Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy miałem więcej czasu, poświęcałem oddzielne wpisy kolejnym oglądanym filmom. Obecnie cieszę się, jeśli w ogóle uda się wyjść do kina. Bywa więc, że „zaliczamy” z Aniołem filmy hurtowo, jak podczas niedawnego weekendu, kiedy to bylismy aż na trzech seansach. Oglądamy hurtowo, więc i hurtowo je potraktuję. Z kronikarskiego obowiązku.

Jeszcze jesienią, chyba podczas ostatniej wizyty Tomka w starym, szczecińskim mieszkaniu, wybraliśmy się wieczorem na „Social Network”.

Przełom dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku obfituje w błyskotliwe kariery  w branży informatycznej. Chyba jeszcze nigdy w historii mit „od pucybuta do milionera” nie stawał się rzeczywistością tak powszechnie. Gwałtowny rozwój naszej cywilizacji związany jest z narzędziami, które do niedawna trudno było sobie wyobrazić. Google, YouTube, Facebook oraz wiele innych nieodwracalnie odmieniły nasze życie. Mogą się o tym przekonać choćby dyktatorzy Północnej Afryki, obalani jeden po drugim wskutek ruchów społecznych organizujących się mniej lub bardziej spontanicznie za pomocą takich własnie narzędzi. Pamiętając czasy kiedy kserokopiarka była nowością i kiedy wykonując fotokopię należało wylegitymować się w punkcie usługowym, który zmuszony był prowadzić rejestrację klientów, zastanawiam się, jak wyglądałyby w naszym kraju komunistyczne restrykcje obecnie, gdyby system nie upadł w 1989 roku. Podejrzewam, że żadna władza nie miałaby już monopolu na informację. Obalanie niczym kosteki domina totalitarnych reżimów Europy Wschodniej było chyba ostatnimi rewolucjami epoki przedinternetowej. Jakże odmiennie, łatwiej organizowane są bliźniaczo podobne dzisiejsze powstania w Afryce Północnej. A to wszystko za sprawą gadżetów powstających w przysłowiowych „garażach” i głowach wizjonerów, którzy początkowo sami nie zdawali sobie sprawy ze zanaczenia ich wynalazków. Wynalazków zmieniających świat w ciągu miesięcy a nie lat i równie szybko skoromnych studentów lub świeżo upieczonych absolwentów uczelni kreujących na milarderów. Dziś wszystko zależy od pomysłu, a w znacznie mniejszym stopniu od kapitału i chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć jakimi gadżetami będziemy się pasjonować za kolejne dziesięć lat. Kolejni milarderzy być może krążą gdzieś blisko nas. Niepozorni chłopcy czy dziewczyny odrabiający (lub nie) lekcje wieczorami być może właśnie mają już w głowach projekty, które sami jeszcze lekceważą, bo nie wiedzą jak siła w nich drzemie. I o tym właśnie jest ten film.

Młody, ambitny chłopak, Mark Zuckerberg, opetany myślą przyszłej kariery zawodowej, do której droga ma wieść poprzez pokazanie się wśród elit, rozstaje się z dziewczyną, która nie godzi się na odgrywanie roli skromnego pionka na szachownicy jego życia. Sfrustrowany wraca do pokoju i od ręki tworzy program do oceny atrakcyjności studentek uczelni. Coś, co miało być hucpą, jednorazowym dowcipem staje się zalążkiem sieci komunikacyjnej studentów Harvardu. Wkrótce to, co miało być siecią w tej uczelni, wylewa się także do innych, a to co miało być siecią międzyuczelnianą, zupełnie niespodziewanie staje się ogólnoświatową. Oczywiście nic nie dzieje się samo i beztrosko. To nie autor wynalazku jest świadom potęgi nowego narzędzia, lecz inni. Tamci też wykładają pieniądze, a za kulisami rozgrywane są intrygi dotyczące praw autorskich i profitów, bo że pieniadze będą wielkie to widać, chociaż wciąż chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie jak bardzo…

Doskonale się ogląda, szczególnie że dotyczy historii, która dzieje się na naszych oczach i jeszcze się nie zakończyła. Ba! Historii, którą większość z nas, użytkowników Facebooka na swój sposób współtworzy. Temat samograj, lecz sprawnie zrealizowany.

Niedługo potem wybrałem się z Aniołem na „RED”.

Obsada może przyprawić o zawrótgłowy. Bruce Willis, John Malkovich, Morgan Freeman – tych aktorów nie trzeba przedstawiać.

