Obudził nas jakiś ruch w autobusie. Stał w miejscu. Ktoś zapalił światło. Spojrzałem na zegarek, a potem w górę nad fotel. Koło naszych miejsc krzątała się stewardessa.

- Nazca? – zapytałem.

- Si, Nazca. – odpowiedziała spokojnie.

Zerwałem się natychmiast na równe nogi i obudziłem Anioła. Stewardessa tymczasem domagała się zwrotu słuchawek od video. Pokazałem jej, że leżą na siedzeniu obok, bowiem wcale ich nie używaliśmy. Sami tym czasem zaczęliśmy zbierać swoje rzeczy i ruszyliśmy stromymi schodkami w dół w stronę wyjścia. W ciemnościach jakie jeszcze panowały rozpoznaliśmy nasze pleacaki. Stały obok autobusu wyładowane z bagażnika. Zostały tylko te dwa, ponieważ wyglądało na to, że wszyscy inni pasażerowie zdążyli już wyjść i rozejść się w swoich kierunkach. Właśnie zarzucaliśmy je sobie na plecy, kiedy podeszła trzymająca się do tej pory nieco z boku młoda kobieta.

- Czy macie zarezerwowany nocleg?

Oczekiwałem tego pytania i liczyłem, że spotkamy „naganiaczy”. Nocleg przez internetowe formularze był o tyle trudny do zarezerwowania, że obowiązywała doba hotelowa, rozpoczynająca się po południu, a koncząca nazajutrz rano. My zaś potrzebowaliśmy jakiegoś lokum, żeby wrzucić bagaże i móc gdzies się umyć oraz chwilę odpocząć jesli trzeba. To wszystko od wczesnego ranka, do wieczora, kiedy to następnym nocnym autokarem mieliśmy wyjeżdżać do Arequipy. Godziny więc trochę nietypowe jak na hotel.

- Nie, nie mamy – opowiedziałem, oczekując propozycji.

- Mamy pokój do wynajęcia w naszym hostelu.

- Ale my potrzebujemy od rana do wieczora

- Nie ma problemu.

- Dwuosobowy?

- Tak.

- Z łazienką? – zapytał przezornie Mój Anioł.

- Tak

- W jakiej cenie?

Musiało w końcu dojść do tego pytania. Za chwilę się okaże czy nasza rozmowa nie była zwykłą stratą czasu.

- Dwadzieścia soli.

W przeliczeniu na nasze to jakieś dwadzieścia sześć złotych. Za bilet autobusowy z Limy tutaj zapłaciliśmy po sto soli od osoby. Wymienilismy spojrzenia z Aniołem.

- Ja mogę was podwieźć. Obejrzycie pokój i wtedy podejmiecie decyzję.

Obawiałem się, że jak już wyjedziemy na peryferia miasteczka, to nawet jesli pokój nam się nie spodoba, nie będzie z czego wybierać. Z drugiej strony i tak byliśmy sami na tej pogrążonej jeszcze w nocnym mroku uliczce, więc nie zaszkodziło spróbować.

- Ok, jedziemy.

Jazda samochodem trwała może z trzy minuty i za chwilę wysiadaliśmy przed domem, którego budowa jeszcze nie została ukończona. Część pomieszczeń była już oddana do użytku i zamieszkana, a w części powstawały dopiero ceglane ściany. Otworzył nam właściciel i poszliśmy obejrzęć pokój. Jak na dwadzieścia soli, nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń. Ogromna łazienka wyłożona kaflami lśniła czystością.

W wielkim pokoju jedynym meblem było łóżko, ale w koncu to hostel, a nie hotel, a jego podstawową zaletą był fakt, iz był to pokój tylko dla nas. Miał poza tym wiele gniazdek elektrycznych, dzięki czemu mogliśmy bez problemu podładować telefony i komputer.

Podczas zameldowania dowiedzieliśmy się, że w cenę wliczone jest jeszcze śniadanie co nas rozbroiło zupełnie.

