeglowne, znaczy jeszcze niewiele. Wystarczy przecież odpowiednia głębokość, by statki mogły pływać bezpiecznie. Ważna jest jednak przede wszystkim wielkość akwenu, a ta jest imponująca: sto dziewięćdziesiąt kilometrów długości i ponad osiemdziesiąt szerokości! Jest po czym pływać. A na dodatek podzieliły się nim dwa kraje. Część wód należy bowiem do Boliwii, więc drogą wodną może odbywać się wymiana towarowa.

Blisko cztery tysiące metrów. Jeżeli nabawić się choroby wysokościowej to dlaczego nie tu? Kiedy schodziliśmy na dół na śniadanie, widzieliśmy jak obsługa hotelu wiozła na specjalnym wózku dużą butlę z tlenem. Kątem oka zauważyliśmy (drzwi były otwarte), że przeznaczona była prawdopodobnie dla gościa mieszkającego w tym pokoju – starszej pani siedzącej w fotelu i wyraźnie cierpiącej na trudności z oddychaniem.

W Puno ceny są już trochę inne niż w Limie, więc bez większego problemu mogliśmy sobie pozwolić na hotel w samym centrum miasta. Jak w centrum, to znaczy, że przy Plaza de Armas. Nie spotkaliśmy chyba żadnego miasta, w którym główny plac nazywałby się inaczej. Główny plac nie moze absolutnie obejść się bez reprezentacyjnego kościoła.

A kurat tym razem w Puno odbywały się jakieś uroczystści. Na placu było mnówstwo młodzieży i rozmaitych oficjeli. Na koniec zaś odbyła się parada uczestników. Bardzo to wyglądało sympatycznie, szczególnie, że przede wszystkim była to uroczystość lokalna skierowana do miejscowej ludności, a nie mdła kolorowanka dla turystów.

Jak święto, to wypadałoby wyczyścić buty. Nasze po trekkingu w Colce były potwornie zakurzone, a pucybutów na Plaza de Armas ustawiło się przynajmniej kilku. Najgorsze było to, że niemal do wszystkiego używali pasty, na dodatek bardzo ciemnej. Tłumaczenie, że pasty używać nie trzeba było daremne. Nawet gdyby nas zrozumiał, to i tak chyba by się nie zastosował, bo przecież wie lepiej od nas, czego butom potrzeba.

Minęła już połowa naszego pobytu w Peru i powoli zaczynał nam doskwierać brak czystych ciuchów. Zaplanowaliśmy nasza trasę właśnie tak, by w Puno zatrzymać się na dłużej i tam wyprać rzeczy. Nad Jeziorem Titikaka mielismy spędzić w sumie dwie i pół doby. Pierwszą rzeczą jaką więc zrobiliśmy było wyjście w poszukiwaniu pralni. Z przewodnika mieliśmy dwa albo trzy adresy i najpierw skierowalismy się tam, chociaż później okazało się, że pralni było dużo więcej. Ceny były umiarkowane, a szybkość imponująca. Zostawiliśmy rzeczy około południa, a gotowe miały być już około osiemnastej. Żaden ekspres, normalny serwis.

Spacerując po mieście zauważyliśmy, że w Puno miejscowe panie ubierają się już nieco inaczej w Colce. Przede wszystkim inne są kapelusze. Słynne czarne meloniki, które w Anglii były zarezerwowane przede wszystkim dla mężczyzn, w Andach zostały zaanektowane przez panie.

Kiedy zadrzeć głowe ku górze i psojrzeć ponad kobiece meloniki, zobaczy się oplatjącą ulice i domy pajęczynę elektrycznych kabli. Po tamtej stronie oceanu nikt nie zawraca sobie głowy wkopywaniem kabli do ziemi i puszczaniem ich potem gdzieś pod tynkiem. Estetyka nie jest tak ważna jak wygoda. Po co utrudniać sobie życie? Wiszą sobie grube kable, mniejsze, małe kabelki, a jak trzeba to i druciki przyczepione jak się da i do czego się da. Patent sprawdzony od Argentyny i Chile po Meksyk, a nawet USA i Kanadę.