I chociaż nie jestem miłosnikiem filmów szpiegowskich w stylu „Agenta 007” czy „Mission Impossible”, to był to jeden z przyjemniejszych seansów, jaki dane mi było ostatnio oglądać. Poszedłem się rozerwać i otrzymałem produkt, o jaki nam chodziło: lekki, z przymrużeniem oka, ale zarazem trzymający w napięciu. Emerytowany agent, niewygodny świadek poważnych machlojek na szczytach władzy staje się kolejnym celem do zlikwidowania. Business is business, sentymenty się nie liczą. To nieważne, że kiedyś pracował z ogromnymi sukcesami dla CIA. Życie toczy się dalej i obecnie jest dla CIA niewygodny. Taki już los szpiega. Trzeba działać szybko, bo pętla się zaciska. Emeryt nawiązuje kontakt z innymi emerytowanymi agentami i zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak, podejmują walkę z potężnym przeciwnikiem. 


Polecam, chociaż już pewnie nie do obejrzenia w kinach.

Po Nowym Roku przyszedł czas na „Czarnego Łabędzia”. To mój główny faworyt oskarowy.

Niezwykła, pokręcona historia. Trudna do oglądania, niejasna i z zaskakujacym (jak dla mnie) finałem. Dopiero po wyjściu z kina, kiedy zacząłem układac sobie te wszystkie puzzle, fascynowała mnie bardziej i bardziej. Doskonała rola Natalie Portman. Zdziwiłbym się, gdyby nie otrzymala za nią Oscara.

Życie Niny, głównej bohaterki, jest w całości podporządkowane baletowi. Jej celem jest perfekcyjność. Dążenie do perfekcji staje się jej obsesją. Pracuje znacznie więcej niż inni, wymaga od siebie ekstremalnie dużo, by móc kiedyś zostać obsadzoną w głównej roli. Niemałą rolę odgrywa w tej historii jej matka. Życie tej kobiety również związane było z baletem i możemy się domyślać, że jak wielu rodziców, swoje niespełnione marzenia i ambicje kieruje ku swoim dzieciom. To one mają dokonać tego, co im się nie udało. Matka pilnuje więc rozkładu dnia córki, odmierza jej posiłki, jest powierniczką wszystkich sekretów.

W nowym sezonie wraz z odejściem dotychczasowej primabaleriny ma zmienić się obsada Jeziora Łabędziego. Perfekcyjna i wrażliwa Nina staje się murowaną kandydatką do głównej roli Królowej Łabędzi. Reżyser jednak ma swoją wizję spektaklu. Chce, by wybrana tancerka wystąpiła w dwóch głównych rolach. Oprócz wyżej wspomnianej, ma odegrac także Czarnego Łabedzia – uosobienie fałszu, zdrady, nieczułości. Nina tańczy pięknie, zmysłowo, lecz zbyt pięknie i perfekcyjnie. Nie potrafi wydobyć owych czarnych cech charakteru. Jej czarny łabędź nie różni się od białego. Reżyser daje do zrozumienia, że obsadzenie jej w głównej roli staje się coraz mniej realne.

W miedzyczasie teatr przyjmuje nową tancerkę, Lilly. Lilly wydaje się być stworzona do roli Czarnego Łabędzia. Życie i obowiązki traktuje na luzie, a zasady moralne też nie są zbyt sztywne. Rozpoczyna się rywalizacja, a zarazem dziwna przyjaźń między Niną i Lilly. Za jej sprawą Nina krok po kroku przełamuje kolejne tabu, wśród których niezwykle dramatyczne staje się zerwanie patologicznej więzi z matką. W pewnym momencie sami się gubimy i już nie wiadmo czy to odtrącona matka popada w przesadną histerię, czy pogrążająca się w obłęd Nina rzeczywiście niszczy wszystko, nad czym przez całe życie pracowała.

Jej niezwykła, mroczna relacja z Lily jest zarazem bardzo tajemnicza. Trudno odróżnić jawę od wizji. Widz czuje się równie zagubiony jak główna bohaterka, która niczym ćma do światła gna teraz na oślep ku złu, nie cofając się przed niczym, by tylko zdobyć i perfekcyjnie odegrać powierzoną rolę.

Wygrywa. Otrzymuje tę podwójną rolę i odgrywa je tak, że w finale otrzymuje od rozentuzjazmowanej publiczności brawa na stojąco. Była perfekcyjna aż do zburzenia wszelkich granic.

To bardzo uniwersalny fim. Wstrząsająca opowieść o autodestrukcji w imię narzuconych sobie ambitnych celów. Jedna z tych, które powracają w myslach jeszcze długo po zakończeniu seansu.

