Poletka na obrzeżach wioski były pełne kaktusów.  To na nich rosną owoce opuncji, które tak nam smakowały. Rosliny te wyglądały jednak dziwnie. Całe pokryte były niezbyt mile wyglądającym białym nalotem. Na pierwszy rzut oka przypominał on pleśń. Ten biały nalot rozciągał się wokół czegoś w rodzaju grudek rozrzuconych po powierzchni kaktusa.

Widać było, na pierwszy rzut oka, że roślinom coś dolega. Przewodnik wytłumaczył nam, że ów biały nalot to… pasożyty. Jakieś larwy otoczone białą, jakby wapienną otoczką. Oderwał jedną i roztarł w dłoni.

Ciemnoczerwona zawartość wytrysnęła z rozgniecionego organizmu. Brrr… Wyglądałao to tak jakby rozgniótł opitego krwią komara albo kleszcza. Zauważył obrzydzenie na naszych twarzach.

- Don’t worry! – uśmiechnął się – To nie krew. To pigment.

Dowiedzieliśmy się, że to nie kaktusy stanowią o wartości plantacji, lecz owe pasożyty zwane tutaj cochinilla. Są one dostarczycielami pigmentu stosowanego do barwienia n.p. tkanin. Dość powiedzieć, że o ile kilogram opuncji w hurcie kosztuje dolara albo półtora, to taka sama ilość cochinilla ma wartość dolarów kilkudziesięciu. Nic dziwnego, że bez trudu można napotkać wielki szyld z napisem „Skupuję  cochinilla – ceny jak w Limie, zapłata w solach i w dolarach”.

Kiedy już opowieść się skończyła i każdy z nas doświadczył malowania twarzy owym barwnikiem, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Szło się przyjemnie, bo wyciosana w stromym zboczu ścieżka wiodła prawie poziomo. Jeśli był jakiś dyskomfort to… upał. Świecące na bezchmurnym niebie słońce paliło niemiłosiernie. I pomyśleć, ze jeszcze kilka dni wcześniej narzekaliśmy w Polsce na wyjątkowo zimny oraz pochmurny kwiecień.

Na jednym z zakrętów zatrzymalismy się by popatrzeć w kierunku wschodnim kanionu. Pięknie było widać rzekę wijącą się jego dnem. Daleko dało się zauważyc białą kreseczkę mostu, do którego schodziliśmy poprzedniego dnia. I niewielką ścieżkę, którą potem podchodziliśmy do San Juan de Chuccho – wioski, w której czekał nas nocleg.

Szlismy dalej wśród zwietrzałych skał w iście pustynnym krajobrazie. Jeszcze jeden zakręt przed nami. Gdzieś tam zapewne ukaże się cel naszej dzisiejszej wędrówki.

I w końcu jest. Daleko w dole widać oazę zieleni w brunantnym kanionie. Tam będziemy nocować. Trzeba jednak najpierw zejść jakieś czterysta metrów w dół. Szkoda, bo to jedna trzecia głębokości kanionu w tym miejscu. Ile dziś zejdziemy, tyle nazajutrz będziemy musieli odrobić podchodząc do Cabanaconde.

Oaza była w dole, ale tutaj w górze też w końcu pojawiły się większe od traw rośliny. Kaktusy.

Na przeciwległym stoku, po drugiej stronie kanionu wyraźnie rysowały się początkowe zygzaki ściezki, którą mieliśmy podczhodzić następnego dnia. Jakieś tysiąc dwieście metrów pod górę i pod górę, bez chwili wytchnienia. Myślałem sobie, że taka eksploracja kanionu jest swego rodzaju pułapką. Gdyby wchodzić na szczyt jakiejś góry, ten kto miałby dość, zawróciłby w dół i najwyżej zrezygnował z dalszej drogi. Ponieważ jednak do kanionu najpierw trzeba zejść, jak ulał pasuje tu porzekadło, że „miłe złego początki”. W dół można schodzić bez końca. Tyle tylko, że potem nie ma odwrotu i tyle samo trzeba pokonać pod górę aby się wydostać.

Nic to. Podchodzeniem będziemy martwić się następnego dnia, a teraz cieszyliśmy oczy zielenią, wśród której wypatrzyłem nawet wodospad. Majac taki cel w perspektywie otrzymywało się zastrzyk nowych sił, by jak najszybciej serpentynami dotrzeć w dół. A tam, niemal na samym dnie czekało nas przejście przez kolejny wiszący most. W przepięknej scenerii kipiącej pośród skał rzeki.

Myślałem o polskiej wyprawie kajakowej, która jako pierwsza na świecie pokonała tę rzekę. Rok 1981. Apogeum braku wszystkiego w socjalistycznej gospodarce niedoboru. Siermiężna, szara, biedna Polska schyłku komunizmu i represji stanu wojennego. I w takich okolicznościach grupa młodych ludzi decyduje się na podjęcie ekstremalnego wyzwania, które do dziś pozostaje żywe w pamięci miejscowych ludzi, a w Chivay przypomina o tym specjalna tablica. Oczywiście w dobie internetu każdy może na YouTube obejrzeć  n.p. dwuczęściowy film dokumentujący ten wyczyn.

Ścieżką nad urwiskiem znów ruszamy pod górę. Powinniśmy patrzeć przed siebie, by nie zrobić jakiegoś fałszywego kroku, ale trudno oderwać oczy od tego co na dole i za nami. Przełomy rzek zawsze są widowiskowe. Teraz stan wody jest niski, lecz krajobraz i tak czasem zapiera dech.

 Jeszcze raz rzut okiem do tyłu. Most, którym dopiero co przeszlismy został już wyraźnie w dole.

