Oskarowa noc nadchodzi, a moje zaległości w raportowaniu obejrzanych filmów rosną. Trzeba tez jednak przyznać, że po okresie zastoju, nagle pojawiło sie w repertuarze sporo ciekawych tytułów, więc bywa, że zaliczamy nawet kilka seansów tygodniowo.

NĘDZNICY

- Znów się popłaczę – odparł Mój Anioł pakując chusteczki do torebki gdy wychodziliśmy do kina.

Ja ten musical widziałem tylko raz, w Teatrze Roma więc trudno o głębsze prównania. Film ma ogromną przewagę techniczną. Przede wszystkim może operować zbliżeniami podczas gdy siedzący w ostatnim rzędzie widz teatralny niewiele z twarzy aktora rejestruje.

Kiedy jednak czytam swój tekst o spektaklu w „Romie” i porównuję z wrażeniami z filmu, odczucia są podobne. Czy aby na pewno jest to musical wszechczasów? Byłbym ostrożny w stawianiu takich ocen, bo za chwilę może się okazać, że przynajmniej jedna czwarta obejrzanych musicali to dzieła „wszechczasów”. Tym niemniej jest kilka evergreenów, które zawsze słucha się z przyjemnoscią, a podczas filmu brzmią szczególnie. Sporym zaskoczeniem będzie jednak wykonanie bodaj najsłynniejszego z nich „I dreamed a dream”. Wersja Anne Hathaway (Fantine) jest czymś nowym, nie tylko odtwórczym i wcale bym się nie zdziwił, gdyby została nagrodzona tej nocy. Oczywiście nie jest aż takim zaskoczeniem jak znane już na całym swiecie za pośrednictwem YouTube (potęga internetu!) nagranie Suzanne Boyle z angielskiej wersji „Mam Talent”. Przyjechała bezrobotna kobiecina ze wsi, której wygląd i zachowanie na scenie prowokowało do kpin, zwłaszcza gdy opowiadała o niespełnionych marzeniach zostania sławną śpiewaczką, a potem zaśpiewała tak, że wszystkim szczęki opadły. Tam jednak zadziałał efekt zaskoczenia i dlatego klipy z YouTube obejrzały setki tysięcy jeśli nie miliony widzów. Anne Hathaway zaś przedstawiła wersję autorską (i reżyserską) tego utworu, wspaniale zagraną, w scenografii i charakteryzacji, jakiej kobiety niekoniecznie pragną.

Sceny na barykadach, a potem końcówka kiedy Cosette i jej ukochany odnajdują ukrytego w klasztorze, konajacego starca to obowiązkowy wyciskacz łez. Tym bardziej, że pięknie zmontowany z niebiańską barykadą na, której radośnie witali przybysza wszyscy polegli w walkach na ulicach Paryża.

Trudno nie sięgnąć po chusteczkę w takim momencie i Mój Anioł wiedział co robi.

NIEMOŻLIWE

Jej chusteczka poszła w ruch również na hiszpańskim filmie „Niemożliwe”. To jedna z naszych największych niespodzianek repertuarowych tej zimy.

Film już prawie znikał z repertuaru, kiedy zdecydowaliśmy się go obejrzeć. Bo też wyglądał po prostu na jeszcze jeden obraz katstroficzny. Ileż razy mozna oglądać ten sam hollywoodzki schemat w zmieniających się dekoracjach? Czy to pożar wieżowca, czy trzęsienie ziemi, czy atak obcych – zawsze jeden heros, jedyny sprawiedliwy otwarcie przeciwstawia się chciwości albo bezmyślności władz i potem niemalże w pojedynkę wyprowadza głównych bohaterów ze strfy zagrożenia. Tsunami z 2004 roku zadawało się być kolejnym pretekstem do opowiedzenia kolejnej tego typu historii.

A jednak otrzymaliśmy coś zupełnie innego. Może dlatego, że jest to film europejski. Olbrzymia katastrofa, która o ile dobrze pamiętam pochłonęła dwieście tysięcy istnień ludzkich została tu przedstawiona z pozycji przeciętnego człowieka, rodziny która przyjechała na wakacje.

