Po paradzie załóg poszliśmy jeszcze raz na Wały Chrobrego, aby z wieży gmachu Muzeum Narodowego jeszcze raz popatrzeć na żaglowce.

Ciekawa rzecz. Wszędzie były tłumy, a na wieżę weszlismy bez problemu. Nawet nie staliśmy długo w kolejce. Przed nami były tylko dwie osoby. Zastanawiałem się dlaczego taka niska frekwencja i jedynym wytłumaczeniem  jakie przyszło mi do głowy to… brak informacji. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że istnieje możliwość wejścia na wieżę, i że w tym celu należy wejść do budynku muzeum. Po co wydawać dwadzieścia złotych na krótką przejażdżkę diabelskim młynem jeśli dłużej, dokładniej i z większej wysokości można obejrzeć wszystko za piątaka z muzealnej wieży?

Myślę, że muzeum trochę przegapiło szansę jaką dawał finał regat. Reklamowało się na Wałach Chrobrego wiele firm. Swoje stoisko miał nawet, o ile dobrze pamiętam, Główny Urząd Statystyczny, a tymczasem instytucja, która posiada gmach niemal w centrum wydarzeń, a w tym gmachu bogate marynistyczne kolekcje oraz ciekawie zaprezentowane ekspozycje kultury afrykańskiej  pozwoliła się obstawić straganami innych nie ustawiając choćby jednego drogowskazu zachęcającego do zwiedzania. Szkoda, bo wśród tylu turystów na pewno znaleźli by się chętni na taki muzelany przerywnik miedzy jednym żaglowcem a drugim i między szaszłykiem a lodem. Wielu na pewno o takiej alternatywie nie miało pojęcia. Mógł odrobinę zyskać Szczecin, a mogła też trochę zarobić ta szacowna instytucja. Myslę, że gdyby gdzieś w okolicy znajdowało się jakieś prywatne muzeum, takiej okazji by nie przepuściło.

Bez większego problemu dotarlismy więc na taras, z którego widać bylo między innymi stojącą po sąsiedzku wieżę gmachu Urzędu Wojewódzkiego.

Za nią w tle widać górujące nad okolicą żółte suwnice zamarłej od lat stoczni. Szczecin wciąż czeka na cud w postaci inwestora, który kiedyś wznowi tam produkcję. To musiałby być rzeczywiście cud. Pisałem kiedyś o stoczniach Goeteborga, które tworzyły w połowie dwudziestego wieku największy naświecie holding produkujacy statki, a z którego obecnie przy życiu pozostal niewielki zakład. Na postoczniowe tereny wprowadziło się miasto, uniwersytet z katedrami nowoczesnych technologii i rozmaite firmy z shippingiem mające niewiele wspólnego. Rany się zabliźniły i dziś nikt już w Goeteborgu nie czeka na cud. Myślę, że podobnie za ileś tam lat będzie w Szczecinie, ale wciąż jeszcze potrzeba czasu by wielotysięczna rzesza byłych stoczniowców pogodziła się z faktem, że „to se ne vrati”.

Spójrzmy jednak w dół, pod samą wieżę. Tam stały burta w burtę zacumowane bliźniaki „Dar Młodzieży” oraz „Mir”, zbudowane w Gdańsku według tego samego projektu.

Ciekawa jest ta piaszczysta łacha w tle. Wyspa Grodzka jeszcze kilka lat temu porośnięta była gęsto niczym dżungla wysokimi drzewami. Podczas finału regat w 2007 roku nie można było jak dziś oglądać żaglowców cumujących za nią. Zza drzew wystawały jedynie maszty.

Niedawno drzewa i zarośla wykarczowano, terez zniwelowano i niedługo ma tym terenie powstanie jachtowa marina. To będzie piękna wizytówka miasta. Wspaniały widok na jachtowy port z góry i równie piękny widok na Wały Chrobrego dla cumujących tu żeglarzy.

Nieco dalej na południe ulokowały się na czas imprezy mniejsze żaglowce no i oczwiście główna scena. O tej porze wielkich tłumów jeszcze nie było, ale podobnie jak w sbotę teren miał zapełnić się wieczorem.

Na północ od Daru Młodzieży zacumowały inne wielkie żaglowce.

Kiedy odwrócić wzrok od Odry, widzialo się inne szczecińskie wieże: tę zamkową i tę katedralną, z których z pewnoscią dało się obejrzec równie piękne panoramy.

Możnaby jeszcze długo spacerować po nabrzeżach i pieścić oczy niesamowitymi widokami. Czas i obowiązki jednak nas goniły. Jeszcze jedno spojrzenie na Odrę i zeszliśmy na dół, by pójść w kierunku parkingu. O 18:20 ruszyliśmy w drogę do Trójmiasta.

Dotarliśmy tam krótko po północy.

Sopot, 10.08.2013; 15:30 LT