Potem właściciel zapytał, czy interesuje nas przelot nad geoglifami na pustyni za miastem. Oczywiście po to tu przyjechaliśmy, a on miał już przygotowany folder z ofertami. Rozpoczęły się żmudne negocjacje ponieważ oferowane samoloty były różne, a odnosiliśmy wrażenie, że mimo wszystko gospodarz chce na nas trochę zarobić. Z drugiej strony, trudno oczekiwać, żeby załatwiał wycieczkę charytatywnie, bez bonusa dla siebie za pośrednictwo. Dla nas było to o tyle korzystne, że nie musieliśmy już nic załatwiać poza opłatą lotniskową (10 soli płatne na lotnisku). Gospodarz miał nas obudzić, zawieźć na lotnisko, przywieźć z powrotem, zaserwować śniadanie po naszym powrocie, a co do planów na resztę dnia, to mieliśmy się jeszcze dogadać.

Uzgodniwszy wszystko, poszliśmy do pokoju. Nie zostało wiele czasu na odpoczynek ponieważ parę minut po siódmej mielismy wstawać. Loty najlepiej bowiem odbywac albo wczesnym rankiem albo późnym popołudniem. Wynika to między innymi z oświetlenia (lepszy kontrast) oraz z warunków samego lotu (mniejsze turbulencje).  Chwała też naszemu gospodarzowi, że śniadanie zaplanował dopiero po przelocie. Chyba wiedział z doświadczenia co grozi w przeciwnym wypadnku. Lot nad geoglifami wymagał od pilota wielu manewrów, by umożliwić obejrzenie wszystkiego zarówno tym siedzącym po lewej jak i po prawej stronie. Po tych wszystkich ostrych zmianach kursów, cyrkulacjach i.t.p. połowa naszej ekipy wysiadła z samolotu na chwiejnych nogach, z błędnym wzrokiem, z najwyższym wysiłkiem przez zaciśnięte zęby powstrzymując się by nie chlusnąć treścią żołądkową przed siebie.

Tymczasem jednak dopiero szykowaliśmy się do odpoczynku. Wypakowałem z plecaka skrzętnie zbierane podczas podróży sypilanymi wagonami pakiety „Warsu”, które teraz (ręcznik + mydełko) przydawały się jak znalazł. Ech. Łaza się w oku kręci… „Wars” w Peru :)

Obejrzelismy też najbliższą okolicę z okien pokoju. Wokół stały niewielkie, jednorodzinne domki. W niektórych ogródkach niczym na wsi  biegał drobny inwentarz. Zaczynały własnie piać koguty. Jakże inne odgłosy od zdominowanej hałasem samochodowych klaksonów Limy!

Koguty nie dawały nam zasnąć swoim pianiem, po wschodzie słońca drąc się jeszcze częściej i natrczywiej. Dobrze było jednak po wykąpaniu się poleżeć chociaż trochę.

Pukanie do drzwi oznajmiło, że pora się zbierać na lotnisko. Oprócz nas w samochodzie znaleźli się Anglik oraz Japonka, którzy również nocowali w tym hostelu.

Po kilkunastu minutach jazdy znaleźliśmy się na miejscu. Budynek lotniska z zewnątrz przypominał wielki barak, ale wenątrz był urządzony stylowo.

Był pełen boksów rozmaitych linii lotniczych oferujących swoje usługi. Poza tym wszystko było tak jak w wielkich portach lotniczych, włączając w to security gate, czyli kontrolę bezpieczeństwa, podczas której trzeba było pokazać cały bagaż podręczny, zawartośc kieszeni i.t.p.

Z innych procedur ciekawostką było n.p. ważenie każdego pasażera przed wejściem na pokład, co mógłbym uznać jako szykanę, gdybym nie ogladał dokuemntalnego serialu „Katastrofy w przestworzach” i jednego z odcinków opowiadającego o samolocie, który rozbił się podczas startu ponieważ miał trudności z oderwaniem się od ziemi. Okazało się, że w istniejących procedurach komercyjnych linii lotniczych cieżar jednego pasażera przyjmowało się szacunkowo. Ów szacunkowy średni ciężar niebył jednak weryfikowany od wielu lat, podczas gdy amerykańskie społeczeństwo jako ogół przez kilka dziesięcioleci znacznie przytyło. Po katastrofie owego samolotu odszukano m.in. dane pasażerów z ich badań lekarskich, które przyniosły zaskakujący rezultat: ciężar wszystkich pasażerów jako suma każdego z nich według rzeczywistych pomiarów znacznie przekraczał dane szacunkowe według używanych procedur. Do tego doszły większe niż dozwolone ciężary bagażu podręcznego (nie ważonego, w odróżnieniu od t.zw. bagażu rejestrowanego, którego masa jest kontrolwana podczas odprawy) i to wystraczyło by spowodować katastrofę.

