Tyle razy juz plynalem po Jangcy i nie pamietam ani razu dobrej widzialnosci. Zawsze jest mglisto. Rowniez i dzisaj. Szaroburo, zarysy obiektow bez szczegolow, woda brunatna. Takie sa tez i moje nieliczne zdjecia. Jesienne, szare, niewyrazne.

Ostatnia godzina postoju w Zhangjiagang minela niezwykle nerwowo. Chinczycy przedstawili mi raport, wedlug ktorego wyladowano o 46 wiazek odlewow stalowych mniej niz powinno byc wedlug dokumentow. Pomylic w liczeniu mozna sie o kilka sztuk, ale nie o ilosc, ktora stanowi ponad 5 procent calego ladunku. Odmowilem podpisania, na co tamci stwierdzili, ze wobec tego nie wypuszcza statku. Nie zgodzili sie tez na uwage, ze "podpisano pod przymusem". Wystosowalem wiec list protestacyjny, zarzucajacy niedbalosc liczmenom i prawie 24-godzinna zwloke w dostarczeniu nam owego raportu, ktory dotyczyl pierwszej partii ladunku. Chief checker przyparty do muru, przyznal, ze on jest odpowiedzialny tylko za liczenie wiazek i, ze w magazynach sparawdzany jest ciezar ladunku, ktory wedlug posiadanych przez niego informacji, zgadza sie z dokumentami przewozowymi. Znaczy, ze ilosc sie zgadza, a jedynie liczba wiazek jest inna. Umiescilismy te informacje w formie uwag na raporcie i jest to juz jakas linia obrony. Chinczycy slyna z notorycznego zanizania ilosci wyladowanego towaru, twierdzac zawsze, ze to zagraniczni dostawcy probuja ich oszukac. A juz reklamacje dotyczace ladunkow z Rosji to codziennosc. Kiedys probowali mi zanizyc ilosc dostarczonej stali, tlumaczac, ze "dostawy z Rosji sa zawsze nizsze niz podane w dokumentach". W ogole nie sprawdzali ilosci, lecz obcieli troche "dla przyzwoitosci". Dopiero gdy napisalem raport stwierdzajacy, ze zadna kontrola ilosci ladunku nie miala miejsca, wycofali sie z reklamacji.

Ulamal mi sie kawalek zeba, pociagajac ze soba rowniez plombe. Trzeba bylo pojsc wczoraj do dentysty. Mialem wiec okazje przyjrzec sie nieco chinskiej sluzbie zdrowia.

No coz, mozna chwalic ten kraj za szybki wzrost gospodarczy, ogromne inwestycje i postep widoczny golym okiem, ale widac tez, ze t.zw. sfera budzetowa, podobnie jak i u nas, rozpieszczana nie jest. Z ta tylko roznica, ze nasze, publiczne osrodki zdrowia wygladaja o niebo lepiej.

Agent zawiozl mnie najpierw do przyszpitalnej przychodni. Brud, luszczaca sie farba, spartanskie wyposazenie. W Chinach trwal jeszcze okres swiateczny zwiazany z powitaniem nowego roku ksiezycowego, wiec personel medyczny nie rzucal sie za bardzo w oczy. W calym korytarzu przyjmowal jeden lekarz, w gabinecie okulistycznym zreszta. Najwyrazniej byl to lekarz od wszystkiego, poniewaz agent kazal mi wchodzic i przedstawic swoj problem. Opowiedzialem, wiec kazal mi usiasc na taborecie, wzial latarke i zaczal ogladac uzebienie. Latarka gasla co chwile wiec lekarz musial rownie czesto przerywac, zeby ja potrzasnac, dzieki czemu pewnie jakies blaszki w srodku znow sie stykaly i zaczynala swiecic ponownie.

- Boli? – zapytal w koncu. Po chinsku oczywiscie, ale agent przetlumaczyl na angielski.

- Nie.

- To nie ma problemu. Wszystko jest w porzadku.

