Piątą rocznicę naszego związku z niewielkim opóźnieniem celebrowaliśmy w Warszawie. Opóźnienie wynikało z programu. 22 października występować miała bowiem grupa Estampas Porteñas z widowiskiem  „Tango Feeling”. Najwyższy poziom tańca prosto z Buenos Aires. Uznałem, że warto byłoby wspomnieć naszą wycieczkę do Argentyny sprzed dwóch lat i wieczory z tangiem tam spędzone. I tak narodził się pomysł weekendowego wypadu do Warszawy, który miał zastąpić właściwe świętowanie czwartego października.

Piątkowego wieczoru wsiadaliśmy do nocnego pociągu relacji Kołobrzeg – Kraków. W dwudziestym pierwszym wieku trasę z Gdyni do Krakowa polskie koleje pokonują w czasie ponad piętnastu godzin. Akurat w tym jednym przypadku nam to nie przeszkadzało, ponieważ mając przedział sypialny mogliśmy dojechać do Warszawy choćby i w południe. W każdym razie ponad osiem godzin na podróz do stolicy równiez było ok. Oczywiście nie muszę dodawać, że jak zwykle w podobnych przypadkach, akurat tego dnia w pracy skumulowały się wszystkie możliwe przeszkody i z wielkim trudem „bo dłużej nie można już było siedzieć” opuścilismy biuro po dziewiętnastej. Szybkie pakowanie, kąpiel i biegiem  na dworzec.

W przedziale adrenalina w końcu odpuściła. Nawet sushi, którego wcześniej nie zdążyliśmy zjeść w pracy, skonsumowaliśmy tylko połowicznie i gdzieś koło Tczewa przysnęliśmy w ciepłej pościeli „Warsu”. Akurat tym razem pociąg się nie opóźnił, więc kilka minut po siódmej musielismy opuścić ciepły przedział. Miasto dopiero się budziło. Zewsząd zawiewało solidnym chłodem. Nie chciało się opuszczać dworca bo i dokąd o tak rannej porze? Na spacer za wcześnie i za zimno, a wszystko jeszcze pozamykane.

Wypiliśmy kawę, a potem postanowilismy sprawdzić mozliwość wcześniejszego zameldowania w pokoju. Warszawski Marriott oprócz wielu niezaprzeczalnych zalet ma poważny feler:  zameldowanie o dopiero o szesnastej. Postanowiliśmy jednak sprawdzić i najwyżej zrobić jakąś dopłatę za wcześniejsze wejście (w końcu i tak mieliśmy nocleg w promocyjnej cenie, więc czemu nie?)

- Państwa pokój jest już wolny – poinformował uprzejmy pan w recepcji – Możecie więc Państwo już się wprowadzić. Oto klucze. Piętro trzydzieste piate,

Wow!!! Udało się! Wjechaliśmy windą na górę, otworzyliśmy drzwi i ujrzeliśmy z okna pokoju widok na Aleje Jerozolimskie oraz bryłę Stadionu Narodowego.

Warszawa 2011-10  (01)

Nieco w lewo od niego Most Świętokrzyski, ogladany teraz z dość nietypowej perspektywy.

Warszawa 2011-10  (02)

Na prawo naotomiast dominował stadion Legii i zamykający perspektywę Most Siekierkowski.

Warszawa 2011-10  (04)

Najfajniejsze jednak było to, że niemal tuż pod naszymi oknami znajdował się Teatr Roma, którego przedstawienie „Les Miserables” miało być pierwszym punktem dzisiejszego wieczoru, a właściwie popołudnia, ponieważ spektakl rozpoczynał się o piętnastej.

Warszawa 2011-10  (03)

Nie po to wszak jechalismy do stolicy by zadowolić się tylko jednym widowiskiem. Stąd najpierw „Les Miserables”, a potem tango.

Kiedy zza chmur wyjrzało słońce,  nawet wieża Zamku Królewskiego wyróżniała się wśród dachów Starego Miasta.