Po spełnieniu wszystkich formalności maszerowaliśmy po płycie lotniska do cessny, którą mieliśmy wzbić się nad ziemię.

Każdy z nas otrzymał wcześniej plan lotu w postaci sztywnego kartonika z zaznaczonymi poszczególnymi figurami, które mieliśmy oglądać. Wokół każdej z nich pilot wykonywał jeszcze nawroty i cyrkulacje, aby każdy mógł je obejrzeć dokładnie. To oczywiście już na owym schemacie zaznaczone nie było. Cały lot miał trwać około pół godziny.

Wystartowaliśmy. Pierwsze co mnie zaskoczyło to słabsza niż się spodziewałem czytelność owych linii. Pierwsza miała ukazać sie nam orka. Widziałem całą plątaninę rozmitych prostych linii, w tym bardzo wyraźnych, grubych szlaków, a nie mogłem wśród nich zlokalizować tej właściwej. Dopiero za którymś razem udało się. Te linie wydwały się bardzo delikatne, ale zorientowawszy się o co chodzi, następne figury odnajdywałem już szybciej.

Wkrótce dotarliśmy nad chrakterystyczną małpę, której zakręcony ogon zainspirował twórców turystycznego logo Peru.

Linie na pustyni w rejonie Nazca są jednym z najbardziej tajemniczych oddkryć. Nowozytni historycy dowiedzieli się o nich dopiero w 1926 roku. Sześć lat później pojawiła się w Peru Maria Reiche, niemiecka guwernantka, wówczas 29-letnia. Zafascynowana liniami, które poczatkowo wzięto za kanały nawadniające, poświęciła im swoje matematyczno-archeologiczne wykształcenie oraz całe bez wyjątku życie. Oprócz badań walczyła też o ich ochronę, bo pomimo iż rysunki przetrwały grubo ponad tysiąc lat, to część z nich zniszczono w ostatnim stuleciu. Przez jeden z nich poprowadzono na przykład szosę panamerykańską. Część zniszczył ciężki sprzęt pobliskich zakaładów przemysłowych, a niektóre zatarły ślady opon samochodów terenowych turystów, którzy „musieli” zobaczyć je z bliska. Zniszczyć je łatwo, ponieważ rysunki są zwykłymi rowkami w ziemi, głębokimi na kilkanaście albo dwadzieścia centymetrów. Usunięta werzchnia warstwa zwietrzałej gleby odsłoniła położoną głębiej warstwę o nieco innej barwie. To wszsytko. Żadne rzeźbienie, nic z tych rzeczy. Te rysunki są tak trwałe jak obrazek narysowany patykiem przez dziecko w parku. Na szczęście pustynne warunki i odizolowanie od świata sprawiły, że przetrwały kilkanaście stuleci. I tak ważne jest, by nie zniszczyc ich bezmyślnie teraz, gdy wszystko stało się bardzo dostępne, a przez Nascę przewijają się tłumy turystów.

Na pobliskim płaskowyżu pojawił się koliber. Lepiej widoczny niż inne figury.

Dlaczego początkowo wzięto te linie za kanały nawadniające? Dlatego, że widziane z ziemi nie znaczą kompletnie nic. Każdy z obrazków ma kilkadziesiąt, a czasem nawet ponad sto metrów długości. Z poziomu człowieka to jedynie platanina jakichś rowków. Tym bardziej, że oprócz samych konkretnych figur pełno tam rozmaitych innych linii. Trzeba wznieśc się w górę, by zidentyfikować kształty. Odkąd je odkryto, uczonych nie przestawały nurtować pytania: po co komu były tak ogromne rysunki, których nikt z ich twórców i tak miał nigdy nie obejrzeć, bo przecież nie miał szans unieść się nad ziemię? Według Marii Reiche owe rysunki to gigantyczny podręcznik astronomii. Maria Reiche zmarła w Peru w 1998 roku, w wieku 95 lat (nieopodal geoglifów znajduje się jej grób oraz muzeum). Pewenie trudno na świecie o osobę wiedzącą więcej na ich temat. Ona zaś twierdziła iż niektóre z rysunków dokładnie odzwierciedlają gwiazdozbiory na niebie. Niektóre linie pokrywają się zaś z orbitami gwiazd. Tylko dlaczego wciąż przewija się w tych teoriach słowo „niektóre”. A co z pozostałymi? Według innych uczonych rysunki miały być przesłaniem do bogów z prośbą o deszcz. Większość jeśli nie wszystkie rysunki, przedstawiały zwierzęta, które nie zamieszkiwały rejonu Nazca. Były związane albo z dżunglą (małpa, koliber, papuga) albo z oceanem (orka, pelikan). Zarówno jedne jak i drugie miały kojarzyć się bogom z wodą i przypominać im, by zesłały deszcze na tę surową krainę.