Obejrzany podczas tego samego weekendu „Turysta” nie mógł oczywiście zrobić już takiego wrażenia, bo to film rozrywkowy – kino akcji w stylu „RED”.

Kto z nas nie marzy o cudownej odmianie i przejścia jak za sprawą czarodziejskiej różdżki z szarej codziennośći na salony elit? Taki los spotyka pewnego amerykańskiego nauczyciela, który podróżuje do Wenecji. Przypadkiem poznana piękna kobieta zaprasza go do jednego z najlepszych hoteli w tym mieście. Ma w tym swój cel, wiec pobyt tam idyllą nie będzie.

Pościgi po kanałach, zaskakujące zwroty akcji, wartka narracja sprawiają, że jest to fajny film na niedzielne popołudnie, chociaż nie wiem dlaczego znacznie bardziej o nim głośno niż o podobnym przecież RED. Może sprawiły to weneckie plenery, a może większy budżet na reklamę?

Rzutem na taśmę podczas owego weekendu obejrzeliśmy jeszcze „Skyline”. Ja uwielbiam filmy o kosmitach. Tak mi zostało z dzieciństwa. Anioł nie jest nimi specjalnie zachwycony, ale toleruje moje zachcianki i towarzyszy mi dzielnie. Przebrnęlismy jakoś pare miesięcy temu przez „Dystrykt 9”, ale niezrażony, a skuszony zwiastunami, zapewniłem, że „Skyline” bedzie ciekawszy.

To, co zobaczylismy przeszło najśmielsze oczekiwania. Cukierkowy „Dzień Niepodległosci” przy tym filmie to niemal top gatunku z głębookim przesłaniem. Nawet wspomniany „Dystrykt 9” pretenduje przy nim do miana arcydzieła. Dawno nie ogladałem takiej chały, jaką zaprezentowali twórcy „Skyline”. Jedyne czym broni się ten film, to efekty specjalne.

A już ostatnie sekwencje pokazujące, że celem zmasowanego ataku kosmitów było zdobycie ludzkich mozgów, które od ręki montowane są w ich ni to robotach, ni żołnierzach, były tak żenujące, że aż wstyd. Ech, łezka w oku się kręci, gdy pomyśli się o „Wojnie Światów” Wellsa. Napisana jakieś osiemdziesiąt lat temu, wciąż porusza głębią analizy (n.p. wizja exodusu mieszkanców Londynu przed kosmicznymi najeźdżcami, stała się rzeczywistością już wkrótce kiedy to nie Marsjanie, lecz hitlerowskie wojska pustoszyły kolejne kraje). Do trzech razy sztuka – mam nadzieję, że jeśli uda mi się namówic Anioła na kolejny film t.zw. SF (chociaż używanie okreslenia fantastyczno-naukowy w przypadku takiej szmiry jak „Skyline” wydaje się zbyt daleko idącym pochlebstwem), wreszcie trafimy na coś sensownego.

Jakże inaczej oglądało się „Jak zostac królem”, w którym oskarową (mam nadzieję) kreację stworzył Colin Firth. Szkoda tylko, że dystrybutor zmienił oryginalny tytuł „Przemówienie króla”, który dotyka sedna sprawy na taki, który sugeruje jakieś dworskie intrygi.

Głównemu bohaterowi, księciu Albertowi dokucza jąknie się. Mozna sobie wyobrazić jak wielką torturą stają się dla niego publiczne wystąpienia. Publiczne tym bardziej, że nowy wynalazek, radio, sprawia iż przemawia do całego narodu w czasie rzeczywistym.  Na początku widzimy księcia, który nie jest w stanie wydusić z siebie jednego zdania przed audytorium złożonym z widzów na trybunach i tysięcy jeśli nie milionów słuchaczy radiowych. 

Możemy się domyślać, że wada wymowy króla ma podłoże psychiczne i być może korzeniami sięga relacji z ojcem, który do wyrozumiałych nie należał. Książe próbował rozmaitych metod, ale wszystkie po kolei zawodziły. Poddał się, lecz jego małżonka szukała nadal. I w końcu sprawą zajął się ekscentryczny Australijczyk, który za nic miał sobie książęcy majestat, ale jego niekonwencjonalne metody okazały się skuteczne. Ich współpraca jednak przez długi czas nie układała się najlepiej. Więcej było w niej zgrzytów niż wzajemnego zrozumienia. Okoliczności jednak sprawiają iż książe niespodziewanie zostaje koronowany. Mowa tronowa w Katedrze Westminsterskiej to pierwsze wielkie wystąpienie.  Przyszły król po raz pierwszy chyba w pełni akceptuje rolę swojego niekonwencjonalnego terapeuty i broni go zdecydowanie przed wpływowym oraz nieprzychylnym mu arcybiskupem.

