- Weźmy taksówkę! – zaproponowałem zdesperowany.

- Taksówką wcale nie będzie szybciej – zaoponował Mój Anioł. Poczekajmy te piętnaście minut. W pociągu pomyślimy co dalej.

W pociągu, bo musieliśmy ochłonąć trochę, by zacząć myśleć racjonalnie. Podmiejska kolejka na lotnisko odjeżdżała o 19:02, a o 19:50 zaczynał się boarding na nasz lot. Musieliśmy dojechać na lotnisko, zmienić terminal, przejść przez sterfę kontroli bezpieczeństwa i na koniec dotrzeć do właściwej bramki. Jeśli się nie uda, cały nasz wypad do Peru szlag trafi… Że też zachciało nam się łazić po tej Barcelonie!

Czekaliśmy w milczeniu w podziemnym tunelu kolejki jak w oczekiwaniu na wyrok.

Zaczęło się jak zazwyczaj. Od nieprzespanej nocy. Na urlop trzeba zapracować. Najpierw trzeba było przygotować teren po sobie do wyjazdu. Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy zamykaliśmy drzwi biura. Jeszcze kilka drobnych spraw do załatwienia, więc w domu byliśmy już dobrze po północy. Kolacja p.t. czyszczenie lodówki z rzeczy, które nie wytrzymają do naszego powrotu za dwa tygodnie. Potem pakowanie się i kąpiel, a o wpół do piątej telefon po taksówkę. Jedno, czego żałowałem, to że transkontynentalny lot do Limy będzie mieć miejsce dopiero koło północy. Najchętniej zapadłbym w długą drzemkę w lotniczym fotelu od razu.

Na gdańskim lotnisku wszsytkie najwcześniejsze Wizz Airy zdążyły się już odprawić i właśnie szykowały się do startu, więc nawet nie było specjalnego tłoku. Bez żadnych problemów przeszliśmy odprawę i kontrole, by bez pośpiechu zająć miejsce w samolocie do Monachium.

Dzień się jeszcze na dobre nie zaczął, kiedy wylądowaliśmy w stolicy Bawarii. Tam zrobiliśmy użytek z naszych kart „Frequent Travellers” i spędziliśmy czas do odlotu do Barcelony w saloniku Lufthansy.

Barcelona. Tam skończył się odcinek opłacony z mil „Miles and More” i rozpoczynał promocyjny, kombinowany lot Air Europa. Odprawiliśmy się w domu, więc mieliśmy już wydrukowane karty pokładowe. Pozostało tylko przekazać dalej bagaż dopiero co odebrany z rąk Lufthansy. Do odlotu było jeszcze mnóstwo czasu, ale na szczęście system „drop off” przyjmowania bagażu działał. Pozbyliśmy się dużych plecaków podróżnych i zostawiwszy sobie te mniejsze, podręczne, mogliśmy pojechać przywitać się z miastem, w którym już kiedys spędziliśmy fajny, wydłużony weekend. Najpierw oczywiście Sagrada Familia. Zmieniła się nieznacznie. Przynajmniej z zewnątrz, bo od środka jej nie oglądaliśmy. Odstraszyła nas potężna kolejka po bilety. Co tam będzie się dziać latem?

Na ławeczce w parku trzeba było przepakować się nieco i wrzucić do plecaka kurtki. Barcelona bowiem przywitała nas słońcem, a tutejsi ludzie w odróżnieniu od nas, nękanych długą zimą, zdążyli już chyba przyzwyczaić się do t-shirtów.

Pora była już mocno obiadowa i żołądki zaczynały dopominac się o swoje. Postanowiliśmy więc pojechać do Barcelonety, gdzie kiedyś jedlismy fajną kolację. W świetle dziennym ten fragment miasta prezentował się zupełnie inaczej niż zapamiętany przez nas z tamtego czasu i była to zmiana bardzo na korzyść. To już nie tylko gra świateł i zgiełk nadbrzeżnych kafejek. To przede wszystkim las jachtowych masztów na pierwszym planie, przysłaniający charakterystyczne sylwetki znanaych budowli Barcelony. To pasażerskie statki cumujące nieopodal , turyści zwiedzający miasto na rowerach. Pięknie.

Kiedy już siedliśmy w jednej z knajpek, nie sposób było nie zamówić „pulpo a la gallego” czyli ośmiornicy po galicyjsku (mowa o tej Galicji hiszpańskiej). To jedna z tych nielicznych potraw, którą w Hiszpanii mógłbym brać w ciemno  w każdych ilościach. Tym razem także się nie zawiodłem. Delikatne mięso, świetnie doprawione, upieczone i położone na plastrach ziemniaków.

Zakładałem, że jeśli wyjedziemy z Barcelonety na lotnisko o osiemnastej, to bez problemu zdążymy, bo pociągi odjeżdżały co pół godziny. Najpierw jednak naczekaliśmy się na podanie zamówionych porcji, a potem kelner ociągał się z podejsciem po zapłatę za rachunek. Osiemnatsa minęła dobrych kilka minut wcześniej. W końcu zapałaciliśmy i poszliśmy zrobić jeszcze kilka fotek na deptaku. Wreszcie metro do stacji owej kolejki wiodącej na lotnisko. Za późno. Pociąg o 18:32 odjechał  już dawno, a następny przyjeżdżał dopiero o 19:02. To, że byliśmy na dworcu o 18:45 nie mogło być żadnym benefitem. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że nasz wylot do Madrytu, a tym samym stamtąd do Limy stanął pod poważnym znakiem zapytania.

