To nie jest rodzaj wypadu z wylegiwaniem się w łóżku do jedenastej. Budzik dzwoni o wpół do siódmej. Idziemy zapolować na miejsce przy umywalce. Kanion jeszcze pogrążony jest w cieniu. Słońce dociera dopiero nieco powyżej połowy wysokości przeciwległego stoku. Jeżeli przystanąć na chwilę i dłużej się przyjrzeć, można zaobserwować jak cień stopniowo oddaje słońcu kolejne fragmenty terytorium. Kiedy jemy śniadanie, jeszcze jest chłód, aż w końcu nagle wszsytko zostaje skąpane w blasku jkby ktoś zapalił ogromną lampę. Słońce nagle wychyliło się znad grani i będzie oświetlać dolinę przez najbliższe sześć albo siedem godzin.

Nasza, kryta palmową strzechą chatka od razu robi się weselsza. Nie ma jednak zbyt wiele czasu. Po dokończeniu porannej toalety pakujemy plecaki i kilka minut po ósmej ruszamy w dalszą drogę.

Podchodzimy pod górę. Pod nami zostaje budynek wiejskiej szkoły i przylegające do niej boisko. To ta szkoła, w której uczy się obecnie pięcioro dzieci. Kiedy widzę boiska połozone w takim miejscu jak to, zawsze zastanawiam się, kto biega po piłkę i jak daleko, kiedy ta zejdzie mu z nogi i poszybuje gdzieś wysoko ponad bramką.

Przeciwległy stok oraz dno kanionu całe w słoncu, a my jeszcze maszerujemy skrajem strefy cienia. Po marszu w górę następuje chwila przyjemnej drogi po płaskim.

Zatrzymujemy się co jakiś czas aby obejrzeć rozmaite rośliny. Przewodnik pokazuje nam m.in. drzewo pieprzowe, którego wysuszone czerwonawe owoce wykorzystywane są jako przyprawa w kuchni (pieprz czerwony w mieszance kolorowych pieprzów.

Mogliśmy więc teraz powiedzieć, że uciekliśmy tam gdzie pieprz rośnie. Okazuje się, że liście drzewa pieprzowego po roztarciu w dłoniach wydzielają bardzo przyjemny, intensywny aromat, który przynosi ulgę w chorobie wysokościowej. Zaczynałem podejrzewać, że Peruwiańczycy robią nas w balona, bo co chwilę dowiadywalismy się o czymś co redukuje objawy złego samopoczucia z powodu przebywania na dużych wysokościach. Pomaga, czy nie, mógłby pieprzowe liście rozcierać i wąchać dla samej przyjemności wąchania oraz udrażniania nosa na podobnej zasadzie jak czynią to rozmaite eteryczne olejki aplikowane przy katarze.

Potem znów ruszyliśmy pod górę ścieżką, wzdłuż której wśród intensywnej, tropikalnej zieleni gnał w dół górski potok.

Nie dało się iść prosto wzdłuż wąwozu, ponieważ drogę przegrodziła nam opadająca z północnych stoków dość duża dolina. Musieliśmy najpierw skręcić w bok i podejść kawałek w górę w miejsce gdzie stanie się węższa, by tam po następnym wiszącym moście przedostać się na drugą stronę.

Ów most był ostatnim co dobre spotkało nas na tym pierwszym odcnku drogi. Teraz rozpoczęło się mozolne wspinanie po bardzo stromej ścieżce wiodącej ostrymi zygzakami z dna owej doliny jakieś dwieście metrów w górę, gdzie na naturalnym trasie przycupnęła kolejna wioska.

Plecak ciążył coraz bardziej wraz z każdym pokonywanym metrem,a droga zdawała się nie mieć końca. W końcu jednak ukazał się taras, na którym ktoś przedsiębiorczy urządził coś w rodzaju schroniska. Pod dachem, teraz osłonięci od słońca, a innym razem zapewne od deszczu znajdowały się ławeczki, na których można było odpocząć. Centralne miejsce zajmował stół z rozmaitymi przekąskami, które strudzony wędrowiec mógł tutaj sobie kupić

My kupiliśmy owoce opuncji, które tutaj w przeliczeniu na nasze kosztowały jakieś półtora złotego za sztukę. To jest ten rodzaj owocu, którym mógłbym odżywiać się non stop. Tylko gdyby ktoś jeszcze wymyślił jakąś sprytną obieraczkę do nich, bo w przeciwnym wypadku jeden fałszywy ruch i już kilka drobniutkich ale nieprzyjemnych kolców siedzi zagłębiona w skórze. Gwarantowane zajęcie z wydłubywaniem na całe popołudnie.

Malata. Tak nazywała się wioska, do której przez ów taras – schronisko weszliśmy. Na jej skraju widzielismy krzyż, który każdego roku na Matki Boskiej Gromnicznej jest dekorowany. Ponoć jest wtedy coś w rodzaju odpustu, a wszyscy mieszkańcy jedzą i piją podczas lokalnej fiesty za darmo.

Uwielbiam stare kościoły zagubione pośród gór. Ilekroć o nich myślę stają mi przed oczami prawdziwe perełki rozrzucone gdzieś w górach Troodos na Cyprze. W niewielkich kamiennych budowlach nie różniących się częstokroć od szopy ukazywały się niespodziewanie średniowieczne freski przenosząc nas w odległe, tajemnicze czasy wczesnego chrześcijaństwa. Bie tak starym, ale równie malowniczy kosćiół przywitał nas w Malata. Niestety nie mogliśmy obejrzeć go wewnątrz.

Gdańsk, 22.06.2013; 15:20 LT