Nie ma tłumaczenia co się stało, nie ma informacji o trzęsieniu ziemi, nie ma nawet stopniowania napięcia. Ot po prostu: dzień jak codzień, siedzą przy basenie i nagle zza ściany palm zwala się na nich pedząca masa brunatnej wody.

- Nie ma pojęcia o tsunami, kto tego nie zobaczył – rzekł Mój Anioł, kiedy wychodziliśmy.

Rzeczywiście. Pędząca, skotłowana masa wody, ciskająca człowiekiem we wszystkich kierunkach, ciała rozrywane o podwodne przeszkody, uświadamiają widzowi kompletną bezradność człowieka wobec żywiołu.

A potem zaczyna się pojawiać obraz akcji ratunkowej widziany nie anonimowo z pozycji dowodzących akcją, lecz pojedyńczego człowieka zagubionego w chaosie jaki wyłonił się po przejściu fali.

Nikt nie wie jak się zachowa w obliczu tak ogromnego nieszcżęścia. Jedni podzielą się resztką wody, inni będą pomagać wszystkim dookoła, jeszcze inni popadną w kompletną apatię, a niektórzy jak skarbu bedą strzec przed swojego telefonu komórkowego. Twórcy filmu nie oceniają jednak nikogo. Tego co odmówił użyczenia telefonu nie spotyka żadna boska kara (w hollywoodzkiej produkcji najpóźniej kwadrans potem przytrafiłoby mu się coś złego). Katastrofa to próba charakterów. Chwała tym, którzy wykażą się bohaterstwem, ale nikt nie potępia tych, których sparaliżowało zwykłe tchórzowstwo. My, siedzący w wygodnym fotelu slai kinowej nie mamy prawa ich oceniać, bo nie wiemy jak sami byśmy się zachowali.

Gorąco polecam ten film wszystkim, którzy jeszcze mają szansę zobaczyć go w kinie.

TAJEMNICA WESTERPLATTE

Inny dylemat pojawia się w filmie opowiadającym o początku II Wojny Światowej. Major Sucharski, dowódca polskiej placówki na Westerplatte otrzymał tajną informację, że polskie wojsko wycofało się na południe i w przypadku wojny nie ma co liczyć na jakąkolwiek odsiecz. Nie może poinformowac o tym nikogo, by nie osłabiac morale.

Tymczasem od wybuchu wojny minęło dwanaście godzin, przez które mieli się utrzymać, potem doba. Rozkaz o utrzymaniu się przez dwanaście godzin został wypełniony z nawiązką i wiadomo było, że dalsze trwanie nie zmieni niczego.

Kolejni żołnierze tracą życie, a dowódca obwinia siebie. Gdyby się poddał, być może ocaliłby tych ludzi. Wszak ich opór dla dalszego przebiegu wojny pozbawiony jest jakiegokolwiek znaczenia. Innego zdania jest jego przyjaciel i zarazem zastepca, kapitan Dąbrowski. Honor żołnierza i przysięgę stawia ponad wszystko. Faktycznie odsuwa od władzy przeżywającego załamanie psychiczne majora. Westerplatte broni się i odpiera kolejne ataki.

Pamiętam głosy oburzenia gdy powstawał ten fim. Zarzucano twórcom, że bohaterów wojennych przedstawili jako grupę pijaków ignorujacych zasady wojskowej dyscypliny. Mi się wydaje, że bohaterowie po prostu zeszli z cokołów i oglądamy prawdziwych ludzi, których garstka pozostawiona samym sobie musiała stawić czoła najeźdźcy, stając przed niewiadomym. Nikt przecież nie wiedział jeszcze jak będzie wyglądać ta nowa wojna. A wódka… Lała się we wszystkich armiach i na wszystkich frontach tej oraz przyszłych wojen. Pewnie bez odurzenia, psychicznego „znieczulenia” normalny człowiek nie byłby w stanie znieść tego koszmaru.

