Z Jakarty do Taipei leci się, bagatela, pięć godzin. Połowę tego co z Pekinu do Monachium.

- Przeciętnemu człowiekowi zdaje się, że jak już przyleci na Daleki Wschód, to wszędzie w tym rejonie ma blisko – tłumaczył mi mój gospodarz w Indonezji – A czy wiesz, że z jednego końca Indonezji na drugi odległość jest zbliżona do tej między Lizboną a Uralem?

Nie wiedziałem.

- Nie dziw się więc, że potrzeba tyle czasu, by doleciec na Tajwan.

Było już po dwudziestej kiedy samolot wylądował w Taipei. Jeszcze tylko odebrać bagaże i spotkać się z agentem, a potem w dalszą drogę samochodem. Należało przedostać się z jednej strony wyspy gdzie leży lotnisko, na drugą, gdzie zacumowany był statek.


Na wprost może by się dało, ale kretymi, górskimi drogami, bowiem wzdłuż całej wyspy biegnie pasmo równie wysokich, co stromych gór. Dość powiedzieć, że Heping, cel mojej podróży znajdował się na wchodnim wybrzeżu na wysokości góry Nanhu, jednego z najwyższych szczytów Tajwanu (3740 m.n.p.m.).

Do Toucheng, na samo wchodnie wybrzeże prowadziła wygodna autostrada nr 5, z licznymi tunelami, żeby nie bawić się w eksponowane serpentyny. Potem jednak trzeba było skręcić na poludnie i rozpoczęła się jazda na urwistymi przepaściami do kilkuset metrów nad poziomem morza. Z jednej strony żałowałem, że odbywałem tę podróż nocą i nie mogłem robić zdjęć. Z drugiej – miałem już dość samochodowej adrenaliny tego dnia. Rano szaleńcza jazda na lotnisko w Jakarcie, a wieczorem slalom po urwiskach, przy czym kierowca też do mięczaków nie należał i wyprzedzał wszystko co się dało, na podwójnej ciągłej, bo w tej gęstwinie zakrętów innych linii w zasadzie nie było. Wyszło na to, że najspokojniej podróżowało mi się samolotem.

Było już dobrze po północy kiedy dotraliśmy na miejsce.

Rano ruszyłem na inspekcję statku, który na miejscowym terminalu ładował cement. Woziłem kiedys cement w workach, widywałem też statki wożące ten ładunek luzem w tradycyjnych ładowniach, co było koszmarem, bo odrobina wilgoci sprawiała, że szary pył zamieniał się w kamień. Specjalistyczne cementowce to zupełnie inna jakość. Czystość, brak tumanów pyłu.

Cisza. O załadunku możnaby się nie dowiedzieć gdyby nie monitor komputera, którym steruje się dystrybucją towaru w ładowniach.

Terminal niemal przytulony do gór, które prosto z morza wyrastają na wysokość tysiąca metrów. Gdzieś dalej za nimi jest wspomniany wcześniej szczyt Nanhu.

Wysoka, biegnąca z południa na północ ściana sprawia, że na terminalu słońce zachodzi szybko. Niebo jest jasne, okoliczne szczyty też, lecz keja kryje się w cieniu.

Oglądam pomieszczenia statku. Na jednym z korytarzy napotykam dobrze mi znany plakat sprzed lat:

Jest on bardzo sugestywny. Tak często były zaskakiwane statki na okrytych złą sławą wodach Cieśniny Malakka albo Morza Jawajskiego. Zapaść Somalii odmieniła jednak nawet piractwo, które u wybrzeży wschodniej Afryki przybrało postać niemal otwartej, zbrojnej napaści, wobec której zwykła czujność już niewiele pomoże, jeżeli nie ma się wsparcia uzbrojonych komandosów albo nie płynie się w konwoju ubezpieczanym przez okręty wojenne.

Późnym wieczorem sporządzam raport, odpoczywam chwilę i już mnie informują, że czas się zbierać, bo o drugiej nad ranem ruszamy na lotnisko. Tym razem nocą pokonam identyczną trasę w odwrotnym kierunku.

Jest już widno, kiedy parę minut po piątej dojeżdżamy do lotniska. Przy bramce stoi już jumbo jet, którym polecę do Pekinu.

Z utęsknieniem czekam na moment, kiedy wpuszczą nas do środka, by móc wreszcie spokojnie się zdrzemnąć. W Pekinie przesiadka do samolotu Lufthansy. Lecimy na zachód, więc upływ czasu pozornie jest mniejszy. Jeszcze tego samego popołudnia lądujemy w Monachium. Tam kolejna przesiadka i zanim zupełnie zapadł zmierzch dotarlismy nad Gdańsk. Widzialność była piękna: stare miasto, stadion, molo w Sopocie – wszystko jak na dłoni.

Kolacja już w domu, jeszcze przed północą.

Gdańsk; 29.07.2012; 23:00 LT