Warszawa 2011-10  (05)

Wzięliśmy prysznic i wskoczyliśmy pod kołdrę tylko na chwilę, ale zeszło tak jakoś do wpół do drugiej po południu. No i co? W końcu to miało być nasze święto, a ostatnio byliśmy tak zabiegani, że zwyczajne, beztroskie spędzenie dnia w łózku należało się nam jak przysłowiowa buda psu. Głupio jednak byłoby spóźnić się na przedstawienie, na które przyjechaliśmy z ośmiogodzinnym wyprzedzeniem, więc o wpół do drugiej naprawdę trzeba było już wstać.

Mi czynności przygotowawcze zajęły nieco mniej czasu, ale ja nie musiałem się malować.

Warszawa 2011-10  (06)

Po przekąszeniu czegoś w locie „u Chińczyka” w podziemiach Mariotta, tuż przed pietnastą doszlismy do Teatru Roma.

Warszawa 2011-10  (07)

Miałem w pamięci ów niewypał z miejscami podczas naszej poprzedniej wizycie tutaj na „Upiorze w Operze”. Wtedy załapaliśmy się na ostatnie wolne miejsca w jednej z bocznych lóż i moglismy obejrzeć zaledwie niewielki fragment sceny. To była kompletna pomyłka. Tym razem postanowiłem nie ryzykować. Mieliśmy dwie wejściówki do loży VIP. Widoku z niej nie zakłócało nic, a poza tym mieliśmy oddzielną szatnię i dodatkowo na powitanie otrzymaliśmy po lampce szampana.

Warszawa 2011-10  (08)

Warszawa 2011-10  (09)

Oczywiście robienie zdjęć podczas spektaklu nie wchodziło w rachubę, a oryginalane fotosy dostepne na stronie teatru są moim zdaniem zbyt upozowane, więc ich tu nie będzie.

Muszę przyznać, że bardzo trudno napisać mi w miarę obiektywnie coś na temat tego musicalu. Nie znałem go zupełnie. Ani jednego nagrania. Najmniejszego fragmentu ścieżki dźwiękowej. I najwyraźniej jest ze mną tak jak z inżynierem Mamoniem, który także lubi tylko te piosenki, które zna. Tak naprawdę to poruszyły mnie ze trzy, góra cztery utwory. Robił wrażenie rozmach widowiska, doskonała jak zwykle scenaografia, ale muzyka? Czy to możliwe, że „Les Miserables” okrzyknięto musicalem wszechczasów (ponad dziesięć tysięcy przedstawień w samym Londynie)? Może dlatego byłem sceptycznie nastawiony, że nie byłem w stanie zrozumieć partii chóralnych? Spojrzałem na Mojego Anioła. W przerwie minę miała niewyraźną

- Gdybym nie widziała filmu z Umą Thurman…

W takim mniej więcej tonie chciałem pisać. Tyle tylko, że ponieważ rzecz cała działa się już ponad tydzień temu, postanowiłem odświeżyć sobie nieco pamięć nagraniami z tego spektaklu umieszczonymi na YouTube. No i wpadłem. Puszczałem je po kilka razy. A potem trafiłem na nagrania zagranicznych artystów i „I Dreamed a Dream” w wykonaniu Ruthie Henshall wywołało najprawdziwsze ciarki przebiegające z przyjemności z góry w dół po plecach. Myślę, że na pewne przedstawienia po prostu nie powinno się chodzić „z biegu”, nieprzygotowanym.

Teatr Roma jest ulokowany po sąsiedzku z Marriottem, a ten z kolei stoi niemal naprzeciwko Pałacu Kultury i Nauki.  Dlatego po spektaklu mogliśmy jeszcze wejść na chwilę do pokoju zanim poszliśmy do Sali Kongresowej.

Warszawa 2011-10  (10)

Mielismy miejsca w pierwszym rzędzie.

Warszawa 2011-10  (11)

Zaraz za nami usiadła ekipa „Tańca z Gwiazdami”. Ciekawe czy to była ich obowiązkowa lekcja do odrobienia, czy też skrzyknęli się całą grupą na wieczór. W każdym razie bawili się dobrze, o czym świadczą roześmiane twarze, kiedy pozowali do zdjęć.

Warszawa 2011-10  (12)

Mój Anioł nie omieszkał poprosić o kilka autografów.

Warszawa 2011-10  (13)

Zdjęć z samego widowiska również i w tym przypadku nie będzie, ponieważ był absolutny zakaz fotografowania. Nawet gdy na sam koniec próbowałem uwiecznić jedynie moment ukłonów i aplauzu widowni, pan ochroniarz srogo pokręcił głową i pogroził palcem, abym tego nie robił.

