Co za rok…  Kataklizmy, wypadki, wojny, bankructwa, strajki… A wśród tych wszystkich destabilizujących wydarzeń, które zdominowąły pierwsze strony gazet odchodzą jeden po drugim ludzie, o których zwykło się mówić, że bez nich świat już nie będzie taki sam.

Świętowaliśmy imieniny mojego taty, gdy kątem oka spostrzegłem  w telewizji  materiał poświęcony MaciejowiZembatemu. I na niego przyszła więc kolej…

Pamiętałem go, jakżeby inaczej, z radiowej „Trójki”, z kabaretowych skeczy, lecz moja prawdziwa fascynacja tym artystą narodziła się gdy zetknąłem się z jego tłumaczeniami piosenek Leonarda Cohena, które zresztą często sam wykonywał. Bez zbędnego patosu mogę przyznać, że jego interpretacje dorównywały oryginałowi, a kto wie czy czasem go nie przewyższały.

„Słynny niebieski prochowiec”, „Tańcz mnie po miłości kres”,  czy brawurowo wykonane „Twe nagie ciało” (które mam na płycie, lecz nie znalazłem w tak doskonałej wersji na YouTube, co dowodzi, ze jeszcze nie wszystko jest w internecie) pozostaną w mej pamięci.

Żałowałem tylko, że "Jestem Twój" – utwór, który dedykowałem kiedyś Mojemu Aniołowi, a którą to dedykację ona po wielokroć przebiła i odwzajemniła, sprawiając, że jest to dla mnie najpiękniejsza bo zarazem najbardziej osobista piosenka o miłości – że akurat ten utwór nie otrzymał w jego wykonaniu siły kanadyjskiego pierwowzoru.

Jeszcze niedawno rozmawiałem z Pauliną o Cohenie i jego koncertach w Polsce. Żałowała, że nie mogła uczestniczyć w tych niedawnych, które być może były jedną z ostatnich okazji, by naszego ulubionego poetę usłyszeć na żywo. A może należało pomyśleć o tym, jak posłuchać Macieja Zembatego? Czas biegnie tak szybko, a los płata rozmaite figle…

Żal, ale jakiś oswojony. Bo przecież chyba nikt ze współczesnych nie drwił sobie ze śmierci tak, jak czynił to Maciej Zembaty. Tytuł jednej z jego płyt: „Piosenki z trumienki” mówi sam za siebie. 

Oczywiście z najsłynniejszym songiem o tym, że „w prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem”, bez którego swego czasu nie mógł obejść się żaden gitarowy wieczór przy ognisku.

Gdyby podczas pogrzebu Pana Macieja padał deszcz, wypełniłby się jego tekst o ostatniej posłudze. Mógł Mozart napisać Requiem dla siebie, więc dlaczego nie mógł Maciej Zembaty przygotować sam sobie utworu na ostatnią drogęPrzykro mi, że nie ma Go już wśród nas, ale trudno zarazem powstrzymać się od uśmiechu widząc Śmierć odartą ze swoich atrybutów grozy. Niewielu się to udało, a on był w tym mistrzem.

Gdynia, 29.06.2011; 01:00 LT