Mógłbym pomysleć, że konflikt między majorem Henrykiem Sucharskim, a kapitanem Franciszkiem Dąbrowskim wymyślono na potrzeby filmu, lecz zarówno jego istnienie jak i mozliwość rozstrzelania dezerterów potwierdza ekspozycja Muzeum II Wojny Swiatowej na Westerplatte właśnie, którą oglądaliśmy podczas majowej nocy muzeów.
http://mojaszuflada.blox.pl/2012/05/NOC-MUZEOW-2012-8211-WESTERPLATTE.html
Długo by dyskutować co wazniejsze: honor, czy życie żołnierzy, walka do końca czy poddanie się by ocalić miasto i ludzi. Nasz naród w nierównej walce o wolność poświęcił Warszawę, która została zrównana z ziemią, podczas gdy n.p. Francuzi widząc swe beznadziejne położenie po prostu poddali Paryż, by nie obrócić go w ruiny. Rozsądek podpowiada, że Francuzi postąpili mądrzej. Jak wyglądąłaby dziś Warszawa gdyby nie bombardowania z 1939 roku, a potem Powstanie Warszawskie? Jak wyglądąłyby inne miasta? Ale z drugiej strony po cóż byłoby prowadzić wojnę gdyby kierować się wyłacznie chłodną kalkulacją? Trzeba byłoby od razu oddać Polskę Hitlerowi, a to byłaby zdrada i hańba nie do przebaczenia przez wieki.

Ktoś zarzucił twórcom, że „Tajemnica Wetserplatte” to bardziej spektakl teatralny niż film i, że polskim „Szeregowcem Ryanem” pod wzgledem scen batalistycznych to on na pewno nie będzie. Pisząc o spektaklu recenzent miał zapewne na myśli uwypuklenie przede wszystkim konfliktu wspomnianych dwóch postaw: kapitulacji przeciwko walce do końca. Uważam, że to było dobre. Taka samo jak „odbrązowienie” Westerplatte i ukazanie prawdziwych ludzi targanych skrajnymi emocjami. Czego innego uczono nas w szkole, a nie każdy miał szansę zweryfikowac swoją wiedzę. Dobrze więc, że powstał ten film. A, że sceny batalistyczne nie tej klasy co w Hollywood? No cóż, zapewne inne środki do dyspozycji, ale nie sądzę, by dyskwalifikowały one ten obraz. Polecam.

LOT

Kolejnym obejrzanym przez nas filmem był „Lot”.

W samolocie odbywającym krótki, lokalny lot dochodzi do awarii steru wysokości. Zaczyna spadać. Rozbicie o ziemię wydaje się nieuniknione. Tymczasem kapitan, doświadczony pilot serią karkołomnych manewrów doprowadza do ustabilizowania lotu (aczkolwiek w pozycji kołami do góry), by potem po ponownym odwróceniu posadzić samolot na ziemi, na jakimś polu. Zginęło „tylko” sześć osób z grubo ponad setki na pokładzie. Kapitan zostaje okrzyknięty bohaterem.

Rozpoczyna się śledztwo. Ustalono, że za katastrofę odpowiada jedna z części steru wysokości, której podczas okresowego przeglądu nie wymieniono w terminie zgodnym z instrukcją. Na symulatorze przebadano te warunki i możliwość ladowania z udziałem najlepszych pilotów. Nikomu nie udało się nie rozbić samolotu doszczętnie. Kapitana feralnego samolotu otacza jeszcze większa chwała.

Jest tylko jeden szkopuł. On jest alkoholikiem. Przed lotem nie spał, pił alkohol i zażywał narkotyki. Ba! Pił jeszcze podczas lotu! Jest to ewidentne narażenie życia pasażerów. Czy jego stan miał wpływ na sutuację? Niewątpliwie awaria nie miała żadnego związku z jego zachowaniem. A potem? Żaden trzeźwy, doświadczony pilot jej nie sprostał. On, pomimo alkoholu tak. A gdyby nie pił? Kto wie, może zadziałałby bardziej standardowo i mniej brawurowo, a wtedy jemu także by się nie udało? Z drugiej strony – dla picia nie może być usprawiedliwienia nawet jeśli jeden przypadek na tysiąc pokażą, że jego działanie mogło mieć pozytywny skutek. Pozostałe dziewięćset dziwięćdziesiąt dziewięć na pewno nie, więc kapitan z urzędu może byc oskarżony o sprowadzenie niebezpieczeństwa i obwiniony o śmierć sześciu pasażerów. Za to grozi mu nawet dożywocie.