Pozbywszy się brudnych ciuchów, moglismy zabrac się za zwiedzanie. Plany były takie, że skoro jesteśmy już tak blisko boliwijskiej granicy, to wyskoczymy na trochę także tam. Na wypad do Boliwii postanowiliśmy przeznaczyć jednak pełny cały dzień, więc teraz wypadało pojechac nad jezioro i spróbować dogadać się co do transportu na pływające wyspy Indian Uru. Uru ponoć formalnie nigdy nie zostali przez Inków podbici, ponieważ w przypadku niebezpieczeństwa chronili się na swoich pływających, trzcinowych wyspach. Nie udało im się przetrwać jako odręban nacja mimo to. Niektóre źródła podają, że ich język zanikł pięćset lat temu. Na pewno wiadomo, że w połowie XX wieku umarł ostatni z ludzi władający tą mową, uważany za czystej krwi Uru. Lud wtopił się w lokalną społeczność, ale styl życia pozostał. Kilkadziesiąt trzcinowych wysepek nadal jest zamieszkałych. Tyle tylko, że zmieniła się ich rola. W XX wieku nagle dostrzeżono ekonomiczną siłę turystyki. Istnieją więc te wyspy jako przede wszystkim atrakcja turustyczna. Przez cały czas zawijają tam pasażerskie stateczki. Piętnaście lat temu spis wykazał, że wyspiarska społeczność liczy około dwa tysiace osób. Jednak naprawdę na wyspach mieszka jakieś dziesięć albo piętnaście procent z nich. Reszta ma domy na stałym lądzie, a jedynie dorabia sobie w turystycznym biznesie.

Z lektury przewodnika wiedzieliśmy, by przy wyborze przewoźnika nie postępować zbyt pochopnie. Trzeba się targować, a także uprzednio zastanowić się, czego się chce, by nie płacić za coś, bez czego można się obejść. Ostrzegano też, że naganiacze sprzedają bilety, a potem czeka się niemiłosiernie długo, aż zbierze się wystarczająca liczba chętnych, bo „na pusto” nikt nie pojedzie. Ledwie tylko pojawilismy się na przystani, natychmiast zaczęliśmy otrzymywać ze wszystkich stron propozycje wycieczek. Spokojnie odmawialiśmy. Po chwili jednak uświadomiliśmy sobie, że kogoś z tej grupy trzeba wybrać. Tylko kogo? Negocjacje cenowe z jednym z tych ludzi wydawaly się iść w dobrym kierunku. Miał nie być naganiaczem, lecz kapitanem łodzi, która stała niedaleko. To dawało pewną gwarancję wyjazdu. Dobiliśmy targu i poprowadził nas na pirs.

Zostawił nas na chwilę i poszedł do swojej. Pasażerskich statków stały tu całe pęczki, więc wiadomo było, że to trochę potrwa.

- Wiecie co… – zagaił kiedy powrócił – To jeszcze trochę potrwa. Jakieś 45 minut.

Nie musiał nic więcej tłumaczyć. Wiedzieliśmy o co chodzi. Wiedzieliśmy też, że południowoamerykańskie czterdzieści pięć minut może z powodzeniem oznaczać półtorej godziny, bo przecież oni nie mają takiego fijoła na punkcie czasu jak Europejczycy. Postanowiliśmy więc ułatwić sprawę jemu oraz nam.

- Słuchaj, my teraz nie będziemy czekać. Nie musimy jechać najbliższą łodzią. Teraz jest wpół do drugiej. O której na pewno wypływają statki?

Kapitan bardzo się ucieszył.

- Mój statek wypływa o szesnastej – odpowiedział pewnym głosem.

- I bardzo dobrze! To my będziemy za dziesięć czwarta. Ok?

- Ok! – ucieszył się jeszcze bardziej. Pewnie rzadko trafiają mu się turyści, którzy nie chcą jechać natychmiast, więc mógł spokojnie zbierać następnych pasażerów.

Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie wierzyłem w to jego kapitaństwo. Nie miało to jednak większego znaczenia. Czas był nam potrzebny by wrócic do miasta i kupić bilety na jakiś poranny autobus do Boliwii. Poza tym zjedlibyśmy obiad i syci wybrali się na wycieczkę. Od śniadania minęło już bowiem trochę czasu. Zawróciliśmy i kontemplując miejscowy port z niemałymi statkami przy kejach ruszyliśmy w stronę miasta.

Daleko nie uszliśmy bo skusiły nas pobliskie bary. Serwowano w nich „truchas”, czyli pstrągi. Być nad Titikaka i nie skosztować miejscowego pstrąga, to tak jakby nad Bałtykiem nie spróbować śledzi. Pstrągi wcale nie były tanie, ale przy porcie ich cena spadała o połowę i to już było wystarczające, by stały się praktycznie naszym głównym pożywieniem.

Ruszyliśmy do centrum. Przy jednej z ulic ulokowąło cię co najmniej kilka biur podróży i wszystkie oferowały przejazdy do Boliwii. Odwiedziliśmy niemal każde z nich i wybraliśmy takie, które w cenie oferowało odbiór nas z hotelu i transport na dworzec autobusowy. Niby drobiazg, ale trzebaby wydać kilka soli na taksówkę.

Zaopatrzeni w bilety na jutro ruszyliśmy z naszym voucherem na przejazd dzisiejszy w kierunku portu.

Kapitan stał u nasady pirsu i czeka l na nas.

- O jesteście! Poczekajcie jeszcze chwilę.

Poczekaliśmy cierpliwie. Pięć po czwartej nas zawołał.