Powoli zbliżamy się do wioski. U jej wrót wita nas tablica reklamowa: „we rent mules”. Okazuje się, że za sześćdziesiąt soli mozna wynająć muła, który wniesie na swoim grzbiecie bagaże. Zastanawiam się, czy komfort podejścia wart jest osiemdziesięciu złotych i wychodzi mi, że tak. Nazajutrz miałem przekonać się jak trafna to była decyzja.

Przewodnik mówi, że muł może nieść do stu kilogramów (na tyle zezwalają przepisy), więc ponieważ zdecydowalismy się na wynajęcie jednego, by poniósł mój, cieżki plecak, bez najmniejszego problemu może siąść mu na grzbiet także Mój Anioł. To i tak byłoby grubo poniżej limitu. Anioł jednak stanowczo odmówił.

- Nie po to schodziłam, by teraz wjeżdżać na mule.

Podobała mi się jej ambicja i silna wola gdy mozliwość niezbyt meczącej jazdy była na wyciągnięcie ręki.

Tymczasem doszliśmy do pierwszych zabudowań, a raczej ich ruin.

To jest wieś, o której przewodnik opowiadał dzień wcześniej. Życie na odludziu, wymagające każdorazowego męczącego chodzenia wysoko pod górę nie było tym, o czym marzyli tutejsi mieszkańcy. Każda rzecz, po którą bez problemu sięgamy w normalnych warunkach, nie zastanawiając się kto i w jaki sposób dostarczył ją nam niemal pod nos, tutaj staje się prawdziwym wyzwaniem. Szukali więc szczęścia wyżej, poza kanionem. Rynek jednak nie znosi próżni. To co jedni pozostawiali bez żalu, dla innych było źródłem zarobku. Znalazł się więc ktoś, kto wykupił całą tę ziemię. Chałupy wieśniaków popadły w ruinę, ale w oazie (podrasowanej trochę posadzonymi tu palmami oraz licznymi kwiatami) powstały miejsca noclegowe dla turystów. Sangale, bo tak nazywa się owa wieś, nie ma już rdzennych mieszkańców. Ci, którrzy tu mieszkają, to pracownicy zajmujący się obsługą turystów. A w co przeobrazili ubogą wioskę moglismy zobaczyć gdy po zejściu wąską ścieżką wśród zarośli stanęliśmy przed bramą z napisem „Paradiso Lodge”. Palmy, kwiaty, naturalne baseny wypełnione wodą z górskich potoków…

Wskoczylismy czym prędzej do basenu, ponieważ mimo stosunkowo wczesnego popołudnia, nieubłaganie nadchodził moment, kiedy słońce miało się skryć za grzbietami gór i dolinę znów wypełni cień.

Trudno opisać przyjemność zanurzenia się w ciepłej, bieżącej (strumień po skałach spływał do basenu) wodzie po całym dniu marszu w kurzu i upale. Kiedy jednak nastał cień, temperatura aczęła szybko się obniżać. Wkrótce większą przyjemność niż kapiel sprawiło założenie ciepłej bluzy.

Nasz domek nie róznił się specjalnie od tego z poprzedniej nocy. Znów prawie całą przestrzeń niewielkiego pomieszczenia wypeniało łóżko. Znów dostaliśmy świeczkę jako źródło światła na wieczór, a jedynym dodatkowym sprzętem polepszającym standard pokoju była półka z pędów bambusa.

Po kąpieli z przyjemnością się zdrzemnęliśmy, wstając dopiero na kolację. Podczas niej pojawił się mały kotek. Rzecz niespotykana, bowiem blisko tydzień pobytu w Peru, był to chyba dopiero drugi kot, jakiego spotkaliśmy. Kotek miałczał żałośnie. Najpierw próbowal szczęścia u ojca owej holenderskiej rodziny, lecz ten do miłośników czworonogów raczej nie należał. Czarny kocurek podszedł więc do mnie. Bez wahania wbił pazury w nogawkę moich jeansów i wdrapał się na kolana. Myślałem, że chce jeść, lecz on po prostu skulił się w kłębek i mrucząc przyspiał na moich udach. Biedne zwierzątko szukało po prostu trochę ciepła. Nie mogłem jednak siedzieć w bezruchu w nieskończoność. Kolacja się skończyła, sam chciałem iść spać. Uniosłem kotka. Mieścił się na dłoni. Nie miał zamiaru nigdzie odchodzić, ale w końcu postawiłem go delikatnie na ziemi.

Poszliśmy z Aniołem do łazienki nieopodal basenu, a kiedy wróciliśmy do domku, na łóżku w najlepsze leżał… ów kot. Jak trafił? Pewnie w ciemnościach nie zauważyliśmy, że szedł za nami. Wyniosłem go za drzwi, lecz zanim się położyłem kot już był z powrotem. Powtórzyłem operację, lecz znów wcisnął się szparą w bambusowych drzwiach i czym prędzej położył sie na łóżku.

Po raz kolejny wyniosłem go na zewnątrz i poprawiłem mocowania bambusów. Tym razem szpar nie było. Wsunąłem się pod kołdrę, ale zamiast zasnąć słuchałem żałosnego miauczenia z drugiej strony drzwi. Kotek nie mógł się dostać do środka, ale i nie odchodził. Już prawie się łamałem by otworzyć, ale do głosu dochodził rozsądek. Do czego to prowadzi? Oswoimy kociaka i rano będzie jeszcze bardziej zawiedziony, kiedy go zostawimy. W końcu przestał miauczeć. A może to my zasnęliśmy?

Gdańsk; 26.06.2013; 23:50 LT