Sto kilkadziesiąt kilometrów na północny zachód od Manili znajduje się miejscowość Subic. Tam firma Wärtsilä założyła jeden z rozsianych po swiecie swoich ośrodków treningowych. Ten szkoli m.in. kadetów, czyli przyszłych oficerów i to on był celem naszej wyprawy.

Pierwotnie mieliśmy jechać tam już pierwszego dnia, lecz szef ośrodka zadzwonił z informacją, że droga do nich po tajfunie jest nieprzejezdna. Tarasują ją zwalone ogromne drzewa, które najpierw trzeba usunąć. Poza tym nie mają prądu, a w związku z tym prawie nic nie działa. Nawet wody nie mają, bo nie pracują pompy. W tej sytuacji postanowiliśmy wyjazd przełożyć na czwartek.

Cawartkowa poranna prasa na pierwszych stronach donosiła o śmiertelnych ofiarach tajfunu Pedring jak go nazwali po swojemu Filipińczycy.

Manila 30

W artykule można było przeczytać, że podczas największego ataku żywiołu fale przedarły się przez falochron i zalane (oraz ewakuowane) zostały m.in. szpital, ambasada USA i pięciogwiazdkowy hotel (to ten, w którym mieliśmy mieszkać). Na dodatek do wyspy zbliża się kolejny tajfun, przez Filipińczyków nazwany Quiel, który w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin wtargnie na wody terytorialne Filipin, a potem nawiedzi dokładnie te same miejsca co jego poprzednik.

Manila 31

Za rogatkami Manili większych szkód widac nie było, ale im dalej na pólnoc tym gorzej. Kiedy po jakims czasie skręciliśmy na zachód, prosto w kierunku Subic, widoczne zniszczenia były coraz dotkliwsze. Pobocza drogi usiane były licznymi gałęziami, które odpowiedzialne za to służby sprawnie usuwały z drogi. Jednakże z pniami drzew już tak łatwo nie było, a drzew połamanych jak zapałki pojawiało się coraz więcej.

Manila 32

Za którymś zakrętem zobaczyliśmy zsuniętą do rowu cysternę.

Manila 33

Ta miała i tak więcej szczęścia niż osobowe auto kilka kilometrów dalej, na które upadło potężne drzewo. Kierowca miał szczęście, bo chociaż pień i konary zgniotły niemal cały dach, to jakimś cudem kawałek nad jego głową został nietknięty. Nie wiadomo jednak, czy na sąsiednim fotelu nie siedział pasażer. Jeśli siedział to chyba nie miał wielkich szans.

Ciekawsze, że „flying foxes”, czyli „latające lisy”, jak nazywa się największe na świecie nietoperze najwyraźniej tajfunem się nie ekscytowały i dalej wisiały spokojnie głowami w dół.

manila 34

Wkrótce na drodze pojawiły się zwalone prawdziwe olbrzymy. Teraz rozumiem dlaczego szef ośrodka odradzał nam wczoraj podróż tutaj. Na szczęście zdążono już użyć pił i szosę przynajmniej częściowo udąło się udrożnić.

Manila 36

Manila 37

Jechaliśmy przez dżunglę jeszcze kawałek i… spotkaliśmy siedzącą przy drodze grupę małp. Siedziały spokojnie na słupkach barierki na poboczu drogi. Ponoć często tam się pojawiają. Niczym autostopowicze błagają kierowców o zmiłowanie, tyle tylko, że nie chodzi o podwiezienie w inne miejsce lecz o coś do jedzenia.

manila 39

Na jednym ze słupków siedziała sobie małpia mama z dzieciątkiem. Jak się robi zdjęcia „w locie”, z samochodu, to zawsze nie wyjdą te najfajniejsze. Akurat autofocus złapał ostrość na tło, a nie na obiekt na pierwszym planie no i wyszło jak wyszło, a poprawić już nie zdążyłem.

Manila 40

Jeszcze kawałeczek szosą i drogowskaz skierował nas w lewo w boczną drogę biegnącą nieco w górę wzdłuż strumienia. Po chwili pojawiły się budynki ośrodka Wärtsili. O tym jednak opowiem w następnym wpisie, bo jet lag jet lagiem, a rano jednak trzeba będzie jakoś wstać.

Manila; 30.09.2011; 03:00 LT