Bylem troche innego zdania. Poprosilem o kawalek kartki oraz dlugopis i wykonalem rysunek pogladowy. Przekroj zeba z wypelnieniem w srodku oraz obok zab ukruszony i pozbawiony wypelnienia. Obok jeszcze numerek zeba dla pelnej jasnosci. Doktor pokiwal glowa ze zrozumieniem, zajrzal w zeby jeszcze raz i postanowil sprobowac mi pomoc. Zamknal gabinet okulistyczny i poszlismy do stomatologicznego. Strasznie sie balem, ze bedzie tam stac jakas przedpotopowa wiertarka, ale na szczescie maszyna byla stosunkowo nowa, tyle tylko, ze byla jedyna nowa rzecza w potwornie brudnym gabinecie. Na moje szczescie w pomieszczeniu tym rozchodzil sie swad spalenizny i bylo troche dymu. Najwyrazniej smazyla sie instalacja elektryczna, bo ognia nigdzie nie bylo widac. Doktor wiec natychmiast wszczal alarm i zaczal szukac przyczyn tego zjawiska, oznajmiajac agentowi, ze w tej sytuacji gabinet dentystyczny jest nieczynny. Z uczuciem pewnej ulgi przyjalem to do wiadomosci, popatrzylem jeszcze na szczypiorek hodowany w emaliowanej nereczce na gazikach, ktora to nereczka zajmowala centralne miejsce na stoliku z przyborami i zgodzilem sie pojechac do gabinetu prywatnego, jak zaproponowal agent.

Gabinet prywatny mial wejscie wprost od ulicy i do zludzenia przypominal zaklad fryzjerski z ta tylko roznica, ze zamiast foteli fryzjerskich, staly dentystyczne. Przez szybe, z ulicy mozna bylo obserwowac co sie dzieje w srodku. Jeszcze lepsze warunki obserwacji mieli siedzacy na krzeslach w srodku, niczym nie oddzieleni, podobnie jak oczekujacy w kolecje u fryzjera na przystrzyzenie wlosow. Nie to jednak przykulo moja uwage, lecz maszyny. Jedna to w miare nowoczesny kombajn dentystyczny, a druga, stojaca obok to prymityw jaki pamietam z wczesnych last podstawowki – model z lat szescdziesiatych, a moze i wczesniejszy. Byl jescze zupelnie prehistoryczny model: wiertarka z noznym napedem, niemal identycznym jak stare maszyny do szycia. Na szczescie spelnial on najwyrazniej role juz tylko eksponatu. Na krzeslach oczekiwalo kilka osob. Entliczek pentliczek… na kogo wypadnie, na tego bec. Trafi mi sie sprzet nowoczesny czy muzealny? Cudzoziemcy ciesza sie w Chinach duzym powazaniem i sa przyjmowani niezwykle goscinnie. Podobnie bylo i tym razem. Bez zbytnich ceregieli przyjeto mnie bez kolejki i… kazano sie przesiasc na stary sprzet jakiejs babince, ktora miala juz najwyrazniej wiercenie za soba. Och, co za ulga! Dentysta zalozyl maseczke i byl to jedyny element lekarskiego stroju, poniewaz w gabinecie (podobnie zreszta jak i w szpitalu)  nie bylo ogrzewania i pracowal w kurtce. Sznureczki od  kaptura tej kurtki albo wlazily mi do nosa albo laskotaly po policzkach, ale to nie mialo juz najmniejszego znaczenia. Podobnie jak brak chociaz kawalka ligniny (dobrze, ze mialem swoja chusteczke). Najwazniejsze bylo, ze nie dostalem sie pod owa piekielna, stara bormaszyne. I wdzieczny za goscinnosc nie protestowalem, gdy pacjenci oczekujacy na swoja kolej zagladali dentyscie przez ramie, zeby zobaczyc co mi robi. Po skonczonej pracy zostalem poinformowany, ze leczyl mnie najlepszy stomatolog w miescie, ktory po tych slowach policzyl sobie za usluge 25 USD, zaopatrujac mnie przy tym w jakies lekarstwa, ktore mam lykac przez tydzien (nie wiem co to, bo napisy wylacznie chinskie) oraz zakazujac jesc cokolwiek oprocz zup przez dwa dni. Zakaz ow zlamalem jeszcze tego samego dnia wieczorem, raczac sie grzankami i smazona kielbasa.

Znamy juz poczatkowy kierunek obecnej podrozy. Teleks od czarterujacych nas Koeranczykow, kaze kierowac sie do Nachodki. Cholera, tego sie spodziewalem. Za blisko Nachodki sie znajdujemy, by nie skusili sie aby wyslac tam statek po nastepna partie ladunku. Znow mroz, pola lodowe, a przede wszystkim ciezka droga przez Morze Japonskie jezeli nie trafimy na dobra pogode. Poprzednim razem, odcinek drogi z Ciesniny Koreanskiej do Nachodki, ktory zazwyczaj pokonywalismy w 32 godziny, zajal nam 60 godzin. Tym razem tez dobra pogoda sie od nas oddala.

Rzeka Jangcy,  30.01.2001, Wtorek