Jak jednak zinterpretować proste linie i rozmaite geometryczne kształty (prostokąty, trapezy, trójkąty) ciągnące się kilometrami? Co wywnioskowac z tego (pozrnego?) chaosu?

Na wszsytko prostą odpowiedź ma Erich von Däniken. To obraz pamięci tamtejszych ludów po lądowaniu statków kosmitów. Szwajcarski pisarz, wyśmiewany przez poważnych naukowców za przykład podaje jedno z odizolowanych na zagubionej na Pacyfiku wyspie plemion, które podczas II Wojny Światowej nawiedziła załoga amerykańskiego samolotu wojskowego. Przylecieli, spotkali się z tubylacami, być może pozostawili im jakiieś przedmioty i odlecieli. Tymczasem tubylcy, żyjacy w epoce kamienia, przez kolejne dziesięciolecia budowali prymitywne modele samolotów i pseudo- pasy startowe „zachęcając” tym bogów, jak mniemali, do ponownych odwiedzin. Drogą anlogii podobnie interpretuje rysunki z Nazca, które wykonano między 300 a 900 rokiem naszej ery, a więc jeszcze przed powstaniem imperium Inków. Co wydarzyło się w Nazca w czasach kiedy w Europie po upadku Rzymu wyłaniał się nowy porządek, a wędrówki ludów przesuwały granice państw tworząc podwaliny współczesnego podziału politycznego kontynentu? Co skłoniło tamtejszy lud do tworzenia najpierw modeli, a potem odwzorowywania w naturze czegoś, czego efektów nigdy nie mieli oglądać? Na terenie Polski w owym czasie szumiały bezkresne puszcze, a jedynym śladem żyjącyh wówczas plemion pozostały rozrzucone po lasach kamienne kręgi.

Kolejny powszechnie znany rysunek z Nazca to pająk. Czy jest on jednakże tylko pająkiem? Proszę przyjrzeć się jednemu z jego odnóży (dolne na zdjęciu). Kontur pająka nie zamyka się lecz odchodzi w bok, a potem otwiera się w bardzo długi prostokąt. Ten fakt w tradycyjnych kopiach na potrzeby turystow jest pomijany i rysuje się zwykłego pająka. Dlaczego tak poprowadzili linie ówcześni twórcy? Małe są szanse byśmy kiedykolwiek się dowiedzieli. I pewnie dlatego owe linie tak fascynują.

Niedaleko pająka szybuje kondor.

I znów ta plątanina linii, tarpezów, dziwnych ornamentów, w tym spiralnego kształtu znanego już z ogona małpy. Po co to wszystko? Czy to „tylko” obserwatorium astronomiczne? A jeśli tak, to jacy ówcześni uczeni korzystali z takich wskazówek, które wymagały wędrówki po pustyni na obszarze ciągnącym się dziesiątkami kilometrów?

Mijamy papugę…

… i dolatujemy nad trasę panamerykanską oraz położoną koło niej kilkunastometrowej wysokości wieżę widokową. To alternatywa dla tych, którzy nie chcą lub nie mogą skorzystać z samolotu. Umożliwia bezpłatne obejrzenie dwóch najbliższych figur i poczucie namiastki tego, co da się zobaczyć z większej wysokości.

Stamtąd bierzemy juz kurs na lotnisko. Z boku zostają pasma pobliskich gór.

Po chwili podchodzimy do lądowania w Nazca. Robię zza pleców pilotów zdjęcie pasa startowego.

I już szczęśliwie cali na ziemi…

Wtedy dowiaduję się, że dziewczyny ledwo żyją wykończone manewrami samolotu. Anglik, Japonka i my siadamy na ławeczce przed lotniskiem w oczekiwaniu na samochód naszego gospodarza. Biedna Japonka wciąż nie może dojść do siebie po locie i jeszcze późnym popołudniem odchorowywała go u siebie w pokoju.

Sopot, 11.05.2013; 17:40 LT