No właśnie. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej… Muzeum Salavdore’a Dali położone jest bardzo blisko Placu Tertre, na który doszliśmy po zaledwie kilku minutach spaceru od Moulin de la Galette.

Plac niezmiennie opanowany jest przez malarzy. Tłumy turystów mogą przyglądać się ich pracy no i oczywiście przede wszystkim kupic ich obrazy. Być może jakieś sto lat temu ktoś kupił tu kiedyś płótno młodego Picassa, który spędził w Paryżu dwadzieścia lat i był częstym bywalcem placu.

Po chwili znaleźliśmy się w labiryncie wąskich uliczek wijących się na tyłach bazyliki Sacre Coeur. Tłum turystów przepychał się nimi wśród knajpek i sklepików z pamiątkami. Nagabywali ich też uliczni artyści zarabiający portretową chałturą tworzoną w kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut.

Na końcu jednej z tych uliczek ukazała się ściana słynnego kościoła.

Kiedy doszliśmy bliżej, można było ją zobaczyć w całej okazałości.  

Zaskoczony byłem, kiedy dowiedziałem się, że budowę bazyliki ukończono niecałe sto lat temu, a pomysł realizacji rzucono w 1870 roku. Myślałem, że jest znacznie starsza. Wewnątrz, na sklepieniu znajduje się ogromna mozaika, ponoć jedna z największych na świecie, w bizantyjskim stylu z wielką postacią Chrystusa w centrum. Niestety, nie można tam wykonywać zdjęć, więc zainteresowanych odsyłam do rozmaitych, obcych albumów.

Najpiękniejsze czeka jednak na spacerowiczów od frontu świątyni. To panorama Paryża. Ogromne tłumy obsiadują szerokie i długie schody, kontemplując niczym w amfiteatrze rozciągnięte u ich stóp miasto.

Mieliśmy pięciodniowe bilety na metro, które upoważniały do skorzystania z kolejki linowej na wzgórze, więć zjechaliśmy nią na dół. Muszę jednak przyznać, że to jedna z najkrótszych tras takich kolejek jakie widziałem w życiu. Odnoszę wrażenie, że ktoś zadecydował o jej budowie ot tak, jako ciekawostki bardziej, niż z rzeczywistej potrzeby.

Kiedy znaleźliśmy się na dole, pora była usiąść na kawę w jednej z pobliskich kawiarenek. Nie na zewnątrz, obserwując ulicę, jak nakazuje paryska tradycja, lecz w środku aby trochę się ogrzać. Atak zimy jeszcze się nie skończył. Śnieg już co prawda nie padał, ale zimno nadal dokuczało, o czym świadczyły rzygacze na bazylice.

Wizyta w kawiarence to również dobra okazja, by skorzystac z toalety. Ubikacjom paryskim pod względem czystości daleko jest chociażby do cypryjskich, które bardzo miło zaskoczyły nas w lutym ubiegłego roku. W Paryżu wszystkie obiekty, nazwijmy to usługowe są małe. Niewielkie są hotelowe pokoiki, niewielkie kawiarenki i sklepiki, mikroskopijne stoliki w kawiarniach. W ten trend oczywiście wpisuja się także toalety. To jednak co ujrzałem w owej kawiarence, to już jednak chyba drobna przesada.

Przy odrobinie roztargnienia można załatwić się do umywalki, a ręce opłukać w pisuarze.

Resztę popołudnia postanowilismy spędzić w Muzeum d’Orsay, mieszczącym się w hali dawnego dworca kolejowego. Dla mnie najważniejsza tam jest kolekcja płócien impresjonistów. Chyba nigdize na świecie nie można obejrzeć wiszących obok siebie tylu obrazów Renoira, Cezanne’a, Degas’a, Moneta, Maneta, Gaugina czy van Gogha.

Tam także nie wolno robić zdjęć, więc z balkonu na piatym piętrze (tuż obok przeniesionej tam kolekcji impresjonistów) dyskretnie pstryknłąem tylko fotkę całej hali.

Gdyby usunąć z wnętrza wszystkie eksponaty, sama hala obroniłaby się swoją konstrukcją. Dworcowy zegar znajdujący się na szczytowej ścianie stał się niemalże jej symbolem i oglądany jest na równi z innymi, muzealnymi dziełami.

Nie bez powodu wybraliśmy czwartek na zwiedzanie Musee d’Orsay. W ten dzień jest ono czynne dłużej, aż do dwudziestej pierwszej, więc nie musieliśmy się spieszyć. Wyszliśmy niemal równo z zamknięciem i prosto stamtąd pojechaliśmy do hotelu. Oczywiście o tej porze w okolicach Moulin Rouge wszystko jest pootwierane, więc nie mieliśmy najmniejszych problemów z zaopatrzeniem się w kolejne serki i wino, którymi delektowaliśmy się przed snem.

Szczecin, 31.03.2013; 22:15 LT