Wkrótce historia postawi Króla Jerzego VI przed jeszcze większym wyzwaniem. Wojna z Niemcami i Hitlerem, którego zdolności oratorskie porywające tłumy fascynowały monarchę. W dniu wybuchu wojny trzeba przemówić do narodu. Chyba cała Anglia i jej rozsiane po świecie kolonie skupia się przy radioodbiornikach. W kabinie z mikrofonem zostaje król i jego terapeuta, który niczym dyrygent orkiestry kieruje jego oddechem i dykcją. Przemówienie się udaje pod każdym względem. Król z lękliwego posadzonego wbrew sobie na tronie przywódcy staje się prawdziwym mężem stanu i ojcem narodu. To również bardzo uniwersalne przesłanie o przezwyciężaniu własnych słabości. Co ciekawe, zarówno ten film, jak i omówiony na początku pretendent do Oscarów „Social network” oparte są na faktach. Czyżby brak weny u scenarzystów? A może potwierdza się stara prawda, że najciekawsze scenariusze pisze samo życie? Dobrze to wiedzieć, bo wtedy po dwóch godzinach w kinie wracamy do najważniejszego z filmów, w którym na dodatek gramy główną rolę. I ten „nasz” film bije na głowę niejedną hollywoodzką produkcję.

Życie napisało scenriusz również ostatniego z obejrzanych przeze mnie ostatnio filmów: „127 godzin”.

Idąc do kina wiedziałem już mniej więcej o czym jest to film. Młody, wysportowany mężczyzna jedzie na weekend na pustkowie jednego z parków narodowych.

Jest przewodnikiem, ratownikiem, zna teren doskonale i śmiga po górach oraz wąskich szczelinach kanionów niczym tatrzańskie kozice po urwiskach. Pomaga napotkanym dziewczynom i biegnie dalej, nie po szlakach, bo zna ciekawsze drogi. Aż do chwili kiedy jego pełna dynamiki ekskursja niczym stopklataka zatrzymuje się w głębokiej szczelinie, gdy osuwający się razem z nim głaz zakleszcza się w głebokiej i wąskiej szczelinie, przy okazji przygniatając rękę nieszczęśnika.

Chłopak dopiero teraz uświadamia sobie w jak fatalnym położeniu się znalazł. Wiedząc wszystko lepiej i ufając swoim umiejętnościom, z założenia nie informował nikogo dokąd jedzie. Prawdopodobieństwo, że ktoś odnajdzie go na takim pustkowiu i w dodatku w równie głębokiej co wąskiej szczelinie jest praktycznie zerowe. Ogladamy tytułowe sto dwadzieścia siedem godzin walki o życie.

Idąc do kina byłem pełen niepokoju, jak uda się opowiedzieć tę aż do bólu statyczną historię.

Musze przyznać, że film wybronił się znakomicie. Był to jeden z lepszych obrazów, jakie miałem okazję obejrzeć w ciągu ostatniego roku. Okazuje się raz jeszcze, że człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele, by przetrwać. Pamiętam z wykładów na temat przetrwania rozbitków (obowiązkowe szkolenia dla marynarzy), że podstawową sprawą jest psychika. Człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele dopóki ma w sobie wolę walki. Świadczą o tym chociażby niewiarygodne historie przetrwań w obozch śmierci, walk z rakiem, czy przetrwań pod gruzami zawalonych domów. Kiedy słabnie psychika, poddaje się cały oraganizm. Sam doświadczałem tego podczas marszów na sto kilometrów w ciągu doby. Gdy po kilkudziesięciu kilometrach przychodziło zwątpienie, myśl żeby sobie odpuścić stawała się tak natrętna, że odparzone stopy z każdym krokiem bolały podwójnie i tylko one zaprzątały całą uwagę. Sił wystarczało akurat do miejsca, gdzie można było łatwo zejść z trasy.

Główny bohater filmu, nie mając nadziei na ocalenie z zewnątrz i wypiwszy ostatni łyk wody wie, że w tej sytuacji zostało mu co najwyżej kilkanaście godzin życia. Nie poddaje się jednak. Tępym, chińskim scyzorykiem odcina sobie zakleszczoną rękę i uwolniony z pułapki rusza jeszcze w takim stanie na szlak w poszukiwaniu pomocy. Gorąco polecam.                                

Sczecin, 27.02.2011; 09:40 LT