Bardzo lubię rozmaite parady uczestników wiekszych lub mniejszych imprez. Program programem, sportowa walka albo rozmaite inne występy, występami, a przemarsz poszczególnych ekip to okazja do pokazania się, zaznaczenia swojej obecności na równi z innymi, nawet jeśli w danej imprezie pełniło się jedynie rolę tła dla najlepszych. Jest to też zazwyczaj okazja do chwili oddechu od atmosfery pełnej napięcia, rywalizacji, a czasem nadętego patosu. To czas na przymrużenie oka i sygnał: hej, jesteśmy wszyscy równi i nieważne miejsce, lecz nasz wspólny tutaj udział. Udaje się to świetnie na olimpiadach, kiedy po uroczystym przemarszu na inaugurację, na ceremonii zamknięcia igrzysk wszyscy maszerują zupełnie wymieszani, bez podziału na reprezenatcje.

Ma też swoją tradycję Tall Ship Races. Jednym z elementów finału imprezy jest wspólny przemarsz uczestników regat ulicami miasta gospodarza finału na ceremonię rozdania nagród. I jest to widowisko nie mniej barwne niż same żaglowce przy nabrzeżach.

Te największe, dostojne wystawiają na przemarsz ekipy wyćwiczone w iście wojskowej musztrze. Jako flagowe żaglowce szkolne muszą pokazac się z odpowiedniej strony. W Szczecinie znów już z daleka rozpoznawalny był meksykański „Cuahtemoc”, głównie za sprawą nieskazitelnie białych mundurów.

Za to w tradycyjnych koszulkach w paski maszerowali Rosjanie z „Mira”

Ich koledzy z „Kruzenszterna” przywdziali zaś galowe, ciemne mundury.

Byłem zaskoczony ilością braw jakie otrzymały właśnie te dwie ekipy. Fajnie to wyszło, ponieważ wszyscy wiemy jak, hm, niechętny bywał przez lata stosunek do Rosjan. Głównie za sprawą ich komunistycznych przywódców, którzy trzymali w żelaznym uścisku połowę świata. Wygląda na to, że dwadzieścia lat od upadku systemu t.zw. zwyczajni ludzie nie rozgrzebują już historycznych zaszłości, lecz wspólnie pragną patrzeć w przyszłość. Szczecin, a przede wszystkim jego mieszkańcy świetnie spisali się tu w roli gospodarza.

Nie wszyscy jednak poszli w kierunku quasi wojskowej parady. Inni wprost przeciwnie – postawili na perfekcję efektownie ubranych dziewczyn.

Solą w oku każdej parady są jednak nie te wielkie, ekipy lecz załogi znacznie mniejszcyh jednostek, zaznaczjące swoją obecność częśto zaledwie kilkoma osobami, ale to własnie oni wnoszą do przemarszu najwiecje luzu i sprawiają, że ów pochód jest niezwykle barwny.

Jeden z Anglików straszył dzieciaki wiaderkiem udając, ze za chwile poleje je wodą, a kiedy te zasłaniały się, przed ochlapaniem, okazało się, że w wiadrze są… cukierki.

Niesamowite, że wiele żaglowców miało w swoim składzie nawet orkiestry. Co jakiś czas pojawiały się kolejne grupy profesjonalnie wyglądających bandów.

Chociaż zdarzało się i tak, że ci mniej „wypasieni” zadowalali się grą na… zwykłych pokrywkach od garnków.

Na pokrywki zresztą w tym przypadku i tak mało kto zwracał uwagę, bowiem wzrok przykuwał przede wszystkim napis „Dziekuję Szczecin” niesiony przez jedną z niemieckich uczestniczek.

Oczywiscie szczególną owację otrzymały szczecińskie jachty. Ich załogi paradowały w granatowo-bordowych koszulkach w barwach miasta. Takich samych w jakie na czas finału ubrana została figura marynarza w Alei Fonatnn.

Kolorowy pochód pomaszerował w kierunku Parku im. Kasprowicza, gdzie w Teatrze Letnim miała odbyc się gala. My poszliśmy w odwrotnym kierunku – jeszcze raz ku Wałom Chrobrego, by raz jeszcze rzucic okiem na żaglowce i Odrę, tym razem  z góry, a potem wrócić na parking i ruszyć w drogę powrotną do Trójmiasta.

Gdańsk, 07.08.2013; 23:50 LT