Program „Tango Feeling” przywołał najfajniejsze wspomnienia z teatrów w Buenos Aires. Trzeba przyznać, że artyści oprócz tańca byli też doskonale przygotowani aktorsko. W scenografii restauracyjnej sali z lat dwudziestych odgrywali scenki lokujace prezentowany taniec w tamtej argentyńskiej rzeczywistości, gdzie wśród imigrantów była znaczna przewaga mężczyzn i gdzie niejednokrotnie musieli oni dosłownie walczyć o względy kobiet z rywalami, nawet jeśli chodziło o panie dotrzymujące towarzystwa za odpowiednią zapłatą.

Trudno o taniec o większym ładunku namiętności niż tango. Cała gama tańców latynoamerykańskich z ich kusymi strojami tancerek będących łakomym kąskiem dla widzów jest niezwykle dynamiczna, epatująca seksualnością i oczywiście bardzo przyjemna w odbiorze. Nie ma tam jednak tak perfekcyjnie budowanego napięcia miedzy partnerami, jakie wyczuwa się w tangu. Już samo zaproszenie do tańca – rzadko kiedy wypowiadane słowami, a przeważnie poprzez kontakt wzrokowy (pytający wzrok i delikatne skinienie głowy)  nawet z dość dużej odległości, stanowią początek owej gry podswzytej erotyzmem. Gry pomiędzy dominującym mężczyzną i uległą (ale tylko wtedy gdy sama to akceptuje) kobietą.

W drugiej części spektaklu gdy po tangowej „edukacji” przyszedł czas na popisy poszczególnych par, poszczególne kawałki aż kipiały od seksu. Ocierały się o cienką granicę, poza którą można byłoby je uznać już za taniec stricte erotyczny. Bliski i bardzo namiętny kontakt miedzy tancerzami w połączeniu z ewolucjami jakie obydwoje wyczyniali, a właściwie tym co wyczyniał dominujący samiec z całkowicie uległą mu wiotką partnerką tworzyły widowisko zapierające dech w piersiach. Ręce same składały się do oklasków i końcowa owacja na stojąco była w pełni zasłużona. Zresztą grupa Estampas Porteñas jest juz chyba do tego przyzwyczajona jeśli prezentowała swoje programy już ponad siedmiuset tysiącom widzów na czterech kontynentach.

Po zakończeniu programu tancerze wyszli do publiczności , aby podpisać zakupione podczas przerwy pamiątkowe gadżety.

Warszawa 2011-10  (14)

Nie kupowaliśmy płyt, bo mamy bardzo podobną z Buenos Aires. Nie skusiliśmy się tez na koszulki, ale za to stalismy się posiadaczami pieknie wydanego programu i to na nim tancerze podpisywali się Aniołowi.

Warszawa 2011-10  (15)

Warszawa 2011-10  (16)

Warszawa 2011-10  (17)

Piękny to był wieczór. Zakończony kolacją w chińskiej knajpce, winem musującym (ciepłym niestety, ale zdążyło trochę się ochłodzić od lodu w kubełku) i odlotem w krainę Morfeusza po dniu pełnym wrażeń.

Obudziło nas wschodzące nad zamgloną Warszawą słońce.

Warszawa 2011-10  (18)

Niestety, czas biegnie szybko i wkrótce trzeba było się pakować.

Warszawa 2011-10  (19)

Popołudniowym pociągiem ruszyliśmy w kierunku Trójmiasta. Po drodze z okien pociągiu spojrzałem raz jeszcze na nasz Stadion Narodowy, Pomimo nie zagospodarowanych jeszcze terenów wokół, obiekt prezentuje się znakomicie.

Warszawa 2011-10  (20)

Z powrotem nasza podróż trwała o blisko dwie godziny krócej (w sumie nieco ponad sześć). Być może rację mają ci, którzy mówią iż po ukończonym  remoncie torów (w 2013 roku) będziemy mogli wreszcie cieszyć się z podróźy zajmujących znów tyle samo czasu co dwadzieścia lat temu.

Szczecin; 31.10.2011; 01:00 LT