- Ja tu jeszcze muszę zostać, a ten człowiek was zaprowadzi na statek.

To mnie utwierdziło w przekonaniu, że na prowadzeniu statków ów pan się nie zna. Nagania jedynie klientów. Tym niemniej prawdziwy kapitan prawdziwego statku był gotowy i wkrótce wypłynęliśmy.

Po przepłynięciu kawałka otwartej wody, wpłynęliśmy na kanał biegnący pośród trzcin.

Na jego końcu stał znak „stop”, a nieco dalej stały trzcinowe budki jakby dla strażników. Zacumowaliśmy do jednej z nich, a strażnik sprawdził bilety.

Po tej formalności moglismy już płynąć w kierunku trzcinowego archipelagu. Miejscowi wyraźnie nas oczekiwali.

Naszą uwagę zwracała szczególnie wieza wartownicza w kształcie ptaka rodem jakby z płócien Salvadora Dali.

Wkrótce zacumowaliśmy pomiędzy trzcinowymi łodziami tubylców i zeszliśmy na ląd.

Ląd to chyba zbyt mocne określenie. Wyspa kołysała się bowiem delikatnie kiedy ludzie po niej chodzili.

Wszyscy uczestnicy wycieczki zostali poproszeni, aby usiąść w kręgu, po czym rozpoczęła się opowieść o życiu na wyspach.

Ciekawie pokazywano konstrukcję każdej wysp. Ich fundamentem albo kadłubem jest coś w rodzaju torfu – jakaś brunatna plątanina na wpół zmumifikowanych roślin, która ma tę właściwość, że unosi się na wodzie. Bloki takich roślin wykopywane są z ziemi podobnie jak kopie się torf. Na nich układa się prostopadle do siebie warstwy trzcin i na tak przygotowanym, czystym podłożu można stawiać trzcinowe domki.

Kiedy wysłuchaliśmy wszystkiego, rozpoczęło się zwiedzanie. Niemal każdy dostał swojego „opiekuna”, który zapraszał do swojego domostwa. Z jednej strony ciekawie, ale z drugiej czuło się na kilometr, że to wszystko jest na pokaz no i żeby oczywiście każdy mógł dostać jakiś napiwek.

Nasza „opiekunka” zbyt czysto w kuchni nie miała, ale nie ma co wybrzydzać. W europejskich domach zlewozmywak pełen brudnych naczyń tez nie jest ewenementem. Dla mnie najbardziej niepojęte jest to, jak ci ludzie mogą gotować w takich trzcinowych chatynkach i nie spalic przy okazji całej wyspy.

W sypialniach panował daleko większy porządek i jak na trzcinową chatkę było tam camkiem przytulnie. Ciekawe, czy po latach spania na wilgotnych trzcinach nie nabawiają się reumatyzmu?

Kiedy zapadał zmierzch zaaliły się… energooszczędne żarówki! Tak postęp wkracza pod strzechy. Nie, nie słychać było żadnych generatorów. To baterie słoneczne! Stały sobie przy chatkach i produkowały energii elektrycznej tyle, by starczyło na skromne oświetlenie.

Czekała nas jeszcze przejażdżka trzcinową łodzią na sąsiednią wyspę. Ze mną jednak zaczęło dziać się coś dziwnego. Zupełnie opadałem z sił, a oddech się przyspieszał. Brakowało mi tchu. Choroba wysokościowa. Choroba wysokościowa na płaskim jak stół jeziorze! Płasko ale prawie cztery tysiące metrów nad poziomem morza.

Siadłem na ławce owej trzcinowej łodzi. I prawie nie byłem w stanie się podnieść. Siedziałęm wysoko, więc mogłem pstryknąć parę zdjęć, ale łapałem tlen niczym ryba wyjęta z wody.

Z całego pobytu w Peru pod względem samopoczucia najgorzej wspominam właśnie ten wieczór. Raz jeszcze podobne uczucie dopadło mnie w Cuzco, kiedy z „braku powietrza” budziłem się co parę minut i rano wstałem kompletnie niewyspany.

Wróciliśmy z trzcinowych wysp do portu. Księżyc wspaniale wschodził nad zatoką. Chwyciłem za aparat fotograficzny, znalazłem punkt podparcia (statywu ze sobą nie miałem) lecz nie byłem w stanie drżacymi rękami utrzymać w bezruchu kilka sekund jego korpusu. Pierwsze zdjęcie wyszło jeszcze jako tako, ale następne już poruszone całkowicie.

Nie chciało mi się też jeść. Przegryzłem tylko coś drobnego i wróciliśmy do hotelu. Po drodze odebraliśmy z pralni wyprane rzeczy.

A przed pójściem spać oglądaliśmy jeszcze z balkonu kolejną uliczną paradę, bo przeciez wciąż trwało święto.

Sopot; 23.11.2013; 22:50 LT