Przede wszytkim siedliśmy z przodu, żeby po przyjeździe na lotnisko nie musieć biec przez cały peron i przy okazji zostawić w tyle wszystkich ludzi, którym nie spieszyło się tak jak nam i nie musieć ich wyprzedzać slalomem. Bo że będziemy biec, to pewne. Pociąg kończył bieg na przystanku „Terminal 2”.

- Pobiegniemy i jak sie uda, złapiemy autobus do Terminalu 1. Jeśli nie będzie to łapiemy taksówkę. Potem wszysto zależeć będzie od kolejki do security gates.

- Jeśli będzie duża to trzeba będzie prosić ludzi, żeby nas wpuścili.

- A jeśli nas nie wpuszczą?

- Muszą. Nie mamy wyjścia. Staranujemy ich.

Taki awaryjny plan „C” rodził się w naszych głowach, ale póki co przygotowywaliśmy się do biegu z pociągu. Wystartowaliśmy na czele. Za nami biegło parę innych osób najwidoczniej z podobnymi problemami. Z okien kładki widać było już stojący na przystanku shuttle bus. Żeby tylko nie uciekł! A jeżeli nie ucieknie, to żeby odjechał w miarę szybko, a nie czekał na przykład siedem minut.

Ruchome schody w dół, jeszcze zakręt w lewo i wypadamy na przystanek.

- Za ile Pan odjeżdża? -  pytam łamaną hiszpańszczyzną kierowcę.

- Za minutę – odpowiada spokojnie.

Co za szczęscie! Była to jednak zarazem jedna z najdłuższych minut w moim życiu.

- Jedźżesz wreszcie! – chciało mi się krzyczeć kiedy kierowca wpuszczał kolejnych spóźnialskich. W końcu ruszył. I znów zajęliśmy stratgiczne miejsce przy drzwach. Wyskoczylismy jak z procy do security gates. Na szczęście tłumów nie było, ale i tak udało się wynegocjować przejście do przodu. W ogromnym pośpiechu  wykładaliśmy rzeczy do kuwety i potem je dobieraliśmy. Kiedy znaleźlismy się po drugiej stronie, powiedziałem:

- Tak naprawdę to mieliśmy dużo szczęścia…

- Stop! Poczekaj! Powiesz to jak będziemy siedzieć w samolocie.

- Teraz to już luz. Zaczyna się boarding a nam pozostaje tylko dotrzeć do bramki.

- Która to? Masz boarding pass?

- Boarding pass?

Cholera jasna! Został w kuwecie!

Kuweta miała naklejoną na dno jakąś reklamę. Ta sprawiała, że zadrukowana kartka A4 zlewała się z tłem. Wzięliśmy wszystko oprócz boarding pass. Ruszyłem biegiem do strefy kontroli bezpieczeństwa. Jak odnaleźć boarding pass w stercie kuwet?

- Dzień dobry, przed chwilą przeszedłem kontrolę i…

- Zostawił pan boarding pass?

- Tak.

- Jest tam. – wskazali na człowieka sprawdzającego ostatnią bramkę.

Rzeczywiście miał mój kwit. Uff! Już chyba żadnych innych niepodzianek nie będzie.

Nie było. Zajmujemy miejsca. Czuję w nogach szaleńczy bieg. Samolot kołuje.

Lecimy do Madrytu, a więc lecimy także do Limy. Udało się! Jak niewiele trzeba, by od nowa, jeszcze bardziej docenić ów fakt.

Dopiero teraz uświadamiam sobie, że wszsycy wokół mówią po… polsku. Cały tył samolotu! Nie tylko my kupiliśmy tanie bilety do Peru. Inni też lecą.

W dole zostaje wybrzeże Katalonii.

Zachodzące słońce tworzy na niebie przepiękny, kolorowy spektakl. Jestem spocony jak mysz, ale już dochodzę do siebie. Podziwiam owo „ogniste” niebo na zachodzie.

- Nie chcę już zwiedzać Madrytu – mówię na wszelki wypadek, chociaż czasu za wiele na ewentualne zwiedzanie i tak by nie było. Dla odmiany tym razem spóźnia się Air Europa, ale im wolno. Czekamy, aż samolot zostanie sprzątnięty po porzednim rejsie i zamiast kilka minut po dwudziestej trzeciej, zostaniemy wpuszczeni na pokład dopiero przed pierwszą.

Uff! To był długi dzień! Nawet nie wiem jak się skończył. Nie zapamiętałem momentu startu. Ponieważ zasnąłem niemal natychmiast po wejściu na pokład. Opadł stres, ustąpiła adrenalina, a na dodatek upomniało się o swoje zmęczenie.

Nazca; 21.04.2013; 20:55 LT