Są ludzie, którzy chcą mu pomóc. Lecz aby pomoc była skuteczna, alkoholik musi przede wszystkim chcieć pomóc sam sobie. Przede wszystkim przynać się przed samym sobą, że jest uzależniony. Tymczasem pilot idzie typową dla wielu alkoholików drogą: „to, że piję, to mój wybór, a jeśli zechcę przestać to bez problemu przestanę”.

Film nie jest wybitny, ale stanowi na pewno ciekawą analizę alkoholizmu i prowokuje do dyskusji. Warty obejrzenia.

SYBERIADA POLSKA

I na koniec ostatni, jeszcze ciepły, wczoraj obejrzany film. Bardzo chciałem go zobaczyć, bo to chyba pierwszy polski film opowiadający o wojennych zesłańcach.

Syberiada polska plakat

Jakiż kontrast między przepiękną przyrodą (zdjęcia kręcono w prawdziwych, syberyjskich plenerach) a losem jaki zgotowano tym ludziom.

Syberiada 04

Twórcy filmu podjęli bardzo trudnego zadania. Na podsatwie losów jednej rodziny musieli przedstawić wieloletni okres zsyłki, ajki był udziałem wielu Polaków. Mamy więc i pakowanie się w środku nocy, kiedy w ciągu kwadransa musieli opuścić swój polski dom, i daleką podróż i wreszcie sam obóz pracy, który nie był typowym łagrem dla skazańców, więc ich los i tak jeszcze nie był tak okrutny jak innych.

Syberiada 03

Co nie znaczy, że był znośny. Praca ponad siły brak żywnosci i lekarstw, wystawienie na bezduszność strażników… Lecz z drugiej strony byli i normalni Rosjanie, którzy w zesłańcach widzieli nie wrogów lecz ludzi. Pomagali im, pojawiała się miłość, chociaż nie do zaakceptowania przez ówczesną władzę radziecką.

Podobało mi się, że relacje polsko-rosyjskie na najniższym szczeblu przedstawiono nie jednostronnie, bo z pewnością jednostronne nie były. Dzięki temu film wiele zyskuje. Nie jest tylko pełnym patosu przedstawieniem oporu dobrych Polaków wobec złych Rosjan, lecz stosunków panujących między zwykłymi ludźmi, bo przecież i los wielu Rosjan był nie mniej pogmatwany.

Kiedy wkrótce po napaści Hitlera na ZSRR udzielono zesłańcom amnestii i obiecano możliwość wstąpienia do formującej się polskiej armii, wydawąło się, że kłopoty się kończą. Nic jednak nie było proste. Nawet tam gdzie mogłoby być działała bezduszna machina biurokratyczna poparta działaniem NKWD.

Syberiada 02

Syberiada 01

Piękny film, godny obejrzenia, zwłaszcza, że jak wspomniałem to pierwszy o takiej temtyce. Przeszkadzało mi tylko jedno: skakanie po datach nierzadko z ledwie muśniętym wątkiem. Rozumiem, trudno taką epopeję zawrzeć w stu kilkudziesięciu minutach opowieści. Tam tematów było na kilka filmów. Jeśli jednak przymknąć oko na tę niedogodność, warto obejrzeć, bo będzie to z pewnością jeden ze znaczących filmów w historii naszej kinematografii.

* * *

I jeszcze jedna rzecz na koniec. Plakaty. Proszę spojrzeć na wyżej umieszczone reprodukcje plakatów do filmów „Niemożliwe”, „Tajemnica Wetserplatte” albo „Lot”. To są prawie kalki, w któryc tylko fotosy się zmieniają. Podejrzewam, ze „Nędznicy” obronili się tylko dlatego, że wymagała tego czcionka będąca znakiem firmowym musicalu. Przykre jest, że coś co kiedyś było sztuką samą w sobie, dziś zostaje zupełnie wyparte przez komercję. Plakaty filmów sprzed lat pamięta się tak samo jak i same filmy

plakat egzorcysta

plakat kabaret

plakat hair

plakat kiler

Kto zapamięta plakaty do współczesnych filmów? Większość jest do siebie podobna, więc po co pamiętać? Współczuję grafikom, którym producenci narzucają komercyjne kajdany. Ich praca przypomina obecnie zajęcie architektów w PRL, którzy mogli projektować domy wyłącznie z wielkiej płyty.

Sopot; 24.02.2013; 14:45 LT